Muzyczna Bydgoszcz 2014

Martin Eden Tribute, Muszla Fest 2014 Martin Eden Tribute, Muszla Fest 2014 Fot. Dariusz Gackowski

Mówi się (a może: mówiło się?), że Bydgoszcz muzyką stoi. Nigdy nie miałem wątpliwości. Nie brakuje u nas muzyków, twórców, artystów, zespołów. Ta wyliczanka wszystkich „-ów” nie ma na celu zwiększenia liczby znaków w tym podsumowaniu, a jedynie ukazanie muzycznej różnorodności bydgoszczan. Początek roku to dobry moment, żeby przyjrzeć się ich twórczości i aktywności w roku minionym. W tym, bardzo subiektywnym – przyznaję, podsumowaniu, ze względów czysto praktycznych, postanowiłem przyjąć klucz alfabetyczny. Lecimy więc…

3moonboys – „NTZWNWG”

To już szósty długogrający album „frimunów”. I po raz szósty zaskoczyli. Płyta nie jest koncepcyjna (co często im się zdarzało), okładkę ma całkiem normalną, Wojtek Kotwicki śpiewa po polsku, a Marcin Karnowski z Miłoszem Runge wnieśli w końcu podwójny zestaw perkusyjny z koncertowej sceny do studia. Aha, i jeszcze ten tytuł, który wszyscy piszą skrótem, bo jednak liczba znaków w tekście czasem ma znaczenie: Na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo. No, popłynęli chłopaki. Jaki jest tego efekt? Moim zdaniem świetny. Po raz kolejny 3moonboys udowodnili, że nie zamierzają osiadać na laurach, że mimo najróżniejszych kryzysów, wciąż można kreatywnie podchodzić do muzyki, eksperymentować, zmieniać własny styl. No, może nie do końca, bo wciąż po pierwszych riffach takiego choćby Misia wiemy, z kim mamy do czynienia, co nie zmienia faktu, że ta płyta jest inna niż pozostałe. Bardziej jakaś taka rock’n’rollowa, wesoła (?), do zabawy (???). Mnie się podoba.


Blackberry Hill
– „I Lied To The Rain”

Debiutanci. Bardzo młodzi, niespełna dwudziestoletni ludzie. Poznali się w liceum. Grają chyba z półtora roku. W tym czasie udało im się zagrać kilkadziesiąt koncertów i nagrać epkę. W 2014 roku wysłali ją do projektu Pierwsza Płyta i wygrali w cuglach. W grudniu, nakładem A\V Studio Miejskiego Centrum Kultury, światło dzienne ujrzał ich pierwszy, pełnowymiarowy krążek I Lied To The Rain. Płyta bardzo klimatyczna, spokojna, idealnie wpisująca się nastrojem w tę pseudozimę, z którą wszyscy się zmagamy. Co ciekawe, Gosia Żwikiewicz i Paweł Wiśniewski (otoczeni bandą zaprzyjaźnionych muzyków) brzmią na tej płycie niezwykle dojrzale. Czuć w ich muzyce determinację i pewność tego, co robią. Ten album naprawdę urzeka, świetnie brzmi i zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. A już zupełnie genialnie prezentuje się ten materiał na żywo, na koncertach, wsparty o rysunki Gosi w formie wizualizacji, które zresztą znajdziecie również w książeczce dołączonej do płyty. W głosie tej młodej wokalistki słychać melancholię, tęsknotę i smutek. Kawał dobrej muzyki. Dobrze, że ma szansę wyrastać (bo wróżę im dalszy ciąg) na bydgoskiej ziemi. To kolejny kamyczek do naszej lokalnej muzycznej różnorodności.


B.O.K
– „Labirynt Babel”

Mroczna, ciężka, brudna. Zdecydowanie inna, dojrzalsza niż poprzednie. Nie ma tu już szczeniackich wlotów, jak na W stronę zmiany, czy tej punkowej frywolności, która towarzyszyła Wilkowi chodnikowemu. Bisz i spółka się rozwijają, odkrywają kolejne połacie muzycznego bezkresu. Cały czas z żywym bandem, z którym, widać, rozumieją się coraz lepiej i coraz bardziej się liczą. Nie wiem, jak Labirynt... brzmi na koncertach, bo jakoś nie składało się, żeby to sprawdzić, ale obstawiam, że jest jeszcze lepiej, niż pamiętam. Płyta brzmi zaś znakomicie, ale zdecydowanie nie na wesoło. Teksty są ciężkie, lekko depresyjne, skłaniające do przemyśleń. Wtórują im ciężkie riffy, ciężkie bity, ciężkie Pestki pałeczki. Dość powiedzieć, że wydanie tego albumu odbiło się głośnym echem w hiphopowym środowisku, nierzadko trafiając na pierwsze miejsca mniej lub bardziej oficjalnych list. Ewidentnie B.O.K jest wciąż jednym z najlepszych eksportowych „produktów” grodu na Brdą. I bardzo dobrze, tak trzymać.


„Do ostatniej kropli krwi”
, reż. Ian Giedrojć

To nie płyta, to film jest. Pierwszy z dwóch w tym zestawieniu. Nie znalazł się tu jednak przez przypadek, bowiem nakręcił go bydgoski muzyk i opowiada on o bydgoskim muzyku, a szerzej, o historii bydgoskiej kultury metalowej. Głównym bohaterem jest Radek „Fred” Giżyński, gitarzysta formacji WyRok, ale przecież nie tylko tej. Przez pryzmat jego osoby dowiadujemy się, jak w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia kształtowała się bydgoska scena metalowa, jak rozwijała się ta kultura i jak to jest kręcić pogo z udziałem wszystkich sześciu osób pod sceną. Kawał muzycznej historii naszego miasta, sporo anegdot, trochę muzyki oraz brudna rzeczywistość Bydgoszczy i okolic. Ogląda się to naprawdę dobrze, szczególnie w towarzystwie osób, które również pamiętają „tamte wydarzenia”. A jeśli ich nie pamiętacie, bo ich na przykład nie doświadczyliście, to w Do ostatniej kropli krwi dostajecie ich całkiem namacalną namiastkę.


„Ewolucja buntowników”
, reż. Lech Wilczaszek, Maciej Wacław

To alfabetyczny przypadek, że oba filmy występują tu jeden po drugim, ale nawet ładnie się to zgrywa. Ewolucja swoją premierę miała na Muszla Fest 2014, a premiera ta wypełniła drugą muszlową scenę (tak, były dwie, ale o tym później) po brzegi. Nic dziwnego, bo to kolejny film opowiadający bardzo bydgoską historię bardzo muzyczną. A konkretnie – na przykładzie Kampanii Karnej, która ewoluowała w Schizmę – opowiada o tym, jak przez pryzmat Bydgoszczy kształtowała się w Polsce scena hc/punk. I znów na ekranie widzimy wiele znanych twarzy, razem z nimi wspominamy „magiczne” lata 80. i 90., i znów wspomnieniom tym towarzyszą anegdoty i historie, które i wy – drodzy czytelnicy – możecie pamiętać. Film zupełnie inny niż ten, który zrobił Ian Giedrojć, a jednak oddziałujący na widza w bardzo podobny sposób. Oba zaś są dowodami na to, że Bydgoszcz tamtych lat to nie tylko yass.
Dzięki uprzejmości twórców Ewolucję buntowników w całości możecie zobaczyć na YouTube (klik w link).


Martin Eden Tribute

Jednorazowy koncert muzyków związanych z pierwszym składem Schizmy oraz Upside Down, podczas którego zagrali oni kawałki, do których teksty napisał zmarły w roku 2014 Marcin Kornak – działacz społeczny, założyciel i prezes Stowarzyszenia „NIGDY WIĘCEJ”, a także redaktor naczelny magazynu „NIGDY WIĘCEJ”. Był poetą i autorem tekstów utworów grup rockowych ze sceny niezależnej. Od 15. roku życia, po wypadku, poruszał się na wózku inwalidzkim. W 2012 roku uhonorowany został tytułem „Człowieka Bez Barier”. Odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
I znów podział alfabetyczny przyszedł tu z pomocą, bowiem koncert Martin Eden Tribute odbył się właśnie na Muszla Fest 2014 i poprzedził premierę Ewolucji buntowników. Koncert znakomity, pełen świetnych muzyków i energii, której rzadko doświadczamy nawet podczas najlepszych występów na żywo. Z jednej strony żałuję, że nie było powtórki (choć była ku temu okazja), z drugiej jednak wiem, że takie akcje wypalają tylko raz. Cieszę się, że jej doświadczyłem.


Muszla Fest 2014

Wspomniałem już o muzycznej ewolucji 3moonboys i B.O.K, teraz przyszedł czas na ewolucję festiwalu. Bo niewątpliwie z tym właśnie mieliśmy do czynienia w ostatnim tygodniu sierpnia 2014. Już rok wcześniej Muszla Fest, z przyczyn czysto technicznych czy raczej budowlanych, przeniosła się z parku Witosa na boiska piłkarskie w Myślęcinku, jednak dopiero w roku ubiegłym Muszla w tym miejscu naprawdę rozkwitła. Festiwal stał się dwudniowy, poza gośćmi spoza Bydgoszczy pojawiły się zespoły z zagranicy (Atlas Losing Grip, We Artists), powstała druga, mniejsza scena, pojawiła się mobilna ściana, na której w formie graffiti Dariusz Paczkowski do spółki z True Bobem upamiętnili Marcina Kornaka, wyrosło – jak na razie – poletko (wierzę, że będzie lepiej) namiotowe, pojawiły się stoiska handlowe i charytatywne, odbył się wreszcie konkurs z prawdziwego zdarzenia, formą nieodstępujący temu z Jarocina. Normalnie festiwal pełną gębą, a podejrzewam, że chłopaki z Rebel Music BDG razem z Miejskim Centrum Kultury dopiero się rozkręcają. Pozostaje więc mieć nadzieję, że również wydział promocji miasta docenia ten postęp i że dzięki niewielkiemu (w skali całego budżetu miasta) wsparciu kolejne edycje Muszla Fest zaskoczą (tak muzycznie, jak i organizacyjnie) nawet największych festiwalowych obieżyświatów.


Oaktopus
„Brantacles”

Kompilacja sygnowana logo labelu Oaktopus, na której pojawia się cała masa znakomitych muzyków i producentów, głównie z Bydgoszczy, ale i z Poznania. Po pełną listę obecności oraz obszerniejszą recenzję tej płyty odsyłam do grudniowego (2014) „BIK-u”. Tu nadmienię tylko, że na płycie króluje szalona, połamana elektronika (korci, żeby napisać, że głównie spod znaku IDM, ale byłoby to zbyt duże uproszczenie), przeplatana elementami turntablizmu, jazzu i brudnych połączeń wszystkich tych gatunków. Na pierwszy rzut oka wygląda to z pewnością bardzo chaotycznie, ale wierzcie mi, że jest wręcz przeciwnie. Płyta jest niezwykle spójna, a jednak tak dalece zróżnicowana, że nie sposób się nią znudzić. Nie jest płytą dla każdego, ale jeśli przytoczone tu „słowa klucze” oscylują wokół waszych zainteresowań muzycznych, to koniecznie powinniście ją sprawdzić.


Partyzant
– „Myśli kilka”

Kolejna (choć chronologicznie pierwsza w 2014 roku) płyta nagrana w ramach projektu Pierwsza Płyta emcekowego A\V Studio. Znów debiutanci, ale zupełnie inny styl. Nie ma tu poszukiwania własnego muzycznego „ja”, jest za to kawał solidnego hip-hopu. To jeszcze nie poziom Bisza, ale też i doświadczenie zdecydowanie mniejsze. Teksty nieco mniej natchnione, ale niepowodujące bólu uszu (czy innych części ciała). Bity przyzwoite, produkcja bardzo profesjonalna. Nie mówię, że jest to moja ulubiona płyta, ale przesłuchanie jej nie bolało, a i w audycji zdarza mi się chłopaków zapuścić. Moim zdaniem bardzo dobry start; ciekaw jestem, w którym kierunku Azja, Jarza i DJ Bajer pójdą. W ciemno obstawiam, że jeszcze o nich usłyszycie.


So Slow
„Dharavi”

Płyta bardziej warszawska, ale z mocnym bydgoskim akcentem, więc się należy. Akcent ten jest wokalny i nazywa się Łukasz Jędrzejczak, znany również jako Twix. Nagrał on z kilkoma chłopakami ze stolicy płytę, która się zdecydowanie wyróżnia, choć na pozór łatwo mogła stać się wtórna. Dominują dźwięki spod znaku post punka, post hardcore’u, post rocka, post transu, post psychodelii. Na pozór to wszystko już było, ale muzycy So Slow dorzucili do tego własny brudny, nietuzinkowy styl, okraszony energią „świeżaków” i kilkoma jazzowymi nutami, czego efektem jest krążek, o którym trudno zapomnieć. Bardzo spójny materiał, a jednak bardzo niepokojący. Pisałem to we wrześniu, napiszę i teraz – to nie jest grzeczna płyta. Ale jest świetna.


Spring Quintet
„Nexus”

Jedno z ostatnich bydgoskich wydawnictw w roku 2014. Płyta nagrana przez pięć uroczych dziewcząt, na co dzień dzierżących smyki w bardzo poważnych orkiestrach. Tu postanowiły się zabawić, dać upust swym rockowym zapędom. Na warsztat wzięły 20 rockowych numerów-legend, od Hit the Road Jack Raya Charlesa, po Sorry Seems to Be the Hardest Word Eltona Johna. Po drodze, która składa się z 15 kawałków (na płycie), w jakich zawiera się rzeczonych 20 oryginałów, natrafimy też na klasyki AC/DC, Deep Purple, The Doors, Pink Floyd, Abby, Queen, Elvisa Presleya, The Beatles, Procol Harum, Billy’ego Jolea, czy The Mamas & The Papas. A wszystko to zaaranżowały (przy nieocenionym udziale Dariusza Zbocha) na skrzypce, wiolonczelę i kontrabas. Wyszło znakomicie. Nie ma co prawda tego rockowego pazura, który wyrywa z butów i każe również włosy z głowy rwać, ale są świetne, wciągające, pełne znakomitych melodii i powabu kawałki, co się nieczęsto w muzyce zdarza. Czuć, że panie na co dzień parają się muzyką klasyczną, ale dzięki temu ich aranże są nietuzinkowe, niespodziewane. Co ciekawe, kiedy słuchamy tej płyty, wyraźnie czujemy, że smyki Doroty, Marty, Natalii i dwóch Aś nie tylko hasają wesoło po linii melodycznej, ale w sposób wręcz magiczny wygrywają również partie wokalne. Bardzo ciekawy zabieg. Na koniec mam dla was propozycję zabawy z cyklu „Jaka to melodia?”: kiedy po raz pierwszy odpalicie tę płytę, nie patrzcie na okładkę, nie sprawdzajcie, który klasyk właśnie słyszycie, przeciwnie – odpalcie ją w ciemno i zgadujcie, co to za numer. Ciekawe, ile nutek będziecie potrzebować?


TAPE
„Permanent Vacation”

Oryginalny projekt Bartka Chmary, Qby Janickiego i Stefana Węgłowskiego, którego efektem jest płyta na wskroś nowoczesna. Trudno przypiąć jej jakąkolwiek łatkę. Jest tu elektronika, jest zabawa muzyką, jest szalona improwizacja i inspiracja. Płyta, w całości zarejestrowana w Teatrze Polskim w Bydgoszczy w czasie tak zwanej letniej przerwy, jest z pewnością zaledwie niewielkim wycinkiem materiału, który udało się chłopakom zarejestrować. Siedzieli bowiem w TPB całymi dniami i grali. I nagrywali. A potem z tych setek godzin materiału wykroili tych kilkadziesiąt najlepszych (ich zdaniem) minut, dograli wokale (Weroniki Dziedzic, Mateusza Łasowskiego, Justyny Ptaszyńskiej, Kuby Zielińskiego oraz Keva Foxa) i zmiksowali to w kawał świetnej muzyki. Muzyki, od której przechodzą ciarki i włosy dęba stają. Jest tu tyle niepokojących dźwięków, że czasem ma się człowiek ochotę zamknąć w łazience i przeczekać. To nie jest płyta do tańca (choć ze dwa numery nawet by się nadały; swoją drogą nazywają się _taniec 1 i _taniec 2). Tej płyty należy słuchać samemu, w skupieniu, na dobrym nagłośnieniu. Taki entourage sprawi, że ją docenicie i dacie się porwać. A potem będziecie do niej wracać.


Upside Down
– R.I.P.

Mimo wielu pozytywnych muzycznych wydarzeń w Bydgoszczy, nie ominęły nas też katastrofy. Dla mnie zdecydowanie najgorsza była informacja, która gruchnęła w drugiej połowie roku – że po 20 latach działalności rozwiązała się formacja Upside Down. Wiem, że chłopaki gonili już resztką sił, powoli zasilając coraz to nowe składy, ale i tak świadomość, że nie ma już kapeli, przy dźwiękach której się wychowywałem, napawa mnie smutkiem. Cóż, ponoć trzeba wiedzieć, „kiedy ze sceny zejść”, więc w pewnym sensie szanuję tę decyzję. Nie zmienia to jednak faktu, że żal pozostał. Pocieszam się tym, że rozwiązała się też Budka Suflera, ale to już zupełnie inna bajka…


PS Mam świadomość, że to, cokolwiek obszerne, zestawienie nie oddaje wszystkiego muzycznego, co się w Bydgoszczy w zeszłym roku wydarzyło. Nie wspomniałem o świetnej edycji FONOMO, nie wspomniałem o Drums Fuzjach czy Mózg Festivalu. Z różnych przyczyn, nie będę się w nie zagłębiał. Nie wspomniałem też o przynajmniej dwóch płytach, które na pewno się w zeszłym roku ukazały: o Atropinie duetu Jachna/Buhl i o Ostatnim dniu – minialbumie George Dorn Screams. Jakoś tak się stało, że obie mnie ominęły. To znaczy Atropinę nawet słyszałem, ale raz, i w bardzo niekorzystnych warunkach, więc się nie wypowiadam. Wszystko powyżej polecam w ciemno, bo warto śledzić bydgoską kreatywność. Wierzę, że ten rok przyniesie nam jej jeszcze więcej.


PS2 Gdybyście chcieli posłuchać, jak (wyrywkowo) brzmią powyższe albumy i wyrobić sobie na ich temat własne zdanie, to macie szansę. Tak się bowiem złożyło, że podobnego porównania/podsumowania podjąłem się do spółki z Kamilem 'Camelem' Mójtą w naszej autorskiej audycji A co wy tu palicie?Podcast z tej audycji możecie sciągnąć ze strony Radio Kultura <- ściąganie rozpocznie się automatycznie po kliknięciu w link.


 

Działy:
Więcej z tym numerze: « Zbrodnie na tle zimowym

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start