Menu na nowy rok

Menu na nowy rok Fot. Dariusz Gackowski

Bydgoszcz, Błonie, ulica Schulza. Niestety nie Brunona, a księdza Józefa Walentego. Wcześniej była tu Feliksa Dzierżyńskiego, krwawego komunisty, co tak sobie świstał, rzekłby być może pan Julian Tuwim.

Niecierpliwię się czekając na najdziwniejszy autobus w tym mieście – 57. Autobus widmo. Autobus loterię: przyjedzie albo nie przyjedzie, pół na pół, fifty-fifty. W dodatku kursuje on co pół godziny i zazwyczaj, a przynajmniej zawsze wtedy, kiedy ja się nim przemieszczam, stanowi tylko jedną drugą konwencjonalnego, dwuczłonowego autobusu. Ot, taka to już jego idiosynkratyczna „połowiczność”.

Jest wpół (!) do trzeciej po południu. A że w każdym szanującym się mieszczańskim polskim domu z lamelkową boazerią-lamperią w przedpokoju jest to mniej więcej pora obiadu, to mieszkańcy Błonia najwyraźniej szanują się bardzo: mieszanina zapachów dobywających się z na wpół (!) otwartych okien, lufcików i kratek wentylacyjnych jest bowiem na tyle intensywna, że już nią samą można by się najeść do syta. 

A ja mam akurat pusty brzuch, więc i od tego wszystkiego zawroty głowy; przed oczami widzę już miriady wielobarwnych gwiazd pulsujących w rytm przyspieszonej akcji serca. Te wszystkie zupy na wołowinie z lanymi kluskami, kurczęce de volaille albo wieprzowe karminadle na smalcu z ziemniaczkami prosto z wody lub z purée z masełkiem i natką pietruszki plus klasyczna kapuściana surówka. Biała albo czerwona. W niektórych mieszkaniach po prostu lane placki z cukrem i cynamonem. Do tego kompoty truskawkowe, kisiele z zielonego agrestu lub świętojanek, galaretki z malin – i tak dalej. Klasyka. Dla moich, ponoć nieco za dużych, dziurek w nosie ta oferta jest nad wyraz nęcąca…

(I tylko nagle ta jedna, histeryczna i niezbywalna, przyprawiająca o atak katalepsji myśl w głowie: czy ja, jako wegetarianka, mogę tak całkiem bezkarnie wdychać smażony smalec?! Czy to nie wsiąka jakoś w śluzówkę, nie idzie do krwi, nie mutuje komórek?)

No więc tak – dalej łażę po tej błońskiej spękanej trylince w tę i z powrotem, jak dureń czekając na ów spóźniony oczywiście autobus i jakieś wnioski z tych moich okołokulinarnych spostrzeżeń. Nagle zza winkla na końcu ulicy Schulza wyłania się on: niski, nieco posępny, ciemnoindygowy, niczym chory na argyrię… autobus miejski numer 57. Dochodzę więc szybko do prowizorycznego przystanku, jednocześnie nieoczekiwanie dochodząc również do kuriozalnego wniosku, że być może dla tego współczesnego, targanego non stop przez los człowieka najważniejsze są systematyczność i, mimo wszystko, spokój ducha – jak systematyczne i regularne są te posiłki w domach z betonu z lamelkową boazerią-lamperią w przedpokoju, jak spokojni są ich mieszkańcy, gdy ich brzuchy ciepło i szczelnie wypełniają owe klasyczne polskie dania.

Nic to, jadę w końcu na ten mój późny obiad bez mięsa, jednocześnie na nowy rok życząc Państwu systematyczności i spokoju ducha. Mimo wszystko.


 

PS Owe powyższe to pierwsze zdania, jakie napisałam od bardzo dawna, przełamując męczącą, rozwlekłą jak step kazachski, twórczą posuchę. Cóż, najwyraźniej literat głodny jest o wiele bardziej płodny, jak mniej więcej śpiewał kiedyś taki jeden pan z kołtunem wesoło dyndającym nad wysokim czołem.


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start