Trafiając w punkt – rytmicznie

Urszula Dudziak & Superband Urszula Dudziak & Superband Dariusz Gackowski

Oglądałam ostatnio film, w którym jeden z bohaterów miał specyficzne hobby. Każdego dnia o tej samej porze robił jedno zdjęcie przed swoim sklepem z tytoniem. Zajmowało mu to pięć minut, ale wymagało systematyczności absolutnej. Specyficzny projekt zakładał pełną dyspozycyjność fotografa bez względu na warunki atmosferyczne czy czas wolny. Zdjęć uzbierało się około 500 i jedynie wnikliwy odbiorca był w stanie docenić magię szczegółu tej nietuzinkowej dokumentacji. Pomyślałam, że życie tego filmowego bohatera – ale przecież i każdego z nas – składa się z wielokrotnych powtórzeń, drobiazgów oraz codziennych rytuałów, dlatego we wrześniu zacznę rytmicznie, nie tylko z perspektywy tworzenia dźwięków i muzykowania…

Jak słusznie zauważył Marek Maciejewski, kierownik Instytutu Muzyki Miejskiej MCK, w swoim zaproszeniu na tegoroczną odsłonę Drums Fusion – „rytm jest w nas i dookoła nas”. Mam wrażenie, że w Bydgoszczy nikogo nie trzeba już o tym przekonywać. Minęła pierwsza plenerowa edycja wydarzenia, które pulsująco przetoczyło się przez miasto, oferując jego mieszkańcom prawdziwą gratkę.

Tegoroczne Drums Fusion zaczęłam od filmowego pokazu, na który bezskutecznie wybierałam się od dnia premiery, czyli od 2 stycznia. Zakrwawione instrumenty, charyzmatyczny nauczyciel i napięcie, które stale rośnie wciskając widza w fotel, to znaki rozpoznawcze Whiplash. Film Damiena Chazelle’a swoją intensywnością wprowadził mnie w klimat idealnie pasujący do anturażu perkusyjnego święta. Główny bohater, Andrew, pragnie zostać wirtuozem tegoż instrumentu, a w osiągnięciu celu „mobilizuje go” nieprzewidywalny mentor Fletcher. Chęć bycia nieprzeciętnym zmusza młodego muzyka do nadludzkiego wysiłku fizycznego i psychicznego. Obsesyjność ćwiczeń i szalone poczucie obowiązkowości przynoszą skutek nie tylko w postaci załamania nerwowego, ale – jak się okazuje w końcowej scenie – uznania Fletchera. Film trzyma uwagę widza od pierwszego do ostatniego kadru, a po seansie wracałam do domu bogatsza o nowe spojrzenie na muzyków oraz instrument, którego filozofia stała mi się bliższa.

Kluczem, według którego poruszałam się po festiwalu, był jazz. Pierwszy koncert, na jaki trafiłam, to Wygnanie z raju, czyli muzyka Krzysztofa Komedy w formie suity na kwartet jazzowy, jaki odbył się w amfiteatrze Opery Nova, do którego przycumowano barkę „Lemara”. Kolejny dzień przyniósł mi Swingujących klasyków z muzyką Chopina, Mozarta i Bacha. Osobliwa zapowiedź kolejnego koncertu nastąpiła, gdy ciesząc się dobrem, jakim jest muzyka grana na żywo, postanowiłam rozprostować kości. Intuicyjnie szłam w stronę, z której pachniało jedzeniem, i tak znalazłam się przy stoisku z kiełbaskami nieopodal pana i pani sprzedających watę cukrową. Usłyszałam między nimi mniej więcej taki dialog:

Pan Wata: Po co ci wszyscy ludzie tu idą?

Pani Wata: Bo „jakaś” Dudziak ma teraz śpiewać…

Śpiewająca jazzowa diwa okazała się fenomenalnym gawędziarzem. Nie jestem do końca przekonana, czy proporcja muzyki do opowiadań była właściwa (nie mi oceniać); grunt, że to, co chciała przekazać, jest w naszym kraju skrajnie szalone. Ogłosiła, że jest szczęśliwa, ma 72 lata („jeszcze żyje”), a w dodatku ma narzeczonego. Ktoś powie: nic nowego, dookoła można się naczytać masy komunikatów mówiących o tym, jak przełamała stereotyp wieku, głosząc, że sukces to nie kwestia pieniędzy, tylko skutek przykładania wagi do właściwych rzeczy. Bez wątpienia wokalistka potrafi mówić o sobie dobrze, zadając kłam fałszywej skromności, a to już ryzykowne. Zauważyła, jak niepopularne jest u rodaków przyznawanie racji, gdy ktoś nas chwali, nawet jeśli to światowej klasy specjalista. Polak zaprzeczy, powie: przepraszam, ale ja jeszcze nic nie umiem. Z takim przesłaniem pani Dudziak przyjechała do Bydgoszczy, z uśmiechem na ustach wspominając, jak raz tak się zagadała, że jej muzycy, znudzeni, zeszli ze sceny.

Pod względem treści i przekazu Drums Fusion było więc dla mnie spotkaniem z ludźmi pięknie spełnionymi. Piotr Baron podczas prowadzenia koncertu opowiedział o czasie, w którym marzył, by zostać prezenterem radiowej „Trójki”, zapisując fonicznie tytuły angielskich piosenek. Potrafił wyjść poza fazę swojego marzenia. Zrozumiałam, jak dobrze wiedzieć, w czym jest się naprawdę dobrym i czego się pragnie. Przyznaję: nie polecam tak destrukcyjnego podejścia, jakie prezentuje bohater Whiplash, ani też zbyt zwolnionego tempa Auggiego, postaci z filmu Dym Paula Austera i Wayne’a Wanga, o którym pisałam we wstępie. Ważne jest, by odnaleźć jedyny, sobie właściwy rytm.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Wrzesień 2015 Trafiając w punkt – rytmicznie