Kawałek z prawdziwego życia

Kazimierz Kummer Kazimierz Kummer Fot. Wikipedia

Ta knajpka jest maleńka. Nadaje się doskonale do opisu. Chudy barman apatyczny i czujny, czterech drabów w zniszczonych marynarkach, obraz, trzy kobiety, które mogą być, czym zechcę. Siedzę w rogu bez ochoty na cokolwiek. Stary powiedział, że mam zrobić „kawałek z prawdziwego życia”. Co pewien czas potrzebny jest taki numer w gazecie. Jestem od tego. Staremu się podoba. Dziś po raz pierwszy nie wiem, jak to zrobię. Nie zależy mi na niczym. Stary mi zbrzydł i mam już dość „prawdziwego życia”. Chciałbym wyjechać cholera wie dokąd, byle mieć ochotę na cokolwiek. Nie lubię tych stanów wymarzonych dla poetów. Samotności, zawieszenia między niebem a ziemią, chwil, w których nie jest się ani kochankiem, ani księciem, ani tragarzem, ani małżonkiem. Być może jestem reporterem, ale to przecież nic nie znaczy. Życie podobno jest tak urządzone, że zawsze o czymś się tam marzy i wtedy jest wszystko w porządku. Ale jest jednak coraz mniej rzeczy nadających się do marzeń. Widzę to po wyjazdach w poszukiwaniu prawdziwego życia. Może stary przewidział u mnie ten fatalny okres i zakaże robić mi kawałki z życia.

Wchodzi dziewczyna. Jest śliczna, ma jasne włosy, kolosalne oczy i nieznośny uśmiech. Poza tym jest smutna. Na dworze jest zimno. Podchodzi do barmana. Wszyscy wiedzą, że jest smutna i wszyscy są dobrzy.
– Niech mi pan da trzy litry wódki.
– Po co tyle?
– Ojciec mi zmarł. Właściwie nie wiem, po co?
– Wiem, kim jest pani ojciec – powiedział jeden drab.
– Możliwe.
– To był dobry człowiek, ale nie chodził do kościoła.
– No tak.
– Na pewno ksiądz go nie pochowa.
– Proszę, jest wódka.
– Dziękuję.
Nigdy nie byłem taki smutny. Oni też. Jesteśmy na to za stare lisy.
– Jak myślisz, pochowają go? – zapytał pierwszy drab.
– Nie, takiego nie.
– Głupi facet.
Barman chciał ze mną rozmawiać. Na pewno. Wiedział, że przyjechałem do tego miasteczka i chciał koniecznie w związku z tym coś przeżyć.
Wyjąłem papier i ołówek. Zrobię staremu kawałek z życia. Napisałem: „Miasteczko jest piękne, historyczne tylko z kanalizacją nie bardzo. Ludzie ubierają się dostatnio ale brzydko, myślą powoli i prawidłowo. Są solidni, trochę ambitni i miewają również niewielkie namiętności. Doktor N. powiedział mi, że żony znanych osobistości płacą za skrobanki po 1500 złotych. Dwóch drabów bije jakiegoś człowieka, który ma kosztowności. Sprawdzę jutro, jak oni to robią. Jutro pochowają człowieka, który ma śliczną córkę i nie wierzy w Boga. Zdaje się, że istnieje w tym mieście dramat miłosny. Żona adwokata S. zdradza go z aplikantem. Być rogaczem w takim miasteczku to szczególnie przykra sprawa.
Umierają pogodnie i cicho. Od urodzenia wielu wie, że będą się kochali, pójdą do wojska, zrobią dziecko, pożyją i umrą. Znają swoje miejsce na cmentarzu. Wśród tych samych ludzi, żyją modlą się i robią im świństwa. To jest właściwie największa rzecz dla człowieka, wiedzieć, że żyje się dla tych kilku tysięcy i z nimi się umiera. Boże – jakie życie staje się tu klarowne. Może szczęście to jest właśnie taki ogródek, ulica i spokój? A co lekarze, ksiądz, zawiść, suchoty? Strzygą się u chudego fryzjera i chorują na niestrawność”.
Muszę powiedzieć staremu, że zmieniam dział. Tak pisze tylko szaleniec. Po raz pierwszy nie będę mu się podobał. Tam jednak jest zimno. Jutro pochowają niedowiarka. Będzie mu zimno. Upiłem się, psiakrew. Pójdę do hotelu i obmyślę 126 plan wyjazdu na wyspy o idealnym klimacie. Rozkapryszone, głupie dziecko, które nazywają niezłym dziennikarzem. To jest jednak ogromne świństwo ta cała zabawa. Stanowczo lepiej umierać latem. Latem w ogóle jest nieco lepiej. Myślę, że latem częściej kocham moją dziewczynę. O – napiszę do niej list. „Kupię ci wyspę w 1975 roku. Gdzieś w okolicach Australii. Może zarobię tyle pieniędzy, jeżeli staremu będą się podobały te kawałki o życiu”.
W hotelu kiepsko napalili. Barman jest nieznośny. Draby zaszły już do tego na przedmieściu. Biją teraz człowieka, a on, kiedy odejdą, przestanie się na moment bać. Ja się nie boję niczego. Za wielkie to jest świństwo, abym mógł się bać czegokolwiek. Dziś nie kocham nikogo. Jestem najzupełniej sam w tym zimnym miasteczku. Tamten odwalił swoje kilkadziesiąt lat. Boisz się, durniu. Teraz się boisz. Nie chcesz nikogo kochać. Chcesz mieć coś, na czym mógłbyś oprzeć swoje maleńkie zdanie o życiu. Nie kochasz nikogo. Naprawdę nigdy nie kochałeś, tylko siedziały ci w brzuchu te małe miasteczka, skrobanki, kurwy, dranie i anioły. Kiedy zacząłeś kochać, było już za późno. Miałeś brzuch pełen paskudztwa i nie możesz przestać się bać. Teraz możesz jej wkładać w ręce tylko maleńkie okruchy prawdziwych słów i co chwila masz ochotę szarpać w niej wszystko. Nie będziesz sentymentalnym kochankiem. Stary miał rację. Wyczuł mnie. Nie wolno za długo chcieć pisać nieprawdziwe kawałki z prawdziwego życia. To niszczy.
Ogromny szmat mam przed sobą i mam sobie z nim sam poradzić. Zimno. Nigdy tak źle nie pracowałem. Barman zdaje się wie, o co chodzi. Przechytrzył mnie, bestia.
O godzinie dziesiątej podjechał pod okno czerwony samochód i kilku mężczyzn wyniosło trumnę. Na ulicy stało mnóstwo ludzi. Nie wiedziałem, kim są i nie ośmieliłem się nikogo o to zapytać. Samochód włączył syrenę. Dziewczyna, którą spotkałem w barze, płakała. Obok niej stała matka, kilku mężczyzn i maleńki chłopczyk – na pewno brat owej dziewczyny. Trumna była kanciasta – położono na niej czerwoną szarfę. Syrena znowu wyła. Kobiety z wieńcami stały obok wykopanego dołu. Postawiono trumnę na deskach. Było cicho. U głowy zmarłego stanęli mężczyźni ze sztandarem zdaje się, że wszyscy poczuli się nieswojo. Na pewno byli zakłopotani. Dziewczyna patrzyła na trumnę – chłopiec też. Ludzie stali, ale cisza rosła w nich denerwująco.
Nad dołem stanął łysy mężczyzna i opowiedział życie zmarłego, potem inni wyjęli spod trumny deski. Zawisła na sznurze i powoli spadała. Orkiestra grała marsza żałobnego. Wszyscy milczeli, łysy mężczyzna patrzył na piasek, dziewczyna nie płakała, a kobiety nie wiedziały dobrze, co mają robić. Potem mały człowiek w szarej marynarce zaczął zasypywać dół. Pot ściekał mu po twarzy, a on wciąż machał łopatą. Ludzie stali, niecierpliwili się i nie byli pewni, czy nie należy mu pomóc. Człowiek pracował bez wytchnienia. Wiedział, że wszyscy na niego patrzą, poza tym zdaje się, on również nie znosił takiej ciszy. Kiedy ziemię ułożono, kobiety pośpiesznie położyły wieńce i wszyscy rozeszli się. Ludzie wracali grupkami.
„Zmarł oto człowiek, który całe życie poświęcił szczęściu ludzi. Krajowi, miastu i rodzinie. Odeszło od nas ogromne życie. Nieprawda – ono zostało w naszej pamięci”.
Niektórzy wyjeżdżali taksówkami. Dziewczyna, matka, chłopcy i rodzina weszli do autobusu. Poszedłem do mojego baru. Było zbyt zimno, abym mógł szukać prawdziwego życia dla mojego starego. Barman wiedział, gdzie byłem, ale dla niego było to mimo wszystko mało ważne. Wiązał widocznie ze mną inne nadzieje.
„Będziemy, pamiętając o jutrze, pamiętali zawsze o twoich marzeniach i słowach, Karolu. Po to tu jesteśmy”.
Mam dwa miejsca, w których czuję się znośnie. Hotel i ten bar. Może, gdybym sadził drzewa i potrzebował rozmawiać ze starym, miałbym swoje jedyne miejsce. Być może przestałbym się bać czegokolwiek i wiedziałbym, że ludzie bywają dobrzy. Sadzenie drzew i dziewczyna, którą można kochać, to są zajęcia dość sensowne. Ale on przecież nie ma o tym pojęcia. Na razie wszystko jest hotelem, a reszty nienawidzę. Czekam na swoje jedyne rzeczy. Trochę przypominam misjonarza, tylko może jestem mniej śmieszny. Mam jednak nadzieję, że dorosnę do swojej olbrzymiej radości.


Pierwodruk: „Wiatraki”. Dodatek do „Faktów i Myśli” 1959, nr 4, s. 4, 5.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2015 Kawałek z prawdziwego życia