Powietrze z puszki

To był akurat dzień wyborów samorządowych… Ale nie o wyborach chciałabym tu pisać, będzie zatem o czymś zupełnie innym. Był to więc jeden z tych smutnych, jesienno szarych dni, jakie wszyscy pod tą szerokością geograficzną dobrze i dotkliwie znamy, a ja akurat jechałam tramwajem numer jeden z Wilczaka do centrum. Krajobraz za oknem nie zachwycał: dżdżysta bylejakość i monotonia upstrzona śmieciami – pamiątką po tych wszystkich sążnistych sobotnich melanżach. O, i dach kościoła wymieniają…

W pewnym momencie, na przystanku Nakielska/Stawowa środkowymi schodkami jedynki wspięło się trzech młodych jegomości, ale takich jakby nożem odcinających się od reszty tramwajowego otoczenia: ciuchy mieli trochę niby od Jacka White’a wzięte, a głowy – mogłabym powiedzieć, że od Jamesa Deana, ale do bimby wnieśli tyle koloru i groteskowego w tym tramwajowym kontekście poloru, że skojarzyli mi się raczej z kreskówkowym i pstrokatym Johnnym Bravo. Pierwsza moja myśl – że muszą to być muzycy jakiegoś shoegaze’owego zespołu i właśnie wracają z próby. Tak, zapewne, ale zaraz, zaraz… Tak bez instrumentów całkiem i tak z rana? Do tego z Nakielskiej? Do tej pory widywałam tu tylko zasępionych ludzi podążających z foliówkami z przedstawieniem jakiejś pogniecionej martwej natury w stronę sklepu monopolowego otwartego dwadzieścia cztery ha… Tkwiłam więc chwilę w tej konfuzji, aż do momentu, kiedy z ich ust nie zaczęły wypływać słowa angielskie. I nagle przypomniałam sobie: no przecież – festiwal Camerimage się wczoraj zaczął!

Za rondem Grunwaldzkim, w okolicach Multikina zrobiło się jeszcze bardziej kolorowo. Nie tylko od hipsterskich ciuchów – również ludzkie karnacje jakby nagle pociemniały; niektóre również zżółkły. (Multikultikino?) Przy operze i placu Teatralnym było już zupełnie feeryjnie, tak że można by go nawet, mrużąc oko, pomylić z warszawskim placem Zbawiciela… Zatem uśmiechnęłam się do siebie w duchu, bo nagle zrobiło się tak jakoś zachodnio, jakoś tak berlińsko i pomyślałam, że festiwal przywozi nam do Bydgoszczy nie tylko te wszystkie przedpremierowe filmy i tych wszystkich Alanów Rickmanów i Jonasów Åkerlundów, lecz również dostarcza nam kawał zupełnie innej atmosfery, trochę tego „światowego” powietrza, którego z lubością nabrałam do płuc wysiadając z jedynki pod Savoyem.


 PS. Jakiś czas temu turlaliśmy się ze znajomymi ze śmiechu na wieść o tym, że w niektórych topowych turystycznych miastach można jako pamiątkę zakupić… powietrze w puszcze. Teraz myślę sobie, że może to wcale nie jest takie głupie – pomyślcie Państwo: nagle pośrodku zimowej szarówki, gdzieś na Wilczaku albo na Jarach, tak sztachnąć się Londynem czy Paryżem? A potem postawić sobie tę pustą puszkę na półce, jak kiedyś, te ćwierć wieku temu ustawiało się całe kolekcje blaszanek po coca-coli, spricie i fancie…?

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Grudzień 2014 Powietrze z puszki