Malakser, winylowy zawrót głowy i analogowa prawda

Niedawno spostrzegłam, że mało rzeczy daję do naprawy. Nieczęsto jakiś przedmiot wydaje mi się godny oddania w ręce specjalisty i tym samym uzyskania drugiego żywota. Zawsze pojawia się myśl: po co tracić czas, prościej kupić… Mam poczucie, że dookoła jest coraz mniej wartościowych przedmiotów, brak im jakości, bo nie wykonał ich prawdziwy rzemieślnik. Pamiętam stare skórzane buty mojego dziadka. To były buty! Dziadek przechodził w nich niejedną zimę i zawsze powtarza, że rzeczy wyprodukowane dawniej mają znacznie dłuższy termin użytkowania. Idąc tropem tęsknoty za tym, co dobrej jakości i treści, z potrzeby bycia tu i teraz, najsolidniej i najrealniej, zrodził się niniejszy tekst…

Magia sprawstwa

Zacznę od tego, że dziadek jest mechanikiem samochodowym. Katalog części polskiego fiata 125p to dla niego do dziś książka wszechczasów. Zna ją na pamięć (mimo 81 wiosen). Potrafi zbudować fiata od początku do końca. Zna położenie każdej śrubki, i to dla mnie oznacza coś niezwykłego! W czasach swojej świetności miał pełne ręce roboty, umiał wstawić szybę i wyklepać blacharkę, chodził na „fuchy” i był prawdziwym specjalistą w swojej dziedzinie. Niestety, z czasem stał się niepotrzebny. Postęp zrobił swoje, w samochodach jest jakby mniej mechaniki, a więcej elektroniki. Auta stały się bezduszne. Działają na guzik, choć teraz należy się już chyba spodziewać dotykowego panelu sterowania. Mało kto docenia przyjemność ręcznej zmiany biegów. Mój znajomy twierdzi, że nie chce jeździć pojazdem, który działa jak malakser, chce czuć moc sprawczą, i ja to w pełni rozumiem, to jest jego manifest romantyka w chłodnych czasach elektroniki…

Adapter Daniel

Chodzi za mną fraza pewnego utworu, brzmi ona tak: „Kręci się płyta na adapterze Daniel, w kuchni kobita warzy jakieś danie”. Dalej autor, zwany Skorupem, odnosi się do swoich przeżyć z lat dzieciństwa: zakupu samochodu Syrena, puszczania latawca pod blokiem i scenek rodem z PRL-u. Utwór pt. Adapter Daniel, dzięki swojemu refrenowi, przypomniał mi czerwony przetwornik mamy i coś, co w nim uwielbiałam – moment nastawiania płyty. Pamiętam gest unoszenia i opuszczania ramienia, dreszcz oczekiwania chwilę przed, sunięcie igły po wytłoczonej, ciemnej powierzchni. Odsłuchiwane „płyty z przeszłości” to m.in. przeboje Abby, klasyki Czerwonych Gitar, Czesława Niemena i Republiki. Raz powąchany winyl sprawił, że zamarzyłam, by moje krążki ożyły, by stanowiły zalążek czegoś większego. Wzorem Brytyjczyków, u których czarna płyta przechodzi właśnie swój renesans (1,3 mln sprzedanych płyt w 2014 roku), udzielił mi się analogowy zawrót głowy. Wszystko to dla dźwięku niespłaszczonego, odbioru bardziej wyrafinowanego i w opozycji do tego, co na chłodno zminimalizowane.

Lew mieszka na strychu

Poddasze Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. dr. Witolda Bełzy od jakiegoś czasu zamieszkuje lew. Naturalnie chodzi o symbol hollywoodzkiej wytwórni filmowej, który, otoczony taśmą filmową, ryczy przed każdym seansem. Duży kot znalazł miejscówkę za sprawą „Projektora” – inicjatywy zakładającej nieregularne albo cykliczne pokazy starych filmów. Szukając inspiracji i kadrów nie do zdarcia, mam już za sobą „Kwiecień z Hitchcockiem” oraz „Muzyczny maj”. Moja pierwsza wizyta na poddaszu była dość zabawna. Spóźniona, w butach na obcasie zawitałam na ogarnięte ciemnością piętro, z hukiem wpadając w leżak, na którym postanowiłam już pozostać. Gdy uczucie zażenowania opadło, zobaczyłam, że wszyscy dookoła czują się jak u siebie w domu. Widzowie otuleni w koce, niektórzy z nogami ułożonymi w pozycji amerykańskiej, wpatrywali się w film M jak morderstwo z 1954 roku. Zakończony seans ujawnił ich młode oblicza, a z komentarzy tuż po dało się wywnioskować, że również im udzielił się klimat klasycznego kryminału z intrygą i kluczem, który wszystko wyjaśnia. Kino na poddaszu zwykle pozostawiało mnie w poczuciu dobrze spędzonego wieczoru. Zainteresowanym podpowiem, że właśnie wraca po czerwcowej przerwie.

By twardo stąpać…

Ulubiona nauczycielka języka polskiego poleciła mi kiedyś, żebym przed rozpoczęciem lektury wzięła książkę do ręki i przez chwilę zastanowiła się, dlaczego chcę ją przeczytać. Staram się stosować tę zasadę nie tylko jeśli chodzi o książki. Wizyty na strychu, wspomnienie brzmienia płyty winylowej i katalog części mojego dziadka uzmysłowiły mi, że pewne rozwiązania sprawdzają się mimo upływu czasu. Rzeczy ważne nie ulegają radykalnym zmianom, a chwilami warto wykrzesać z siebie nieco więcej energii i stać się – nazwijmy to… analogowym. Po co? By zyskać poczucie kontroli i wolności. Dlatego latem chcę się skupić na tym, co prawdziwe, zakochać się na nowo w muzyce, w czystym dźwięku i w rzeczach możliwych do naprawy, a nie tylko internetowo-wirtualnych… Działających sama do końca nie wiem, na jakich zasadach.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Lipiec/Sierpień 2015 Malakser, winylowy zawrót głowy i analogowa prawda