Dramaty egzystencjalne…

Banksy: "Smoke break" Banksy: "Smoke break"

Muszę się przyznać: mam straszne wyrzuty sumienia, że nie napisałam nic do poprzedniego, kwietniowego numeru „BIK-a”. Spać od tego nie mogę. Być może ktoś z Państwa – bacznych naszych Czytelników – zauważył mój brak (o ile można zauważyć coś, czego nie ma), być może zastanowił się nawet przez chwilę: „Jak to? Była i nie ma? Może coś się stało? To ta od kiboli? Aaa, to pewnie już nie żyje”…

Wspomnę w tym miejscu, że moja mama, cała blada ze strachu, zakładała nawet taki scenariusz, że coś złego może mi się przytrafić z powodu tego, co o stadionowych dramatis personæ napisałam w marcu. Ale przecież – uspokajałam swoją rodzicielkę – i tak nikt nie wie, jak ja wyglądam, a ci, co wiedzą, pewnie nie zdają sobie w ogóle sprawy, że czasem zdarzy mi się napisać coś do „BIK-a” albo do innych miejsc, na inne szacowne łamy. Że nikt nie wiąże personaliów „Emilia Walczak” z moją zmęczoną, niewyróżniającą się z tłumu twarzą. W końcu – że stadionowe dramatis personæ nie czytają „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego” albo w ogóle g. ich to wszystko obchodzi.

Cóż, nadmienić muszę, poniekąd się usprawiedliwiając, że nie tylko do kwietniowego „BIK-a” żadnych myśli nie udało mi się czarnym Timesem New Romanem na białym .docu odcisnąć, lecz też, od wielu już tygodni, żaden inny felieton, recenzja, tekst piosenki, opowiadanie, nie wspominając już w ogóle o jakichś większych formach prozatorskich – nic z tych rzeczy nie wyszło z mojego warsztatu w świat. Choć pewnie trudno w to uwierzyć, nawet moja aktywność facebookowa znalazła się ostatnio w stanie częściowej hibernacji…

I wszyscy interesanci pozostają niepocieszeni.

Oczywiście coś tam usilnie próbowałam pisać. Zaczęłam od opowiadania; sprawa stanęła w miejscu na dwóch akapitach. Akapit trzeci, noszący znamiona tępej ramoty czy też nawet elukubracji, został w pośpiechu i histerii wywołanej brakiem weny obrócony wniwecz: BACKSPACE, BACKSPACE, BACKSPACE!!!

Na koniec, by dobitniej przypieczętować swoją własną porażkę, wyrwałam sobie z głowy kilka włosów – oczywiście wybrałam te siwe.

Jeśli to wszystko – ten męczący stan zawieszenia, to poczucie twórczego nicnierobienia, cały ten mój letarg – jeśli to wszystko z nadmiaru pracy, to, mówiąc nieco sentencjonalnie, moje pisanie, moja publicystyka i moja proza przegrały ostatnio kilka rund z prozą życia. Bo ja jestem z tych, proszę Państwa – i teraz będzie być może nieco kontrowersyjnie – z tych, co to uważają, że pracować jednak trzeba. Że pisarz czy pisarka nie może jedynie zaszczycać świata swoją emanującą talentem (lub też jego całkowitym groteskowym brakiem) osobą, lecz też dawać coś musi światu od siebie – nie tylko pisanie, bo słowo pisane nie jest jednak dedykowane wszystkim ludziom w kraju, a zwłaszcza już w czasach, gdy trąbi się non stop o zaniku czytelnictwa w Polsce. Mówiąc krótko: wytwarzać powinien on (ten pisarz) / powinna ona (ta pisarka) jakiś produkt krajowy brutto… Inaczej będzie co najmniej nieuczciwie.

Nie ufam za grosz tym, co to mówią: „Proszę mi dać stypendium artystyczne, nagrody, odznaczenia, dyplomy, ordery, pióra wieczne ze złotą stalówką… Mieszkanie mi dajcie i dożywotnią pensję! Bo ja jestem Artystą i mi się należy. Ja tu teraz będę tworzył, a wy na mnie pracujcie od 8 do 16!”. Nie wierzę w taką jego „pracę”, prędzej danego Wielkiego Pisarza czy Wielką Pisarkę znajdziemy w najbliższym barze, tam właśnie, nad szklaneczką czegoś mocniejszego, tocząc wesołe pogwarki snujących swoje fabulacje czy też konfabulacje.

Problem jest według mnie tylko jeden, i jest to problem natury egzystencjalnej, problem tak zwanego pierwszego świata: jak znaleźć i utrzymać balans pomiędzy pracą a „pracą”, między wytwarzaniem PKB a tworzeniem? Jeśli ktoś z Państwa zna złoty środek, już teraz zapraszam go/ją do najbliższego baru na wesołą pogwarkę nad szklaneczką czegoś mocniejszego.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Maj 2015 Dramaty egzystencjalne…