Wzorujmy się na Francji

Andrzej Szahaj Andrzej Szahaj

Z Andrzejem Szahajem, profesorem filozofii, dziekanem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autorem głośno komentowanej książki Kapitalizm drobnego druku, rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Bartłomiej Siwiec: Panie profesorze, proszę, porozmawiajmy o Bydgoszczy pana dzieciństwa, o – jak sam pan to ujął – „slumsach na ulicy Poznańskiej”.
Andrzej Szahaj: Urodziłem się na ulicy Orlej, na Szwederowie, w 1958 roku (dom już nie istnieje). W roku 1961 lub 1962 przeprowadziliśmy się na ulicę Poznańską, numer 28. Tam spędziłem dzieciństwo i wiek młodzieńczy, dwadzieścia lat życia. Kamienica stoi do dziś. W czasie, gdy tam mieszkałem, nie prezentowała się najlepiej, delikatnie rzecz ujmując. Dziś jest chyba podobnie (?). Podwórko studnia, powybijane szyby w oknach na klatce schodowej, tynk odpadający kawałami. Wiele mieszkań z toaletami na klatce schodowej. Było nas pewnie z dziesięciu chłopaków, z bardzo różnych rodzin, także patologicznych. Czas spędzaliśmy głównie na podwórku oraz na pobliskim Wzgórzu Dąbrowskiego. To było bardzo szczęśliwe dzieciństwo, choć w częściowo zdegradowanym społecznie i estetycznie otoczeniu. Znakomita lekcja charakteru.

Później było LO nr II w Bydgoszczy, ale bardzo istotne w pana życiu były studia kulturoznawcze odbyte na UAM w Poznaniu. Napisał pan, że w życiu filozofa ważne jest, żeby skończyć jeszcze jakieś inne studia. Dlaczego?
Filozofia powinna bazować na wiedzy szczegółowej z jakiejś innej dziedziny. Wtedy ma mniej skłonności, aby zamykać się w sobie, a jej rozumowania zawsze można wesprzeć materiałem pochodzącym spoza niej samej. To zwiększa jej moc analityczną i perswazyjną.

Przełomowym wydarzeniem w pana życiu była „Pierwsza Solidarność”, czyli półtoraroczny karnawał wolności, krwawo zakończony przez generała Jaruzelskiego…
W sensie politycznym z pewnością tak. Byłem bardzo młodym człowiekiem i okres „Solidarności” był dla mnie doświadczeniem formacyjnym (wstąpiłem do niej w pierwszym dniu pierwszej pracy po studiach, jesienią 1980 roku). Pamięć o tamtych latach jest wciąż dla mnie żywa, to wtedy bowiem nabrałem nadziei na to, że wspólne działania mające na celu zmianę status quo są możliwe, a ludzie są zdolni do najlepszych uczuć i pragnień: solidarności, braterstwa, wolności i równości.

Bardzo żywą dyskusję wywołała pana książka Kapitalizm drobnego druku. Wynika z niej jasno, że neoliberalizm, który tak silnie się w Polsce zakorzenił, wymaga zdecydowanych korekt. A może w ogóle należy odstąpić od neoliberalizmu?
Zdecydowanie tak. Neoliberalizm narobił wiele szkód, przede wszystkim w naszej tkance społecznej. Choć wydobył z nas rzeczy godne aprobaty (np. energię do działania przejawiającą się m.in. rozwojem przedsiębiorczości), to jednak bilans ogólny jest negatywny. Szczególnie nie podoba mi się związany z nim socjaldarwinizm, przekonanie, że wygrywać powinni najsilniejsi, a reszta ma sobie radzić sama, jeśli bowiem przegrywa, to na własne życzenie. Nie mogę też zaakceptować związanego z nim przekonania, że sam rynek kapitalistyczny jest w stanie rozwiązać wszystkie nasze problemy. Nadto razi mnie ewokowany przez niego hiperindywidualizm oraz nadmierna wiara w zbawczą moc konkurencji. Nie akceptuję absolutyzowania wolności kosztem innych wartości, jak równość czy sprawiedliwość społeczna. W neoliberalizmie irytuje mnie też kompletny brak zrozumienia dla takich wartości, jak solidarność czy dobro wspólne, rozumiane inaczej niż tylko jako suma indywidualnych interesów jednostkowych. Wizja społeczeństwa jako agregatu jednostek walczących o dobra materialne bez oglądania się na innych. Programowych egoistów, sadzących, że dobre życie polega na walce wszystkich ze wszystkimi, zaś myślenie o innych w kategoriach konkurentów do posiadania określonych dóbr to jedyny sposób odnoszenia się do bliźniego. W moim przekonaniu powinniśmy jak najszybciej porzucić tę ideologię (choć niekoniecznie liberalizm jako taki, neoliberalizm ekonomistyczny jest wobec klasycznego liberalizmu J.S. Milla i innych liberałów XIX-wiecznych niebezpieczną aberracją) i łaskawym wzrokiem spojrzeć na tzw. model skandynawski, w którym państwo odgrywa istotną rolę ekonomiczną, pomoc socjalna uważana jest za korzystną dla wszystkich inwestycję, pracownik traktowany z szacunkiem, a jego praca godnie wynagradzana, zaś nierówności społeczne aktywnie łagodzone za pomocą przemyślanej polityki społecznej. To Skandynawom udało się najlepiej na świecie połączyć efektywność ekonomiczną ze sprawiedliwością społeczną i zapewnić najwyższą jakość życia obywatelom.

To nazwisko prędzej czy później musi tu paść. Chodzi oczywiście o postać prof. Leszka Balcerowicza. Mnie osobiście strasznie razi jego podejście np. do finansowania kultury. Według profesora najlepiej byłoby, żeby kultura w Polsce finansowała się sama. A pan od lat uchodzi za jednego z czołowych krytyków Balcerowicza…
Samofinansowanie kultury to idea społecznie szkodliwa. Tak jak służba zdrowia, ochrona przyrody, edukacja czy nauka, kultura musi zostać objęta ochroną przed logiką działania rynku kapitalistycznego. Chodzi w niej bowiem o dobra nadrzędne, których nie da się wycenić za jego pomocą, oraz o wartości, które wykraczają poza prymitywną logikę zysku. Rynek zamienia wszystko w towar, a dobra kultury nie są towarami w rynkowym sensie. Choćby dlatego, że czasami są one manifestacją niezgody na to, co najbardziej rozpowszechnione, głosem sprzeciwu, który jest formułowany nie po to, aby został dobrze sprzedany, ale po to, aby zmienić nas i społeczeństwo, w którym żyjemy. Kultura to sfera zbyt cenna dla całej wspólnoty, aby wydać ją na pastwę odmoralniającej wszystko logiki produkcji dla zysku. Większość państw cywilizacji zachodniej dobrze to rozumie i otacza sferę kultury (a w każdym razie jej najcenniejszą część, związaną z poszukiwaniami artystycznymi o charakterze awangardowym, a także dziedzictwem narodowym) ochroną przed rynkową komercjalizacją. Przoduje w tym Francja. Wzorujmy się na niej, a dobrze na tym wyjdziemy.

Czytając pana teksty odniosłem wrażenie, że kondycja współczesnego człowieka jest, delikatnie mówiąc, nie najlepsza. Grozi mu choroba zwana antyintelektualizmem?
Chyba tak. Poszliśmy w stronę dowartościowania płytkiej emocjonalności, spełniającej najniższe gusta i instynkty kultury podglądactwa i bezwstydnego upokarzania (vide programy typu talent show). Coraz mniej chce nam się myśleć. To skutek rozpowszechnionego przekonania, że w życiu liczy się przede wszystkim rynkowo pojmowana skuteczność działania oraz przyjemność zmysłowa. Myślenie zaś ma sens i znaczenie tylko wtedy, gdy da się je od razu spieniężyć. Inaczej jest męczącą stratą czasu.

Który ze współczesnych intelektualistów wywarł największy wpływ na pana twórczość: Jerzy Kmita, Richard Rorty, Zygmunt Bauman, a może jeszcze ktoś inny?
Każdy z nich. Największy chyba jednak Richard Rorty, wielki filozof i wspaniały człowiek. Przyjaźń z nim była jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się w życiu przydarzyły.

Dziękuję za rozmowę.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Czerwiec 2015 Wzorujmy się na Francji