Klatka

[Fragment z części drugiej]

III

Stanęliśmy przed wielką, żelazną bramą.

Kiedy otworzyły się małe, niewidoczne drzwi, znalazłem się w długim korytarzu. Musiałem iść pod ścianą, ponieważ środek korytarza wypełniała gęsta siatka, przez którą widać było inne korytarze na niższych piętrach. Przeszedłem obok niezliczonej ilości drzwi; na koniec wepchnięto mnie do pokoju, w którym znajdował się kuchenny zydel, kasa ogniotrwała i duże, masywne biurko.

 

 

Za biurkiem siedział jakiś człowiek, lecz nie widziałem go. Niklowa lampka oświetlała jedynie jego wąskie, delikatne dłonie.

– Więc to nie pan… – Usłyszałem jego głos. – W twarzach, przyzna pan, jest pewne podobieństwo, ale bardzo możliwe, że to nie pan. Załóżmy, że pan jest kimś innym, lecz co z tego? Przecież śledztwo musimy i tak przeprowadzić, prawda? W takich sprawach, proszę pana, śledztwo bywa nużące… Bardzo nużące… Czy nie lepiej, gdybyśmy to załatwili jakoś inaczej. Nadarza się po temu świetna okazja. Ja tu kompletuję właśnie materiał o waszych zbrodniach z niedzieli trzeciego września. Mam już gotowe protokoły. Po prostu podpisze pan jeden z tych protokołów i dziś jeszcze zakończymy pana sprawę.

Sięgnął po segregator i zaczął odczytywać nagłówki spraw, których dotyczyły poszczególne protokoły:

– Mordowanie starców i kobiet. Wykłuwanie oczu nożyczkami. Rozrywanie niemieckich dziewcząt końmi. Gwałty. Znęcanie się nad pastorami. Co pan wybiera? – zapytał.

– Nie rozumiem, o co chodzi.

– Ach, czyżbym się pomylił? Pan wygląda na inteligentnego człowieka i powinien pan zrozumieć, że wszyscy mieszkańcy tego miasta są mordercami. Zabijaliście tu miejscowych Niemców, my, ich rodacy, na wasze nieszczęście zwyciężyliśmy i teraz moglibyśmy rozstrzelać was wszystkich, lecz my tego nie uczynimy. Rozstrzelamy formalnie, kogo trzeba, ale przecież powinien pan zrozumieć, że nawet my nie możemy się bawić w takie głupstwa, jak identyfikowanie pana osoby. Szybciej, mój drogi, kogo pan mordował trzeciego września? Kobiety, dzieci czy starców?

– Ja tu jestem przejazdem – powiedziałem. – Nie miałem z tym nic wspólnego.

– O Boże, jakiż z pana uparty człowiek. Czy pan miał z tym co wspólnego czy nie, to teraz nieważne. Wszyscy jesteście mordercami; niech pan to sobie zapamięta. Urządziliście tu rzeź. Coś w rodzaju nocy świętego Bartłomieja. Czyż nie mamy teraz prawa do pewnych represji? Czyż sami nas do tego nie upoważniliście?

Rozsiadł się wygodniej.

– No… do jakich morderstw chce się pan wreszcie przyznać? Wybrał pan już? – zapytał.

– Przyjechałem dziś rano – tłumaczyłem dalej. – Mam tu ciotkę. Została samiuteńka w całym domu.

– To nudne – przerwał. – Radzę zapomnieć, skąd pan jest i po co pan przyjechał. To nudne.

Począł, jak utrudzona tancerka, bawić się w ściąganie buta o but.

– A jeśli podpiszę któryś z tych protokołów, to co się stanie? – zapytałem z cicha pęk.

– Będziemy musieli pana rozstrzelać. Innego wyjścia niestety nie ma.

– Ha, ha, ha! – Śmiałem się. – Przyjechałem do ciotki i zostanę rozstrzelany. Paradne.

– Stop! – Tupnął nogą. – Jeżeli pan jeszcze raz choć słowem wspomni ciotkę… – Zawahał się speszony swoją trywialną brutalnością. – Od paru dni odsyłam na rozstrzelanie waszą hołotę i nie słyszę nic innego jak „Jeszcze Polska nie zginęła” – ciągnął. – A teraz, kiedy przyprowadzili mi nareszcie inteligentnego człowieka, ten mi mówi o ciotce. Oszaleć można.

Pochylił się nieco do przodu. W świetle lampki pojawiła się na chwilę jego sucha, wygolona, bezkrwista broda.

– Podoba mi się pan – powiedział. – Wszyscy, których skazywałem, szli na rozstrzelanie jak męczennicy, a pan ze mną rozmawia. I to jak rozmawia. Za to się panu coś należy. Jakaś ulga, jakaś bardziej łagodna, wytworna śmierć. Nie chciałbym, aby pan musiał zrezygnować ze swojej dumy. O… zaproponuję panu pewne wyjście. Powiedzmy, że pan z patriotycznego obowiązku zabił jednego, jedynego Niemca. Osobiście nie widzę w tym nic odrażającego. Proszę, tu jest taki protokół. Podpisze pan?

– Nie.

– Proszę odpowiadać całym zdaniem. Nie lubię takich odpowiedzi. Pan wyklucza możliwość rozmowy… Tak odpowiada parobek, cham, niewolnik. Ja chcę rozmawiać.

– Nie mogę podpisywać gotowego protokołu – powiedziałem. – Tego się nigdzie nie praktykuje.

Zebrał papiery do segregatora i zamknął szafę na klucz.

– Pan rozumuje powoli. Zbyt powoli – powiedział. – Przykro mi, ale nie będę mógł panu poświęcić więcej czasu. Nam zależy na każdej chwili. My tworzymy historię, mój drogi, nową epokę, nowy ład. Nie możemy się bawić w śledztwa i tym podobne sprawy. Za parę lat prawnicy z właściwym sobie spokojem i nieomylnością uznają nasze wyroki za sprawiedliwe, a tymczasem każde dziecko w Europie musi wiedzieć o tym, jak mordowaliście tu naszych obywateli.

Przez chwilę milczał.

– Tak oto stał się pan również męczennikiem, którego niesłusznie rozstrzelamy – dokończył.

Zaraz po jego wyjściu do pokoju wpadli esesmani. Zakasali rękawy, rozłożyli na biurku króciutki pejcz, świeczkę i gumowe rękawice. Zachowywali się tak, jakby dopiero co obrabowali bank i teraz dzielili się zdobycznym łupem.

Gdy przygotowali narzędzia, zaczęli mnie bić. Każdy z esesmanów bił mnie inaczej. Jeden tłukł pejczem po głowie, inny po plecach, inny znowu po palcach. Czynili to bez szczególnego entuzjazmu, jakby wykonywali swoją codzienną, nudną pracę.

Gdy upadłem na podłogę, posadzili mnie z powrotem na zydlu, wytarli twarz ręcznikiem i wetknęli do ręki małą, strażacką trąbkę.

Wtedy wszedł do pokoju dziennikarz obwieszony aparatami fotograficznymi.

– Co to za jeden? – zapytał esesmanów.

– Ten podjudzał Polaków do rzezi grą na trąbce – odpowiedzieli.

– Czy mógłbym posłuchać, jak on gra?

Esesmani kazali mi grać.

Naśliniwszy wargi, z trudem, cicho zapiszczałem.

– Niesłychane – zdziwił się dziennikarz.

– Podjudzanie do mordu grą na trąbce to ich stary sposób – zauważył jeden z esesmanów. – Kiedy inni wyrzucali Niemców przez okno na bruk, on wygrywał na trąbce „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Dziennikarz zanotował to w swoim notesie.

– Panowie zgromadziliście tu samych zboczeńców – powiedział. – Mam już dwanaście sylwetek i każda z tych sylwetek to właściwie sylwetka wariata. Czyście panowie nie przesadzili?

– Czy pan ich broni?

– Skądże. Chciałbym tylko, aby mi nie powiedzieli w redakcji, że przesoliłem. Nie moglibyście mi pokazać jakiegoś normalnego mordercy?

– Za godzinę będzie pan miał setki Polaków do wyboru.

– Nie mam czasu. Zbrodnią bydgoską interesuje się sam Goebbels. Drukarze już czekają. Jutro o dziesiątej odlatuje samolot. Przez miesiąc idę na pierwszej stronie.

– W takim razie możemy temu tutaj odebrać trąbkę.

– O, gdybyście byli łaskawi. Bez trąbki będzie wyglądał o wiele bardziej naturalnie.

Odebrali mi trąbkę i posadzili mnie na krześle tak, aby dziennikarz mógł mnie sfotografować.

– Ślicznie – cieszył się dziennikarz. – Nareszcie znalazłem taką twarz, o jaką mi chodzi. Jest pospolita, a jednak jest w niej coś strasznego. Kiedy się człowiek dobrze przyjrzy tej twarzy, ma ochotę zawołać: „Powieście go. Ale prędzej”. Ta twarz powinna stać się symbolem Polaka.

Począł mnie fotografować.

IV

Zawieźli mnie do koszar artyleryjskich.

Znalazłem się w zapchanej więźniami stajni. Na chodnikach, w betonowych korytach, nawet przy ściekach z gnojówką – wszędzie leżeli ludzie. Byli to urzędnicy, lekarze, kupcy, księża, rajcy miejscy, dziennikarze, adwokaci, ekspedienci, nauczyciele – słowem przedstawiciele niemal wszystkich stowarzyszeń, ugrupowań i instytucji, jakie istniały w tym mieście. Okazało się, że wszyscy oni byli tak samo jak ja mordercami i wszyscy w niedługim czasie zostaną rozstrzelani.

W stajni panowały dość szczególne zwyczaje. Ludzie rozmawiali tu półszeptem i przez cały dzień nie ruszali się ze swoich barłogów. Ciszę mącił jedynie szept księdza, który bez przerwy spowiadał wszystkich spragnionych zbawienia, lub wejście strażników, którzy przyprowadzali nowych więźniów.

Tymczasem na dziedzińcu koszar ładowano ludzi do samochodów. Ludzie ci byli znaczeni białymi krzyżami na klapach marynarek lub na plecach. Szli przez plac, trzymając ręce na karku, i kiedy wchodzili na ciężarówki, choć było im trudno, nie zdejmowali rąk z karku. Strażnicy upychali ich kolbami, kierowcy kłócili się, że samochody są przeciążone i tak przez cały dzień jedni krzyczeli na drugich. Wieczorem natomiast więźniowie zamiatali podwórko, czyścili buty żołnierzom i oskrobywali łopaty z gliny.

Po tygodniu zostałem wezwany na pierwsze przesłuchanie. Strażnik zaprowadził mnie do kancelarii, skąd kierowano takich jak ja do właściwego pokoju. Zanim się tam dostałem, musiałem przejść przez cztery inne pokoje, w których inni strażnicy sprawdzili moje personalia i bili mnie – każdy jak uważał. Kiedy dotarłem nareszcie do swojego śledczego, ten przedstawił mi jeden z owych gotowych protokołów dotyczących wypadków z trzeciego września i podając pióro, pokazał miejsce, w którym należy złożyć podpis. Gdy próbowałem tłumaczyć, że nigdy w życiu nie grałem na trąbce, a już tym bardziej nie podjudzałem nikogo do złych czynów, wyprowadzano mnie tą samą drogą i strażnicy znowu bili mnie – każdy jak uważał.

Na tym śledztwie skończył się właściwie mój kontakt z wymiarem sprawiedliwości. Sprawa moja została definitywnie zakończona; jej akta nie dotarły nigdy do sędziów. Obok mojego nazwiska – jak się potem dowiedziałem – postawiono krzyżyk, co miało oznaczać, że jestem właściwie rozstrzelany. Dla propagandy niemieckiej byłem jedynie, o zgrozo, zwłokami, które w każdej chwili uznać będzie można za zwłoki zamordowanego Niemca.

Jednakże w tych dniach w jednej z berlińskich gazet ukazało się moje zdjęcie i to na pozór drobne wydarzenie zmieniło całkowicie mój los.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Wrzesień 2015 Klatka