Otwórz uszy – „zobacz”?

Faust Faust Fot. Magda Hueckel

Wszyscy mamy w głowach jakieś obrazy, to nieodłączny elementem naszej rzeczywistości. Przykładowo – nauczyciele i trenerzy potrafią polecać „wizualizacje”, sugerują, że warto mieć „zapatrywania” lub „widoki” na przyszłość. Bywa, że sami pragniemy sobie coś „zobrazować”, a w skrajnych przypadkach miewamy „przywidzenia”. Osobiście doświadczam „objawień” w przypadku nadawania tekstom tytułów i generalnie, nawet językowo świat zdaje mi się bardziej „patrzeć”. Co jednak, gdyby nagle wizję wyłączyć? Co, gdyby zgasić światło monitorów?

Będąc codziennym użytkownikiem komunikacji miejskiej, mam okazję obserwować ludzi w większości zapatrzonych od samego rana w ekrany. Wyświetlacze przesłaniają im widok za oknem czy sąsiada naprzeciwko. Internet wraz ze swoją „książką twarzy” dostarcza mnóstwo zbędnych przekazów. Zalewają nas niczym nieodfiltrowane bodźce, wszystkie kolorowe, pstrokate i masowe. Niechciane reklamy, wiadomości, zwiastuny. Naturalnie sami serwujemy swojemu układowi nerwowemu tę mieszankę wybuchową, i to jeszcze nim dotrzemy na miejsce pracy, w którym zwykle czeka na nas kolejny monitor.

Gdy zamykam oczy, okazuje się, że znam swój dom na pamięć. Potrafię odruchowo zeskakiwać ze stromych wysokich stopni bez włączania światła. Mój umysł przyswoił ich wielkość i rozmieszczenie. Orientuję się, gdzie są drzwi i framugi, choć macam i potykam się. Przymykając oczy w autobusie podczas porannej drogi do pracy, moja wyobraźnia podpowiada mi, jaki przystanek powinnam już mijać, choć często zdarza się, że myśl wyprzedza tempo środka lokomocji. Opracowałam też metodę rozpoznawania nadjeżdżającego autobusu (którego będąc krótkowidzem nie dostrzegałam) po profilu, długości i kolorach cyferek. Dokładnie pamiętam moment, gdy po długiej przerwie nienoszenia okularów włożyłam na nos te o właściwych parametrach. Fala bodźców, jaka zalała mój mózg, sprawiła, że w jednej chwili rozbolała mnie głowa.

Zastanawiam się, jak normalnie funkcjonować, gdy wzroku brak. Jak podpisać umowę, wziąć udział w wyborach, czy choćby odebrać paczkę na poczcie? Wierzę, że nie mając koło siebie zaufanego przewodnika, nawet banalne zadania mogą stanowić barierę. Dlatego spodobała mi się idea pewnego szkolenia (prowadzonego przez osobę niewidomą) w wersji dla pracowników administracji biurowej z zakresu obsługiwania petenta niewidzącego. Urzędnikom zawiązano oczy i zaproszono, by weszli do sali udającej biuro, jednak w roli ociemniałego interesanta. Jestem przekonana, że przeżyli szok. Zniknęła urzędnicza pewność siebie, a w jej miejscu pojawiła się bezradność potęgowana niemożnością złożenia klasycznej parafki, bo przecież na zwykłe proszę „tu” podpisać, wskazane palcem, zareagować nie mogli. Inicjatywa ta poruszyła moją wyobraźnię i uwrażliwiła na problem, którego do końca nie dostrzegałam. Obrazy są przecież tak oczywiste.

Istnieje filmowa scena, która kojarzy mi się z dodatkową fonią, jest to kadr z Miasta aniołów, w którym filmowy Seth pyta Maggie o to, jak smakuje gruszka. Na ile słowa mogą odzwierciedlić smak gruszki? Na ile sugestywność wypowiedzi jest w stanie dać szansę „oglądania” komuś, kto wizji w tradycyjnym rozumieniu nie posiada? Wyzwanie nawiązujące do tej tematyki podjął ostatnio Teatr Polski wystawiając swojego Fausta. Integralną częścią spektaklu w reż. Michała Burczucha jest zewnętrzny opis tego, co dzieje się na scenie. Audiodeskrypcja jest konwencją narzuconą odbiorcy od początku trwania spektaklu, i nie jest tylko techniką, która ma zwiększyć przystępność kultury osobom niewidomym. Ten z założenia klarowny i nieprzeszkadzający opis stał się tu częścią scenariusza do tego stopnia, że w pewnej chwili zirytowana zbyt dokładnym opisem siebie bohaterka odpowiada narratorowi.

Bywają dzieła, których inscenizacja powinna pozostać tylko w naszych umysłach. Pisząc to podświadomie zerkam na moje ulubione wydanie Mistrza i Małgorzaty. Muszę przyznać, że nawet wierny książce serial Macieja Wojtyszki raczej straszy mnie swoim Behemotem i wolałabym pozostawić sobie w umyśle tylko własną, wyobrażoną wersję czupurnego kota, aniżeli zasugerowaną, wyliniałą głowę serialowej kukły. Kiedy myślę o adaptacji Tomasza Śpiewaka, nasuwają mi się podobne refleksje. Przyznać należy, że dzieło Goethego wystawiane w takiej formule ma zasadność bytu tylko z racji współpracy z osobami niewidomymi. Oni nadają spójność, intensyfikują przeżycia widza, dając prosty przekaz – świadectwo o życiu w mroku, stanowiące prawdę wśród chaosu zbędnych bodźców. Fausta w Fauście brak… Jest symbolem, który gdzieś zanika.

Napotkałam więc ciemność, choć nie ma ona nic wspólnego z wielką dmuchaną „piłką” w końcowej scenie (do której zresztą część widzów po przerwie nie dotrwała). Widziałam ostro, chwilami mgliście przez tiulową zasłonę okrywającą scenę. Próbowałam sprawdzić, czy potrafię „zobaczyć” słuchając, potraktować dosłownie wezwanie do spotkania dwóch perspektyw postrzegania. Ten osobisty eksperyment nie powiódł się do końca. Zamykając na chwilę oczy i tak podglądasz. Chcesz poczuć, ale przez kilka minut trudno wyostrzyć pozostałe zmysły, więc tracisz cierpliwość. Obrazy pozostaną ważne, nikt nie chce zostać na długo w świecie pozbawionym światła. Niewidomi aktorzy zaznaczyli jednak swoją obecność – myślę, że nie tylko w mojej rzeczywistości pełnej obrazów i za to przed nimi chylę czoła.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start