Jestem z miasta

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Jem. Znaczy piszę głównie, oczywiście, w tym momencie, ale również jem. Polską. Pieczoną. I bułkę. I małosolnego. Nad Brdą się ta konsumpcja odbywa, a jako że słońce zdecydowało się dzisiaj nie operować na moim i tak już promieniowaniem udręczonym ciele, to mogę normalnie na czaszce ogolonej czuć bryzę. A bryza zawsze apetyt wzmacnia. Nie tylko na jedzenie zresztą. Spożywam więc z doskoku, bo jednak głównie piszę. A piszę jakby nieco zły i poirytowany może trochę, bo pięknie pisze się o czymś, czego się doznało, a znacznie gorzej o czymś, czego zmysły piszącego nie dostały do obróbki wtapianiem się. Gdy będziecie to czytać, to już będziecie wiedzieć. A ja pisząc, i delikatnie besztając w myślach konieczność oddawania tekstu na dwa tygodnie przed jego ukazaniem się w druku, nie wiem. Nie wiem, czy oni dobrze zagrali. Czy ona dobrze zaśpiewała. Czy to było magiczne. Czy opolskie raczej w proweniencji? Choć tego drugiego nie podejrzewam, bo i klasa, i umiejętności gwiazd Festiwalu Drums Fusion o kilka półek wyżej siedzą niż „klasa” i „umiejętności” większości występujących na tamtym festiwalu kiczu i żenady. Natomiast tak naprawdę to jeszcze nie wiem. I jak tak sobie nie wiem, to drżę cały w podnieconym oczekiwaniu tych dwóch miesięcy, co mnie znowu zaczerwienią. Jednakże nie kuszą mnie plaże Egiptu czy trakty bieszczadzkie. Kusi mnie to, co od zawsze stanowi kwintesencję moich uniesień upalnych. O lecie w mieście więc w miesiącu, co mi się rozpoczął, zanim się rozpoczął.

Dziecięciem będąc szczęśliwy wiodłem żywot, bo miłość moich rodziców była i jest przeogromna. Jeździłem więc po Polsce i Europie zwiedzając te strony, które nam władza zwiedzać pozwalała. Co roku wyjeżdżałem na kolonie i rewelacyjnie się tam bawiłem wcielając za każdym razem w życie plan absolutnego nieprzejmowania się tym, co mówili wychowawcy. Pewnego pięknego lipcowego dnia pocałowałem po raz pierwszy, to wspomnienie będzie ze mną już na zawsze. Dobrze pływam. Jestem ogólnie sprawny i nie darzę lasów oraz jezior niechęcią arachnofoba. Komary jak są, to są, i trzeba im po prostu przeszkadzać bardziej, niż one przeszkadzają nam. Wtedy się zmywają. Miałem taki okres w życiu, kiedy zabijałem komary pozwalając im się ukąsić. Wiecie, co mam na myśli, więc nie ciągnijmy tego wątku jakoś specjalnie za język. Generalnie rzecz ujmując, nigdy nie miałem nic przeciwko naturze i wypadom na jej ukwiecone łono. Jednak gdy starzy zapytali mnie kiedyś o to, dokąd chciałbym pojechać na wakacje – dając po raz pierwszy możliwość swobodnego wyboru destynacji – to bez sekundy zastanowienia powiedziałem: „Do Warszawy.” Ja wiem. Beton jest wszędzie, ale takiego życia letniego jak w stolicy to wtedy nigdzie nie było. Dziwne? Może, ale na pewno pełne doznań.

Lipiec i sierpień to nie są moje ulubione miesiące, bom uczulony na tę żółtą piłkę na niebie i często wysyłam w jej stronę przekaz jadowity i żrący niczym krew Obcego. Stąd może moje umiłowanie do spędzania lata municypalnie raczej niż kempingowo. Na bank jednak nie jest to jedyny z powodów. Co miesiąc mam niezwykłą przyjemność tłumaczenia „BIK”-owego kalendarium na język language. Jestem więc z nim za pan brat i znam je na wylot. W Bydgoszczy roku 2015 w okresie tych 62 dni będzie można obejrzeć, posłuchać, powąchać, posmakować, dotknąć, być częścią, zatopić się, polizać, przejść, przebiec, przejechać, być poniesionym i nieść… około trzystu (sic!) razy. To jest, proszę szanownej widowni, jakieś pięć razy dziennie. A oferta kulturalno-rozrywkowo-fizyczna nie ogranicza się przecież tylko do naszego piękniejącego z dnia na dzień grodu nad Brdą i Wisłą. Są inne miasta! Niektóre oddalone o niecałe 150 km. I tam też mury oddychają wydarzeniami, od których zionie doznawaniem tak mocno, że trzeba się chłodzić w fontannach. Ale nawet gdyby chciał człowiek lub z konieczności musiał pozostać stacjonarny, to będzie mieć co w mieście robić. Oj, będzie mieć.

Jedźcie więc, drodzy bydgoszczanie, tam, dokąd Was spuchnięte wysiłkiem portfele poniosą. Jedźcie i opalajcie. Cokolwiek tylko chcecie. Przysyłajcie fejsbukowi megatony wspomnień o kolorowych drinkach i autentycznych, oczywiście, wisiorach zdobnych w lokalny koloryt. Bądźcie spełnieni w wypełnianiu i napełnianiu wszystkiego tego, co potem opróżnicie. Patrzcie i podziwiajcie!

Ja zostaję.

Pięknego lata i do sczytania we wrześniu :)

PS Chciałbym bardzo podziękować pani z warzywniaka przy Dworcowej za niezaciśnięcie na maksa supełka na woreczku z małosolnym.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start