Byle do września…

Dziennik pokładowy, 14 maja 2015, godz. 16.42. Kiedy piszę te słowa, przy dźwiękach maszynki do dziabania, przy biurku za witryną z oldschoolową kotwicą (stąd chyba ten marynistyczny wstęp) i skocznych rytmach irlandzkiego punka, bydgoska Estrada stoi zamknięta już dwa tygodnie. Muszę przyznać, że czuję się z tym nieswojo. Nie jest to może niepokój, ale jakieś takie poczucie pustki. Nie mówię, że bywałem tam codziennie, ale dziwnie jest zaczynać weekend od niesprawdzenia informacji, kto gra w Estradzie. Na całe lato Estrada Stagebar zawiesiła działalność.

Kiedy usłyszałem tę informację po raz pierwszy, jakieś dwa miesiące temu, nie mogłem uwierzyć, że z mapy miasta znika kolejne koncertowe lokum z tradycjami. I to nie byle jakimi! Jako dzieciakowi, zasłuchującemu się w kasetach Biohazard i marzącemu o TAKIM koncercie, przez myśl by nie przeszło, że dwadzieścia lat później będę się na nim bawił nad Brdą. A to przecież tylko jedna z dziesiątek kultowych kapel (setek, jeśli doliczyć wszystkie polskie, które się tu pojawiły), które dzięki pasji i determinacji Krzyżaka (Marka Hegenbartha – właściciela Estrady) zagrały w Bydgoszczy. Wystarczy wspomnieć tylko tych kilka z ostatnich lat: Agnostic Front, Heatbreed, Madball, L’Esprit du Clan, Merauder, Kickback, Ignite, Wisdom in Chains, US3… Mógłbym tak długo. Tym bardziej nie potrafię się oswoić z myślą, że w Estradzie już nikt nie zagra. Szczęśliwie nie muszę. Już jakiś czas temu Marek uciął pogłoski o tym, że zamyka lokal na dobre. Owszem, zamknął oddział toruński (nad którym ewidentnie ciąży jakieś fatum), ale nie kwaterę główną. Czteromiesięczna przerwa w działalności nie jest oczywiście dowodem na to, że Estrada Stagebar to najbardziej dochodowy lokal w mieście, ale też chyba nigdy nie aspirował do tego miana. Jak więc wspominałem na początku, nie jestem fanem tej przerwy, ale jakoś to przeżyję. Ciesz natomiast fakt, że Estrada Stagebar Bydgoszcz tylko hibernuje, a nie znika z mapy na dobre. Wróci. We wrześniu.

– Wrzesień? Ja już bukuję koncerty na grudzień – powiedział mi Krzyżak, gdy zadzwoniłem do niego z pytaniem „jak żyć?”. – Co chwilę potwierdzam jakieś terminy. Już dziś wiem na pewno, że jesienią pojawi się Słoń z nowym materiałem, przyjedzie OSTRy, Analogsi świętować będą swoje dwudziestolecie, a na grudzień mam zaklepany termin na Nosowską. Na pewno zrobimy też Metalowe Zakończenie Roku i kilka innych, cyklicznych imprez.

No, muszę przyznać, że mnie chłopak uspokoił. Nieco bardziej enigmatyczny był, kiedy zapytałem o planowany remont, wiem jednak na pewno, że nie zmieni się układ klubu, a prace sprowadzą się raczej do liftingu niż tworzenia Nowej Lepszej Estrady. Nie liczyłbym więc na to, że ze sceny zniknie filar, ale umówmy się, że bez niego to miejsce nie byłoby już takie samo. I nie jest to wyłącznie moje zdanie. Ten lokal ma coś nieoczywistego – klimat. Kilka miesięcy temu, podczas znakomitego koncertu Vidian w MCK, pewien młody, lekko podchmielony miłośnik gitarowego grania przekonywał mnie (nie znosząc sprzeciwu), że dużo lepiej brzmiałoby to w Estradzie. To akurat bzdura, ale chyba rozumiem, co miał na myśli. Do Estrady nie idzie się po selektywne dźwięki. Tam się idzie, bo pewne koncerty zwyczajnie tam pasują, jak nie pasowałyby do żadnej bydgoskiej sali. I co z tego, że to nie filharmonia? Tam koncert hardcore’owy i tak by „nie siadł”.

Wracając jednak do przerwy w działalności, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wierzyć, że wyjdzie ona Estradzie na dobre. Liczę, że środowisko zdąży zatęsknić i doceni możliwość powrotu, a wspomniany lifting lokalu przyciągnie nowych klientów. Mam tylko nadzieję, drogi dzienniczku, że ograniczy się on wyłącznie do wnętrza klubu.

Działy:

Powiązane artykuły (wg działów)