Czekam na nowe prądy

Wiktor Żwikiewicz Wiktor Żwikiewicz

Z Wiktorem Żwikiewiczem znanym pisarzem, autorem opublikowanych niedawno dwóch zbiorów opowiadań: Appendix Solariana i Maszyna rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Wiktorze, wiele lat musieliśmy czekać na twoją nową książkę, a tu od razu wychodzą dwie…
To stare-nowe opowiadania. Niektóre z nich napisałem jeszcze na początku lat siedemdziesiątych, inne są późniejsze, ale są też opowiadania najnowsze, napisane nawet w zeszłym roku. Cykl ten nazywa się „inspiry”. Pisałem je wspólnie z Markiem Żelkowskim. Ja miałem wizję, a on chęć.

Inspiry? Czyli napisane pod wpływem?
Tak, pod wpływem przeczytanej lektury. Zawsze na początku podajemy źródło.

 

Przyznaję, że każda rozmowa jest dla mnie pretekstem, by odbyć wraz z autorem podróż w przeszłość. Na początek proponuję ci wyprawę do Bydgoszczy twojego dzieciństwa, czyli do lat pięćdziesiątych…
Mieszkałem na ulicy Krakowskiej, to taka niezbyt długa uliczka wpadająca wprost do Jagiellońskiej. Ciekawe, ale na tej ulicy jeszcze po wojnie mieszkało wielu Niemców. To byli zresztą bardzo spokojni i porządni ludzie. Z tamtego czasu zapamiętałem taką oto historię: kiedy miałem lat pięć, może sześć, ojciec zabrał mnie na spotkanie z Melchiorem Wańkowiczem. Nie pamiętam już dokładnie, ale spotkanie odbyło się gdzieś na Kapuściskach. Na spotkanie z pisarzem przyszło wiele osób, a Wańkowicz głównie i tak chciał spotkać się z ojcem. Obydwaj znali się Wileńszczyzny, a dwa rody: Żwikiewiczów i Wańkowiczów wzajemnie się szanowały.

Repatrianci z Wilna w powojennych realiach byli przez komunistów traktowali z dużą podejrzliwością. Często też stosowano wobec nich szykany. Jak to było z twoim ojcem, Pawłem Żwikiewiczem?
Niestety, tak właśnie było. Ubecy nieraz znęcali się nad nim. Często aresztowano go, bez jakiegoś konkretnego powodu. Po paru dniach, a może nawet i paru tygodniach, ojciec wracał pobity. Nigdy nic nie mówił o swojej antykomunistycznej działalności. Żył długo, bo dożył prawie 100 lat. Po jego śmierci przejrzałem dokumenty, które po nim pozostały. I wtedy okazało się, że te szykany nie były bezpodstawne. Ojca aresztowano, ponieważ pomagał partyzantom V Brygady Wileńskiej Zygmunta Szendzielorza „Łupaszki”, którzy w 1946 r. przebywali na terenie Borów Tucholskich. Zaopatrywał organizację niepodległościową w produkty żywnościowe. Pewnie ojciec był jednym z wielu zaopatrzeniowców, faktem jest, że w archiwum ojca znalazłem rachunki z podpisem majora za dostarczoną przez ojca żywność i z dokładnym wyszczególnieniem towarów: cukier, mąka, chleb i inne.

Straszne czasy. Twoja edukacja przypadła na lata sześćdziesiąte. Ukończyłeś Technikum Geodezyjne. Mówiłeś mi kiedyś, że to wybitnie trudna szkoła…
Przede wszystkim trudno się tam było dostać. Ja nie musiałem zdawać egzaminów, ponieważ wcześniej wygrałem olimpiadę matematyczną, ale słyszałem, że w niektórych latach nawet szesnaście osób było chętnych na jedno miejsce. To była taka dziwna szkoła, w której prym wiedli nauczyciele przedwojenni. Zapamiętałem profesorów narodowości niemieckiej. Byli bardzo wymagający i bezwzględnie sprawiedliwi. Tak to dziś pamiętam. Jak ktoś się nauczył, to miał gwarancje, że zda. Nauczyciele z technikum nie byli nigdy uprzedzeni do ucznia. Takie zachowanie po latach jeszcze bardziej się docenia.

Karierę literacką rozpocząłeś w 1971 r. Wtedy też na łamach „Młodego Technika” ukazało się opowiadanie Zerwane ogniwo. W tamtym też czasie sporo czasu spędzałeś w Warszawie…
To prawda. Wydawcy byli w Warszawie, dużo podróżowałem. Akurat wydaje mi się, że w Warszawie mało pisałem. Jeździłem po kraju. Pisałem w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i w innych miastach. Przez pewien czas przebywałem w Bieszczadach. Warszawa jest dla mnie generalnie strasznym miastem. Wydaje mi się jedną wielką kawiarnią. W stolicy najważniejsze jest kogo znasz, z kim chodzisz do kawiarni, a z kim na grilla. Lubiłem raz na jakiś czas przyjechać do Warszawy, pogadać z ludźmi, ale tam się kiepsko pisało.

W tamtym warszawskim klimacie spotkałeś na swej literackiej drodze wielu znamienitych twórców. Kiedyś zdradziłeś mi, że jeden z nich, Artur Sandauer, opowiedział ci anegdotkę…
Ach tak, to był ten czas, kiedy starałem się o wstąpienie do ZAIKS-u i ZLP, bodajże rok 1976. Musiałem podać nazwiska trzech osób wprowadzających mnie do tych związków. Miałem szczęście, bo trafiłem na wyjątkowe osoby. Byli to: Roman Bratny, Artur Sandauer i wybitny tłumacz Robert Stiller. Czasami siadaliśmy w kawiarni „Czytelnika”, prowadząc długie dysputy. Sandauer mówił wtedy, że regularnie otrzymuje listy z wierszami od twórców, którzy stawiali w poezji pierwsze kroki i chcieli dowiedzieć się, czy mają talent. Wybitny krytyk zastanawiał się, jak wyłapać dobrą poezję. Wiedział, że to, co jemu się nie spodoba, niekoniecznie musi być złe. I wpadł na taki oto pomysł: tekst w pamięci tłumaczył na łacinę. Oczywiście, świetnie znał ten język. Twierdził, że jeśli w tak podstawowym dla naszej kultury języku coś brzmi dobrze, to znaczy, że utwór jednak ma jakąś wartość. Jednym słowem mówiąc: łacina była dla niego pomocna w odsiewaniu plew od ziarna.

Wspomniałeś Bieszczady. To chyba tam spędziłeś okres stanu wojennego?
Częściowo tak. Zaszyliśmy się z przyjacielem w Dwerniczku koło Dwernika. Ciężko pracowaliśmy fizycznie. Wyrąbałem siekierą około 10 hektarów lasu. Po pracy chodziliśmy do gospodarza, który był hodowcą owiec. Piliśmy whisky i słuchaliśmy Głosu Ameryki. To był bardzo ciekawy czas. Tam w górach toczy się zupełnie inne życie niż tu w mieście.

Może ta „górska izolacja” podziałała na ciebie twórczo. Wydaje się, że apogeum twojego talentu przypada właśnie na te lata. W 1982 r. w księgarniach ukazuje się twoja pierwsza powieść Druga jesień, a później kolejne: Imago, Ballada o przekleństwie i Delirium w Tharsys. Wiem, że twórca jest jak matka i wszystkie swoje dzieci kocha jednakowo, ale z perspektywy czasu, która z nich wydaje ci się najważniejsza?
Myślę, że ta pierwsza. Książka była czytana przez krytyków i szeroko komentowana. Być może jest tak, że krytycy czytają twoją pierwszą powieść, a potem już nie czytają. Dlatego swe kolejne książki pisałem głównie z myślą o młodych czytelnikach. Na nich zależało mi najbardziej. No i muszę też tu powiedzieć o powieści, którą piszę całe życie – Kosmodram Machu Picchu. Zacząłem ją pisać w 1971 roku. Ona jest już de facto ukończona, ale to jest ponad 1200 stron zapisanych w różnych okresach. Muszę ją przeredagować. Jak na razie ta sztuka udała mi się jedynie z częścią tekstu. Liczę na to, że powieść wyjdzie w przyszłym roku.

To bardzo optymistyczne. O ile lata osiemdziesiąte były dla ciebie pasmem sukcesów, o tyle w latach dziewięćdziesiątych nastąpił, delikatnie mówiąc, regres. Czyżby to transformacja ustrojowa okazała się dla ciebie takim szokiem?
Problem w ogóle polega na tym, że w latach dziewięćdziesiątych cała kultura przestała być państwu potrzebna. Myślę, że podobnie też było z nauką, szczególnie z niektórymi jej gałęziami, choćby taka archeologia. To był upadek całkowity. Tysiące ludzi próbowało się przebranżowić. Pamiętam, jak Bohdan Smoleń założył w Poznaniu sklep akwarystyczny. Specjalnie dla mnie ściągnął rybki z Syjamu, które kosztowały w tamtym czasie bajońskie kwoty. Jego kumpel Zenon Laskowik był wtedy listonoszem. Takie właściwie głupie czasy.

Ty chyba też się przebranżowiłeś?
Niestety, tak. Założyłem firmę. Zacząłem pisać programy komputerowe i powszechnie wiadomo, jak to się skończyło. Po latach myślę, że moim problemem było to, że za bardzo żyłem w przyszłości. Wyprzedzałem teraźniejszość. To błąd. Trzeba bardziej być umocowanym w teraźniejszości, wtedy człowiek ma większą szansę na sukces.

Ciekawi mnie, jaka jest kondycja i perspektywy literatury science-fiction…
O ile gatunki literackie mają cienkie linie wyróżniające, o tyle science-fiction bardzo wyraźnie się wyróżnia. Myślę, że ona podczepiła się trochę sztucznie pod XX-wieczny scjentyzm. Na czym to polega? Otóż, u schyłku XX wieku naukowcom wydawało się, że mogą nam powiedzieć prawdę o wszechświecie. Dzisiaj nikt nie ma już złudzeń. To nigdy nie nastąpi. Współczesna nauka nie jest uprawomocniona, aby dać nam odpowiedzi na pytania w stylu: „czym jest świat?”. Bankructwo scjentyzmu jest całkowite i to mnie właśnie interesuje. Co i kto go zastąpi? Czekam na nowe prądy.

Jeszcze raz gratuluję wydania zbiorów opowiadań. Czekam na wydanie Kosmodramu Machu Picchu i dziękuję za rozmowę.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start