Poszerzanie pola widzenia

Paweł Wodziński Paweł Wodziński Fot. Dariusz Gackowski

Z Pawłem Wodzińskim, dyrektorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy rozmawiają redaktorzy i słuchacze Radia Kultura.


Będzie w Teatrze Polskim rewolucja czy kontynuacja działań Pawła Łysaka?
Będzie jedno i drugie. Nie umiałbym powiedzieć, że będzie tylko rewolucja albo tylko kontynuacja, dlatego, że w dotychczasowej linii Teatru Polskiego widzę bardzo wiele elementów, także kilka spektakli, które uważam za niezwykle wartościowe i cenne. Sposób funkcjonowania teatru, wypracowane procedury pod wieloma względami są imponujące i nie należy tego burzyć. Ale z oczywistych względów musi nastąpić zmiana, bo ja nie jestem Pawłem Łysakiem i inaczej myślę o teatrze, w inny sposób też formułuję cele dla teatru i dla siebie. Również dla współpracowników. A więc jednocześnie chciałbym zachować wiele wartościowych rzeczy, które udało się przez te ostatnie – chyba – osiem lat, za dyrekcji Pawła Łysaka, wprowadzić, i równie dużo rzeczy zmienić, ponieważ wydaje mi się, że Teatr Polski w Bydgoszczy potrzebuje tej zmiany, i nie mam na myśli jedynie korekty programowej. Chcę zmienić także wygląd budynku, sposób działania teatru, komunikowania się z widzami.

Razem ze swoim zastępcą Bartkiem Frąckowiakiem chcą panowie zapoczątkować teatr otwarty dla ludzi, nie tylko w takim dosłownym sensie, ale też, jeżeli chodzi o cały program, założenia teatru – przykładem jest debata na temat nowej formuły Festiwalu Prapremier – panowie zaprosili na nią mieszkańców Bydgoszczy. Nie boją się panowie tej zmiany?
Jeśli publicznie odnosimy się do demokratycznych wartości, mówimy o otwarciu instytucji, to nie chcemy imitować tych działań, tylko naprawdę otworzyć teatr i starać się rozmawiać. Bardzo mnie interesuje to, w jaki sposób mieszkańcy Bydgoszczy czy bydgoska publiczność teatralna odbiera czy odbierała Festiwal Prapremier, jaki ma czy miała stosunek do tego wydarzenia. Nie śledziłem poprzednich edycji tak wnikliwie, by mieć jakąś gruntowną wiedzę na temat tego, jak festiwal funkcjonował. Natomiast z wielu miejsc słyszę, że festiwal przeżywa kryzys, że potrzebna jest zmiana jego założeń, że formuła, z którą mieliśmy do czynienia do niedawna, się wyczerpała. Oczywiście mam swoje pomysły, wiem, do czego mógłby ten festiwal się przysłużyć, w jaki sposób należałoby skonstruować ciekawy program, natomiast bardzo chętnie skonfrontowałbym te pomysły z oczekiwaniami publiczności. 
Termin debaty [odbyła się 8.11.2014 – red.] też nie jest przypadkowy – pierwszy szkic programowy musimy przygotować do końca listopada, wtedy upływa termin składania wniosków do Ministerstwa Kultury o dotację na przyszły rok, więc chcielibyśmy go sporządzić w sposób racjonalny, uwzględniając ciekawe pomysły, które być może w trakcie tej debaty się pojawią. W najgorszym razie debata będzie służyć temu, by przedyskutować nasze pomysły, poddać je weryfikacji, skonfrontować z oczekiwaniami publiczności. 
Nie uwierzą państwo – w Polsce istnieje ponad 400 festiwali teatralnych, z tego ponad 100 to są festiwale teatru profesjonalnego czy repertuarowego – jakkolwiek by to zjawisko nazwać. Zapewne jesteśmy rekordzistami Europy w tej dziedzinie. Po ’89 roku, a zwłaszcza w latach 90. i później bardzo wiele miast, bardzo wiele samorządów zapragnęło stworzyć własny festiwal, w ten sposób powstała ta niebywała, nieprawdopodobna wręcz sieć, która się z roku na rok powiększa i która stała się konkurencją dla teatrów repertuarowych. Dużo ciekawsze wydaje się – czy wydawało się do niedawna – tworzenie nowych festiwali niż codzienne działanie instytucji. Ale festiwale są drogie. Koszt Festiwalu Prapremier – zależy to oczywiście od dodatkowych środków – wynosi od 600 do 800 tys. zł. To jest mniej więcej tyle, ile Teatr Polski wydaje na premiery w sezonie. Możemy mieć więc za te pieniądze albo tygodniowe święto teatru, albo 6 premier. No, powiedzmy, 5 premier. Gdybyśmy nie organizowali Festiwalu Prapremier, bylibyśmy w stanie wystawić 11 premier w sezonie. Nie mówię oczywiście, że trzeba wszystkie festiwale od razu likwidować, ale jedno z pytań, które sobie zadajemy w środowisku teatralnym, brzmi: co zrobić w sytuacji, gdy czasami nie wystarcza środków na produkcję nowych spektakli, a jednocześnie wydaje się dość dużo na festiwal, który stwarza, nieuzasadnione niczym, złudzenie potęgi, choć w istocie jej sytuacja wcale nie jest tak dobra.
Nasz teatr jest w stosunkowo niezłej sytuacji, miasto Bydgoszcz stara się dbać o Teatr Polski. Bardzo to doceniam, uważam te starania za ewenement w skali kraju. Ale istnieją w Polsce teatry, np. teatr w Opolu, będący organizatorem słynnego festiwalu Klasyka Polska, które od kilku lat są zmuszane do oszczędności i cięć finansowych. Niedawno przeczytaliśmy informację, że teatr w Opolu musi zwalniać pracowników. Czy w takiej sytuacji powinno się dalej organizować festiwal teatralny, wydając kilkaset tysięcy złotych, czy też utrzymać zatrudnienie albo produkować nowe spektakle? To są współczesne dylematy dyrektora festiwalu i jednocześnie dyrektora instytucji.

A może warto pójść tropem festiwali muzycznych, które zdobywają sponsorów, zdobywają wielkie marki, jak chociażby Open’er?
Teatr nie ma tak wielkiej siły medialnej, jaką mają festiwale muzyczne. W festiwalu Open’er biorą udział tysiące uczestników – widownia Teatru Polskiego w całym roku, całym sezonie, wynosi około 40 tys. widzów. To widownia jednego koncertu na Open’erze. Wydaje mi się też, że nie istnieją w Polsce jeszcze, a być może nigdy nie będą istnieć, firmy, korporacje, które byłyby zainteresowane poważnym finansowaniem teatru, który jest dziedziną niszową i funkcjonuje w innym segmencie kultury.

Poza tym ci sponsorzy mogliby za bardzo ingerować w repertuar festiwalowy… Choć dobrym przykładem jest akurat OFF Festival, który zachowuje balans między niszowym line-upem Artura Rojka a tym, co proponują sponsorzy.
Zarówno mój poprzednik Paweł Łysak, jak również inni dyrektorzy teatrów naprawdę starają czy starali się być bardzo otwarci i zabiegali o rozmaite formy współpracy – ale one nie są wcale takie łatwe. Wydaje się też, że oba sektory – sektor kultury i sektor biznesu – nie umieją ze sobą rozmawiać, mają inne oczekiwania wobec siebie. Gdy myślimy o tym, w jaki sposób można by otworzyć się na współpracę z tymi podmiotami, to jesteśmy pewni, że pierwszym krokiem powinno być spotkanie, rozmowa na temat tego, jak sobie obie strony wyobrażają taką współpracę.
Chodzi nam po głowie pomysł, bardzo chętnie o nim opowiem, który inaczej buduje relacje sponsorskie. To model działań, które kiedyś prowadziła firma Bloomberg, finansując program tanich poniedziałkowych biletów w teatrze Royal Court w Londynie. Program nazywał się „Bloomberg’s Mondays”. Ceny biletów były minimalne – od kilku funtów do kilku pensów dosłownie. Mogli je kupić widzowie, których nie stać było na zakup biletów w normalnej cenie. Te redukcje były poważne – z kilkudziesięciu, kilkunastu funtów do 1 funta. Raz w tygodniu, w poniedziałki, różnicę pomiędzy właściwą ceną biletu a tą zredukowaną pokrywała firma Bloomberg. To układ, w którym wszystkie strony były zadowolone. Teatr był zadowolony, bowiem docierał do innych grup publiczności, ciekawej publiczności, której nie stać było na bilety. Firma się cieszyła, bo w ramach swojej kampanii społecznej, realizowania założeń społecznej odpowiedzialności biznesu – tak to się fachowo nazywa – prezentowała się jako firma odpowiedzialna, jako firma rozumiejąca potrzeby publiczności. A publiczność była zadowolona z tego powodu, że mogła po niższych cenach kupić bilet. Bardzo chętnie namówiłbym jakąś dużą polską firmę, żeby w takie partnerstwo z teatrem weszła. Natomiast dużo gorzej wypadają projekty współpracy oparte na prostych pomysłach marketingowych, które w ogóle już nie działają: te logotypy na plakatach, w programach… To, powiedzmy sobie, jest… słabe.

Poza tym w przypadku sponsora tytularnego można wpakować się na niezłą minę… Co jeśli sponsorem byłby na przykład jakiś „Zbych-Pol” produkujący tanie wina – od tej pory mielibyśmy „Zbych-Pol Festiwal Prapremier”?
Rozumiem, że to żart z państwa strony. Pytanie poważne dotyczące Festiwalu brzmi: w jaki sposób dobrze i uczciwie wydać pieniądze, przeznaczyć je nie tylko na jednorazowy event teatralny, ale także użyć ich na długotrwały program. To są pytania istotne, bo dotyczą odpowiedzialności teatru za kształtowanie nawyków uczestnictwa w kulturze… Czy potrzebny nam jest tydzień teatralnego święta, czy stały program, który teatr z wysiłkiem przez rok konstruuje?

Paweł Łysak kładł duży nacisk na kwestie tożsamości i lokalności – świadczy o tym m.in. spektakl Historie bydgoskie. Pan podkreśla potrzeby zwrócenia się ku problemom globalnym – czy wynika to z przekonania o wystarczającym przepracowaniu tematów lokalnych, czy powody tego nowego, szerszego spojrzenia są zupełnie inne?
To kluczowe pytanie, gdy mówimy o programie TPB… Teatr Polski w ciągu ostatnich lat podjął wiele tematów lokalnych w rozmaitych kontekstach i w różnej formie. Zarówno za sprawą spektakli takich jak Historie bydgoskie czy Truskawkowa niedziela, ale także zdarzeń performatywnych, jak na przykład Kobiety do środka, czy Sunday Bloody Sunday, tematyka bydgoska była na scenie obecna, wiele tematów zostało podjętych; nie wiem, czy zostały one do końca przepracowane… Ja mam natomiast do projektów tożsamościowych pewien dystans – po pierwsze dlatego, że opowieści lokalne mają często więcej wspólnego z wytwarzaniem lokalności niż z opisem, są najczęściej gestem artystycznym i politycznym jednocześnie, bywają też tożsamościową manipulacją. Poza tym czułbym się niezbyt wygodnie, gdybym – mieszkając przez większość swojego życia w Warszawie – przyjechał do Bydgoszczy i wyciągając z archiwum bydgoskiego rozmaite historie, decydował, które z nich są ważne, a które nie. Dużo bardziej by mnie interesowały własne opowieści, te, które bydgoszczanie uważają za ważne i które by chcieli sami opowiedzieć. To mogłyby być mikrohistorie, opowiadane własnym językiem i we własny sposób.
Drugie zastrzeżenie pod adresem lokalności wiąże się z tym – co stanowi poniekąd rdzeń naszego programu – że trudno w tej chwili wyizolować lokalność od tego, co się dzieje w świecie, od procesów globalnych. Żyjemy w rzeczywistości, która jest jednocześnie globalna i lokalna, nic na to niestety nie jesteśmy w stanie poradzić. Do niedawna można by było powiedzieć, że lokalny świat oglądamy na żywo, a globalny dociera do nas za pośrednictwem mediów, ale teraz obie rzeczywistości się wymieszały. Problemy lokalne poznajemy również za pomocą mediów, w tej samej formie, w jakiej pojawiają się informacje ze świata.
No i po trzecie, procesy, które zachodzą w Polsce, które my uważamy za lokalne, są odbiciem albo częścią większego, globalnego procesu. Jeśli koncentrujemy się na ich lokalnym wymiarze, to nie jesteśmy w stanie zauważyć, jak w istocie ten proces przebiega. Kryzys ekonomiczny jest tego najlepszym przykładem. Dotyczy Polski, ale rozgrywa się na całym świecie. Żeby zrozumieć nasze uwarunkowania, musimy najpierw zrozumieć procesy dziejące się na całym świecie.
A więc nie odżegnuję od lokalności, tylko wolałbym, żeby ona wynikała z doświadczeń bydgoszczan, a nie z moich – to po pierwsze. A po drugie – chciałbym postrzegać lokalność w kontekście zmian czy tendencji globalnych, bo bardzo często warunkują one nasze lokalne życie.

Stąd na początek sezonu premiera Afryki zapewne?
Premiera ta była zaplanowana wcześniej, jeszcze przez Pawła Łysaka. Ale tak się szczęśliwie złożyło, że miał reżyserować ją Bartosz Frąckowiak, który jest moim bliskim współpracownikiem i został właśnie zastępcą dyrektora w TPB. Wydało się to nam naturalne, by zacząć sezon właśnie od Afryki. Poza wszystkim jest to bardzo ciekawy tekst, który na pierwszy rzut oka nie dotyczy wcale Polski. Dotyczy innego kontynentu. Na pierwszy rzut oka, oczywiście, bo twórcy spektaklu pokazują, w jaki sposób ta tematyka nas także dosięga. Teatr, poprzez rozmaite działania wokół tej premiery: debaty, projekcje filmowe, starał się przybliżyć te dość bliskie związki, których sobie często nie uświadamiamy. Jedna z uczestniczek debaty powiedziała – co mnie bardzo zaintrygowało – że pokazując Afrykę, odnosząc się do niej, my, Polacy, musimy się sami na nowo określić, musimy zdefiniować swoją pozycję.
Dla naszej tożsamości, która przez całe lata była tworzona przez lokalność, jest to poważne wyzwanie. Afryka zmusza do innych pytań. Czy jesteśmy zachodnimi Europejczykami i mamy mieć teraz taki sam stosunek do Afryki jak Anglicy, Francuzi, mimo że nie byliśmy nigdy kolonizatorami Afryki? Czy jesteśmy bogatym społeczeństwem Zachodu, które przejmuje kolonialne wzorce od Europy? Czy też Afryka, jak chciał Ryszard Kapuściński, pod pewnymi względami przypomina Polskę, kraj będący jednak na peryferiach zachodniego świata?

Trochę obawialiśmy się tego, jak zareaguje bydgoska publiczność na te tematy, mogło by się wydawać, tak dalekie, natomiast na pokazach Afryki jak na razie jest pełna widownia. Tak samo na debatę Dlaczego w Polsce powinniśmy rozmawiać o Afryce? też przyszło sporo osób…
Czy będzie pan kładł szczególny nacisk na postrzeganie świata z perspektywy naszego polskiego „ogródka”, czy też będą przeważać spojrzenia światowe, z innych regionów?
Polski teatr na przełomie lat 90. i nowego milenium był bardzo otwarty na nową europejską dramaturgię, na rozmaite prądy artystyczne, które potem zaowocowały falą polskich tekstów i nowych spektakli. Ale później, gdzieś w połowie lat „dwutysięcznych”, nastąpił odwrót od zainteresowań międzynarodowych i powrót do naszej lokalności, rozważania kwestii tożsamości zbiorowej. Tym gestem ograniczyliśmy nasze pole widzenia do spraw lokalnych, do spraw polskich, spraw regionu.
Wydaje mi się jednak, że jesteśmy w momencie, w którym powinniśmy obszar naszych zainteresowań rozszerzyć maksymalnie, także z tego powodu, że świat, w którym żyjemy, się skurczył. Jeździmy po całym świecie, do Polski przyjeżdżają ludzie z całego świata. Chcąc nie chcąc, jesteśmy wpisani także w globalny kontekst migracyjny, choć może nie tak, jak kraje, do których napływają wielkie fale migracyjne.
Rozszerzenie pola widzenia jest konieczne, uwzględniając także perspektywę krajów Bliskiego Wschodu, Afryki, Ameryki Południowej, Azji. Pod pewnymi względami wydaje się to w tym momencie dużo ciekawsze. Stąd na liście twórców, z którymi chcemy współpracować, pojawiają się nazwiska artystów z Libanu, Armenii, Serbii…

Jest Irlandia, która jest bardzo bliska pana sercu, patrząc chociażby na dorobek reżyserski.
Myśli pan o tym Yeatsie, którego zrobiłem w młodości… No tak. Nie wiem, czy jest bliska, natomiast na pewno jest nam kulturowo bliższa niż wiele innych krajów, z różnych powodów. W każdym razie pracujemy nad pewnym projektem, koprodukcją, z jednym z irlandzkich teatrów.

I na razie jest to tajemnica?
Dopóki nie mamy konkretów, póki pracujemy nad tym projektem, wolałbym o tym nie mówić.

Od jakiegoś czasu pojawiają się głosy, że w TPB brakuje oferty dla szerokiej publiczności, a wyznaczony kierunek zmian pozwala podejrzewać, że niektórzy widzowie nie doczekają się spektakli na miarę swoich, bardziej tradycyjnych, oczekiwań. Czy nie warto byłoby pomyśleć również i o nich?
Uważam, że warto i trzeba brać pod uwagę rozmaite oczekiwania. Zdaję sobie sprawę z tego, że TPB jest jedyną sceną w mieście, ale nie mam poczucia, że program, który przedstawiamy, jest hermetyczny czy wykluczający. Wydaje mi się, że strasznie dużo wysiłku wkładamy w to, aby komunikować się z różnymi ludźmi, aby pokazać, że nasz program nie jest selektywny, że nie stwarzamy barier.
Nasze spektakle nie są artystowskie, nie są dowodami na próżność artystów. Na pewno spektakle, które pojawią się w repertuarze w ciągu najbliższych tygodni, miesięcy, takie nie są. Chcemy być komunikatywni, ale też staramy się myśleć twórczo. Teatr powinien być także miejscem twórczości, w którym pracują współcześni, ciekawi polscy artyści. Staramy się także reinterpretować teksty klasyczne. Teatr Polski w ciągu ostatnich lat wykonał zresztą ogromną pracę nad rewizją polskiego kanonu, nad jego odświeżeniem, pokazując spektakle oparte na polskich i obcych tekstach klasycznych.
Nie traktuję naszego programu jako artystowskiego, hermetycznego, wręcz przeciwnie – on jest skierowany do widzów. Prosiłbym więc o zrozumienie zmiany, która się dokonała, wychylenie się w stronę teatru, który będzie włączać jak najszersze grupy ludzi w swoje działania.

Czy nie uważa pan, że wydarzenie takie jak Festiwal Prapremier jest impulsem dla wielu mieszkańców miasta do styczności z teatrem w ogóle?
Na pewno poprzez festiwal na teatr pada mocniejsze światło. To jest bezdyskusyjne i takie rzeczy na pewno trzeba brać pod uwagę. Festiwal Prapremier ma swoją historię, i to historię bardzo chwalebną. W bardzo krótkim czasie wszedł do grupy liczących się festiwali, jest w pierwszej dziesiątce polskich festiwali teatralnych. Nie mówię, że chcę zlikwidować Prapremiery. Wiem, na czym polega wartość tego festiwalu i jakie znaczenie ma on dla miasta i teatru. Mówiąc wprost: dzięki festiwalowi TPB zajmuje inne miejsce na mapie teatralnej Polski. Nasz teatr nie jest tylko jednym z 80 teatrów repertuarowych, ale jednym z 10, które tworzą życie festiwalowe, obok Łaźni Nowej w Krakowie, obok teatru w Opolu, Teatru Wybrzeże, czy Teatru Dramatycznego w Warszawie, który jest organizatorem Warszawskich Spotkań Teatralnych. Pytamy więc o kierunek, w którym ten festiwal powinien iść, o celowość koprodukcji, których premiery odbywałyby się na festiwalu, o międzynarodową formułę tego festiwalu.

W bydgoskim środowisku kulturalnym krążą różne propozycje: po pierwsze, włączenie tej międzynarodowej formuły, po drugie – albo skrócenie i skondensowanie festiwalu, albo rozciągnięcie go na przykład do dwóch tygodni. Którego scenariusza jest pan zwolennikiem?
Wydaje mi się, że bardzo ciekawym pomysłem, nad którym jeszcze pracujemy, jest umiędzynarodowienie formuły festiwalu. Choć wymaga to pewnych ograniczeń. Nie będzie nas stać na zapraszanie w najbliższej przyszłości wielkich teatrów repertuarowych z zagranicy. Budżet musiałby być 5-10-krotnie większy niż ten, którym teraz dysponujemy. A więc mamy na myśli mniejsze spektakle międzynarodowe, raczej eksperymentalne.
Myślimy raczej o skróceniu festiwalu i skondensowaniu jego programu do tygodnia oraz zmianie jego formuły programowej. W ostatnich latach rozszerzeniu uległo samo znaczenie słowa „prapremiera”. Dziś pod tym terminem nie kryją się pierwsze wystawienia tekstu dramatu, ale też spektakle, które są oparte są na innej dramaturgii: spektakle teatru dokumentalnego, spektakle tańca, przedstawienia zawieszone pomiędzy teatrem tradycyjnym, dramatem, działaniami performatywnymi… Gdyby się pojawiła opera współczesna napisana na podstawie współczesnego tekstu, też chętnie włączyłbym ją w program festiwalu. Można powiedzieć, że nie mamy dziś do czynienia z nową dramaturgią, ale z „nowymi dramaturgiami” – w liczbie mnogiej.

Panie dyrektorze, na koniec dwa słowa o Thermidorze.
Thermidor to tytuł sztuki Stanisławy Przybyszewskiej, autorki, która powinna być znana w Bydgoszczy ze względu na wystawienie Sprawy Dantona. Thermidor jest następną częścią trylogii Przybyszewskiej dotyczącej Rewolucji Francuskiej. O ile Sprawa Dantona traktowała o ostatnich dniach Dantona, o tyle Thermidor traktuje o ostatnich dniach Robespierre’a.
To niezwykle interesujący tekst, który w zasadzie jest fikcjonalizowanym, fabularyzowanym dokumentem pokazującym przedostatnią noc Robespierre’a, a w zasadzie dziwną naradę, która odbywa się w pomieszczeniu tuż obok sali posiedzeń Konwentu Narodowego, podczas której uczestnicy decydują się obalić Komitet Ocalenia Publicznego i władzę jakobińską. To jest wyjściowa sytuacja teatralna. Ale podobnie jak w Sprawie Dantona, istnieją obok siebie dwie przestrzenie – przestrzeń prywatna, w której ludzie dyskutują nieoficjalnie, oraz publiczna, polityczna, gdzie występują, gdzie wygłaszają przemówienia.
To, co wydaje mi się najciekawsze w tym całym projekcie, to zainicjowanie debaty o demokracji, o demokratycznym społeczeństwie. Pada w tym tekście bowiem myśl dotycząca niemożliwości tworzenia demokratycznego społeczeństwa bez poszanowania zasady równości. My też zadajemy sobie to pytanie: czy można mówić o prawdziwej demokracji, jeśli w świecie panują głębokie nierówności. Ten temat wydał mi się jako reżyserowi, ale też jako dyrektorowi teatru ciekawy i istotny, zwłaszcza gdy myśli się o wprowadzeniu do programu teatru sztuk, które dotyczą tematów społecznych czy tematów demokratycznego społeczeństwa. A debata na temat demokracji bardzo mnie interesuje, zarówno na temat demokratyzowania instytucji, jak i kwestii społecznych. Myślę, że to też zadanie dla instytucji publicznych, jaką jest teatr. Zwiększanie uczestnictwa w kulturze, ale też myślenie o sobie, o ludziach pracujących w teatrze, o publiczności – w sposób demokratyczny, bez żadnych dystynkcji, bez tworzenia podziałów.


Audycji Kurtyna w górę z udziałem dyrektora TPB - Pawła Wodzińskiego w całości można odsłuchać w formie podcasta po ściągnięciu jej ze strony internetowej Radia Kultura <- kliknij w link, żeby pobrac podcast.


 

 

Działy:
BIK

BIK

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Luty 2015 Poszerzanie pola widzenia