Kolor, którego nie widać. O Afryce i o nowym w bydgoskim teatrze

Afryka Afryka Fot. Magda Hueckel

1. 

Przełomowy moment w dziejach kulturalnych miasta? Niewątpliwie. Z wielu zresztą powodów. Jeden jest taki, że bydgoski teatr jest ważną instytucją kultury. Dokładniej może trzeba powiedzieć: jest instytucją kultury (i dla kultury) ważną, bo taką też się stał. Tak, właśnie to chcę powiedzieć: stał się, czyli kiedyś nie był, a później dopiero się stał ważny. Stał się ważny dzięki Pawłowi Łysakowi, co jest w obecnej sytuacji niezwykle istotne. Jest to istotne, bo obciąża znaczeniami obecną zmianę. Dla nowej dyrekcji, czego chyba mówić nie trzeba, jest to sytuacja trudna.

Trudna, bo trzeba sobie radzić z tą istotnością instytucji, którą się obejmuje (trzeba to udźwignąć) oraz trzeba sobie radzić ze świadomością, że można wiele zniszczyć. 

Ale i jest to sytuacja komfortowa, bo po pierwsze, lepiej działać w instytucji o wysokim prestiżu, a po drugie, teatr Pawła Łysaka był teatrem o dość (tak właśnie, dość, wyjaśnienie tego „dość” zabrałoby więcej czasu i miejsca, tu go nie mam) określonym obliczu. Oblicze, mówię, bo wszelkie inne określenia (linia programowa? tryb działania? poetyka?) wydają się nietrafne: to za ostre, to zbyt rozmyte.

Jeśli więc jest jakieś określone oblicze, można łatwiej z nim zerwać, na jego tle można się wyróżnić – gest zerwania może okazać się bardziej skuteczny i bardziej widowiskowy (widowiskowy może znaczyć tu: widzialny, dostrzegalny, zauważalny – kategorie, które dla najnowszej premiery są bardzo istotne). Gest zerwania w nowej sztuce jest wyraźny.

2. 

Pierwsza premiera nowej dyrekcji. Afryka. Krótko, mocno. Tyle tytuł. Mówi wiele, jest – co wiemy dzięki filozofii nowego teatru, jaką nowa dyrekcja przedstawiała dość wyraźnie – na tyle jasny, byśmy sobie go zapamiętali. Dlaczego Afryka? Dlatego, że to nasz temat, nasz, bliski, nieodparty, niezbędny, niezbywalny. Bo taka właśnie jest nowa linia programowa teatru bydgoskiego, nie lokalność, ale glokalność: globalna lokalność. Jest przecież lokalna globalność, dotyka nas mocniej niż ta nasza najbliższa – proszę wybaczyć desperacką tautologię – lokalna lokalność. Afryka jako temat polski.

Gest zerwania jest widoczny. Zrywa ten teatr z teatrem widowiskowym (chociaż, oczywiście, rozumiem, że widzieliśmy spektakl na małej scenie), zrywa z teatrem lokalnym (chociaż, oczywiście, widzieliśmy podobne do tego spektakle na tych samych, jak się to mówi, deskach), zrywa z teatrem emocji na rzecz teatru intelektualnego (chociaż, oczywiście, zdarzały się wcześniej – ani to wada, ani zaleta – spektakle przeciążone intelektualnym ładunkiem sztuki).

Takie trzy tezy mam i tu je stawiam:

Afryka jest piękną i zabawną dekonstrukcją naszych języków o Afryce (piszę języków, zresztą dość dla nas – my to ten nasz mały kulturowy krąg – łaskawie; sam nie jestem przekonany, że jest tych języków więcej i nie wiem, czy na miano „języków” istotnie zasługują).

Afryka jest spektaklem niewdzięcznym (w realizacji, bo niekoniecznie w odbiorze), bo jest w istocie intelektualnym wykładem w teatrze; zręcznie w tym spektaklu twórcy odwracają porządek przedstawienia: teatralizują te miejsca, które są najcięższym wykładem, i nasycają elementami znaczącymi te elementy, które (w tym dość jednak skromnym spektaklu) są najbardziej wizualne, wizualnie efektowne, efekciarskie.

Afryka jest spektaklem o przebiegłym przesłaniu i jeszcze bardziej przebiegłej mechanice. Afryka jest spektaklem o władzy i (to słowo padło i zwracałem na to uwagę) widzialności. O tym, że władza korzysta z podziału widzialności rzeczywistości. W sztuce pada inne zupełnie nazwisko, choć też jest to „francuski intelektualista”; w sztuce pada nazwisko Derridy (a kogóż innego by mogło!?), jednak skuteczniej zarówno temat, jak i tę konkretną jego problematyzację opisuje inny francuski filozof, mianowicie – Jacques Rancière. Upraszczając haniebnie jego subtelną myśl, polityka (i władza, polityka jako narzędzie władzy, a przecież o tym jest Afryka) jest oparta na podziale widzialności (widzialność to jest to, co widzimy, więc i to, co możemy zrozumieć, to, w czym mamy jakąś przestrzeń wolności – to bowiem, czego dostrzec nie potrafimy, wymyka się nieodwołalnie naszej sprawczości). Tym, co streszcza dobrze tę problematykę, jest Rancière’owska interpretacja hasła policji: „Proszę się rozejść, tu nie ma nic do oglądania”. To władza określa bowiem to, co możemy widzieć, a tym samym wydziela nam przestrzeń naszej wolności. Tak właśnie estetyka (czyli to, co zmysłowo doświadczalne, widzialne) staje się polityką. To uniwersalna zasada, która obowiązuje i w Afryce, i wszędzie indziej – nie tyle więc nas szczególnie z tym akurat kontynentem łączy, co raczej w tym konkretnym przypadku daje się scenicznie efektownie wykorzystać.

3.

Dlaczego akurat Afryka? Dlaczego ze wszystkich globalnych tematów akurat ten? Odpowiedź na to pytanie miała dać debata, która towarzyszyła premierze spektaklu. Mniej zresztą niż sam spektakl udana. Kilka było tez, wokół których koncentrowała się dyskusja: bez Afryki nie sposób zrozumieć Europy, bo Afryka jest rewersem naszej europejskości i trudno tę europejskość bez Afryki określić; Afryka jest ważna, bo była obszarem laboratorium zagłady, która później dopiero przywędrowała do Europy; Afryka jest kluczowa, bo nasza do niej relacja określa naszą peryferyjność czy półperyferyjność; jesteśmy – jako część Unii Europejskiej i beneficjenci jej programów pomocowych i dopłat – odpowiedzialni za wykorzystywanie Afryki w poprzednich wiekach, bo przecież czerpiemy z bogactw wypracowanych przez Afrykę, które to mocarstwa kolonialne przywłaszczyły sobie, skradły, zagrabiły.

Żadnej z tych tez nie jestem w stanie poprzeć. Problem z rewersem bierze się z nieskuteczności tej metafory; nie do końca jest wiadome, ile rewers mówi o awersie. To metafora negatywu-pozytywu jest bardziej trafna, ale w tym przypadku – z różnych zresztą względów – także bardziej problematyczna. Wydaje się, że Zagłada została efektywnie przepracowana (nie myślę o polskiej humanistyce, a przynajmniej nie tylko o niej) bez odwoływania się do doświadczeń afrykańskich. Nasz zysk w postaci europejskich funduszy jest też problematyczny; można by go na poważnie rozważać w kategoriach winy i odpowiedzialności za kolonizacyjną eksploatację, gdybyśmy byli jako kraj samodzielnym podmiotem procesów globalizacyjnych, natomiast jesteśmy tych procesów biernym przedmiotem.

Wreszcie nasza (pół)peryferyjność też może bardziej przypominać peryferyjność Ameryki Południowej, a tym bardziej – Azji. Dla mnie osobiście książka Pun Ngai Pracownice chińskich fabryk była wielkim odkryciem i opowiedziała mi wiele o współczesnych procesach globalizacyjnych państw peryferyjnych. Była w przewrotny sposób książką o Polsce i losie pracownic polskich fabryk (i losie pracowników polskich fabryk, i nie tylko ich – jest o naszym wspólnym losie), zajrzała pod podszewkę globalizacji. I nie była archeologią kolonizacji (Afryka jest bowiem dziś muzeum kolonizacji, a przynajmniej muzeum kolonizacji europejskiej), ale relacją na żywo z jej postępów.

Dlaczego więc Afryka? Paradoksalnie, być może wybór był czysto estetyczny. Dlaczego Afryka? A dlatego, żeby powstał efektowny spektakl. I może to wystarczy?

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2014 Kolor, którego nie widać. O Afryce i o nowym w bydgoskim teatrze