Na ryby

Emilia Walczak Emilia Walczak Fot. Magda Powalisz

Kawiarnia Strefa przy ulicy Długiej w Bydgoszczy jakiś czas temu zorganizowała dla swoich klientów plażę – nad rzeką Młynówką, mniej więcej w tym miejscu, gdzie kiedyś stał dom z wymalowanym na jednej ze ścian wierszem autorstwa Wojciecha Banacha o intrygującym mnie 15 lat temu incipicie Miotając się. Plaża – na lato jak znalazł, wszak po co się kisić i dusić w przyciasnawych z deka wnętrzach, jak jakieś ryby bez wody?…

Parę lat temu widziałam taką plażę w Wiedniu, pomyślałam wtedy: „Dlaczego w Bydgoszczy nikt na to jeszcze nie wpadł? Dlaczego nasz nadwodny potencjał wciąż pozostaje niewykorzystany?”. No ale upłynęło trochę wody w Brdzie i w Młynówce i w końcu ktoś jednak wpadł – na pomysł, nie do wody! I chwała mu za to, lepiej wszak późno niż wcale.

Lecz dość już tych peanów, nie o tym tu chciałam…

Opowiem Wam za to teraz krótką historię o zabijaniu, a było tak…

 

Siedzę sobie pewnego młodego jeszcze wieczoru na Strefowej plaży, zapadnięta w leżaku, popijając swój niskoprocentowy napój, aż tu nagle, z przeciwnego brzegu Młynówki jakiś mężczyzna, w wieku tak na oko trudnym do określenia, na spinning zaczyna łowić ryby w rzeczce (czy to jest w ogóle legalne?), by już po chwili wygiętą w kabłąk wędką wyciągnąć zeń rybę słusznej wielkości, taką pasiasto-dropiatą, czerwonopłetwą. Być może był to okoń – głowy nie daję – lecz akurat nie to jest tutaj najistotniejsze… Myślę sobie: „Ciekawe, gdzie ją teraz schowa?” (nie miał przy sobie żadnej siatki; siatki wędkarskiej – dodam zawczasu). No więc dalej obserwuję rozwój smutnych, jak się zaraz okaże, wydarzeń i coraz bardziej zaczynam nie dowierzać własnym, krótkowzrocznym oczom: mężczyzna ów, w wieku tak na oko (zwłaszcza krótkowzroczne!) trudnym do określenia, ze spokojem zdejmuje plecak, nonszalancko wyciąga z niego torbę foliową, ze środka której przebija już czarny cień kilku rybich, zaduszonych żywcem ciałek, i wsadza do niej wyrwanego właśnie z wody, wciąż żywego, miotającego się i próbującego uciekać, i próbującego oddychać – załóżmy że – okonia. Owija reklamówkę kilkakrotnie i na powrót chowa do plecaka; ponownie zarzuca wędkę. Kurtyna.

Okoń oczywiście za chwilę udusi się w tej foliówce, leżąc tak całkiem bezsilnie na stercie martwych swoich rybich braci. Ktoś obok podsumuje całe zdarzenie stwierdzeniem: „Aaale rybaaa!”.

Dziś, kiedy to piszę, dzień po tamtym zdarzeniu, wciąż jestem w szoku, z którego jakoś nie potrafię się otrząsnąć. No, barbarzyństwo w biały (wciąż jeszcze) dzień to było! A czy gdyby ktoś wpadł na pomysł, by złapać, dajmy na to, jakiegoś małego pieseczka, ot, na przykład takiego yorka, i wsadzić go do reklamówki, skazując na śmierć przez uduszenie, to też nikt by nie zareagował? No, raczej by chyba ktoś coś tam pisnął, nie tylko: „Aaale pieseczeeek!”, już po chwili całkiem bezrefleksyjnie wracając do swoich rozmów, do swoich butelek z hipsterskim napitkiem, do swoich codziennych spraw.

Zaraz się pewnie obruszycie: „Gdzie pieseczek, a gdzie ryba? Gdzie Rzym, a gdzie Krym?” albo: „Gdzie Bydgoszcz, a gdzie Wiedeń?”. A mnie właśnie zabolał los tego okonia, co to sobie siedział chilloutowo pod kamiennym mostkiem, spokojny i bezpieczny jak ci ludzie na Strefowej plaży, zajadał jakieś tam organiczne paproszki, jak ci ludzie na Strefowej plaży popijali sobie te swoje niskoprocentowe napoje, by zaraz zostać schwytanym, w tak niemieszczący mi się w głowie sposób bestialsko zaduszonym, no i pewnie na koniec, na bardzo późną kolację, pożartym z przylepką, to jest – z piętką chleba krańcową.

Teraz się przyznam: kiedyś sama lubiłam łowić ryby. Tylko że u nas w domu robiło się to jednak z większym dla nich szacunkiem. To znaczy – nie dosłownie w domu, a nad jeziorem… W każdym razie z większym szacunkiem, to jest – z użyciem siatki wędkarskiej i tak dalej. I to nie są żadne podwójne standardy – to jest po prostu niezaduszanie ryb w reklamówce. Jest bowiem zasadnicza różnica pomiędzy wędkarstwem a nikczemnością. Tak mi się przynajmniej naiwnie wydaje…

A kiedy czytam na przykład książkę taką jak Jak spotkałem się z rybami Oty Pavla, to z niej też jakoś, jakimś czeskim cudem, nie przebija tak czyste okrucieństwo, jakie kładło się czarnym cieniem na tej foliówce mężczyzny, w wieku tak na oko trudnym do określenia, nad Młynówką, vis-à-vis kawiarni Strefa.

Łówmy więc ryby, jeśli już musimy, ale róbmy to z głową. No i może też z sercem. Proszę Was o to ja, bo ryby głosu nie mają.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p