Łatwo być bogiem – omówienie opowiadań zebranych Wiktora Żwikiewicza

Opowiadania Wiktora Żwikiewicza zebrane w dwóch tomach: Appendix Solariana i Maszyna ukazują ludzi uwikłanych w przyszłość zdeterminowaną wprawdzie poczynaniami współczesności, ale w dużej mierze niezależną, określaną postawami swoich futurystycznych rezydentów, przez co naznaczoną skrajną, wręcz niemożliwą do rozkodowania enigmatycznością. Autor nie oszczędza czytelnika i wrzuca go wraz z bohaterami do rzeczywistości zaszyfrowanej, pełnej fraz typowych być może dla człowieka antycypowanego, zupełnie jednak nieprzystających do pozaliterackich doświadczeń odbiorcy. Postacie Żwikiewicza nie są grubo ciosane, na pewno nie stanowią zbioru gamoniowatych ikon z popkultury SF. To wypaleni poeci, herosi zbrukanego piękna, romantycy pozbawieni złudzeń, outsiderzy kosmicznych szlaków. Przebijają się nieustanne przez gąszcz metafor i od wszystkich wymagają takiej samej lirycznej wrażliwości. Pomaga im to w doświadczaniu tajemnic bytu, metafizyki i wirtualnej ułudy. Z poznania wyrasta zrozumienie transcendencji, z nadnaturalnego niepokoju zaś dociekliwość w sprawdzaniu faktycznego stanu rzeczy. Stanu, który może okazać się urojeniem.

POZNANIE (zawsze ludzkie)

Bohater opowiadania Sindbad na RQM 57 – agent SEKONU (Służby Ekologicznego Nadzoru) – poszukuje na peryferiach postapokalipsy charyzmatycznego włóczęgi Gropiusa. Czyni to bez wyraźnego powodu właściwie, kierowany intuicyjnym impulsem zaledwie, a być może ostatnim tchnieniem nadziei zrozumienia, bo o zbawieniu mowy już być nie może. Ten terminalny świat nie wygląda przerażająco. Ludzie nie przypominają bestii z Mad Maksa, ich koniec zwiastowany jest przez otępiałość, apatię, lenistwo. Nie dziwią się specjalnie chodzącym rybom ze skrzydłami, czy ludzkim widmom wyjętym żywcem z gabinetu figur woskowych. Wielki Finał nie ma cech egzystencjalnego koszmaru. Żwikiewicz przeciwstawia schematowi Dni Ostatnich, zakorzenionemu we wszystkich niemal proroctwach, barwną tajemnicę. Ona fascynuje badacza SEKONU patrolującego peryferia industrialno – urbanistycznego masywu. Zupełnie jak Strefa w powieści Strugackich. Tajemnicę łatwo można skojarzyć z tragedią nie do uniknięcia, ale również z przebogatym potencjałem nowych okoliczności. A nuż którąś z nich uda się wykorzystać? Czyż w kodzie unicestwienia nie zawarto choćby jednej samozachowawczej sekwencji?

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zawsze mają naturę zwierzęcą. Problem w tym, że Kubrick podrzucił małpom kość – pierwsze ludzkie narzędzie rychło zamienione w maczugę. Tekst Zerwane ogniwo dość bezceremonialnie mówi o tym dziedzictwie. Przenosimy nasze atawizmy do współczesności, znajdujemy dla nich cywilizacyjne usprawiedliwienie, sankcjonujemy je ideologicznie zabarwioną moralnością i za ich pomocą budujemy przyszłość. Animalistyczny terytorializm pozostaje jednak trwałym nakazem, a to oznacza niekontrolowany rozrost. Opowiadanie W cieniu Sfinksa przekornie manifestuje swoją przynależność do słynnych „biologicznych” antyutopii, z „Nowym wspaniałym światem” na czele. „Dziwny, nieważki świat” – komentuje zastaną rzeczywistość starsza kobieta – prawdopodobnie ostatnia osoba odmawiająca swojego uczestnictwa w totalnej przemianie ludzkości. Człowiek dojrzały (brak dojrzałości to kordon biologiczny, nie prawny) może zmienić kształt, płeć, nawet swoją przynależność gatunkową. Ralf – orędownik tego stanu rzeczy – mgliście przeczuwa, że eksperyment – pozornie bezkresny – ma jednak gdzieś swoją granicę. Obawia się dotarcia do niej. Jej przekroczenie generuje nowe ciało ludzkości. „Będziemy poprawiać matkę Naturę. Myślę nawet, że Ona tego chce” – mówi bioetyk Willard Gaylin. „Natura uległa stagnacji. To było jej specjalne posunięcie, sztuczne. Wprowadziła zakaz rozwoju” – odpowiada dwudziestowiecznemu myślicielowi Ralf. Jedyne jej osiągnięcie to Rozum. Ale jest to TYLKO Rozum, tylko kość Kubricka (w innym miejscu – w Zwierciadle nieba – autor pyta, czy naprawdę tak mało mamy do pokazania Wszechświatowi?). „Nowe wspaniałe” ciało to człowiek zespolony. Zbiór człowieka. Może on gnać jedynie w stronę unicestwienia. Ale i ta apokalipsa nie jest jednoznaczna, ponieważ unicestwienie Natury to kolejny etap rozwoju.

Sztuczna biosfera jest o krok od wszędobylskiej technosfery. Tej drugiej nie przedstawia Żwikiewicz barwnie. Przed oczami stają ponure majaki Gigera, towarzyszy im ferment rozkładu i smród fekaliów wydobywających się z technologicznego odbytu. Technosfera pełni rolę nowego środowiska naturalnego. Egzystują w nim bioskafandry. Kiedyś byli to ludzie, dziś to funkcje. Sens zadań został już dawno zapomniany, sens istnienia zatem pozostaje zagadką. W opowiadaniu Suweren – motyw falliczny poznaniu służy biołącze – serce poezji. Tylko bowiem metaforą można objaśnić to, co wymyka się racjonalizmowi. Także mitem (pojawiające się regularnie „łajnioły”). Mity zaś przepełnione są zarodkami doktryn. Idee będące ich podstawą są najlepszymi więzieniami. „Idea może trwać wiecznie i za pysk trzymać”. W Kajomarsie technosfera jest równie mocno rozpanoszona. Poznanie staje się udziałem przybyszy, którzy byli u źródeł Utopii. Przywieźli ideę niezmaterializowaną. Więzienie jest zatem tuż tuż... Tym bliższe, im częściej ludzie roją o przyszłości. Wizje społeczeństw bez skazy należy zostawić w spokoju, w przyszłość wystarczy po prostu wejść. Jak pogodzić to z potrzebą poznania? Status aktualnej rzeczywistości wymusza na nas podjęcie próby wyobrażenia sobie dni, które nadejdą. Rzecz w tym – sugeruje pisarz – że o wiele łatwiej nam profetycznie poznawać, znacznie trudniej rozumieć. Duch poznania równoznaczny jest z duchem podboju, stąd w utopiach zawsze jest mowa o społecznej prewencji. Lub wprost – o agresji. Ale agresja przecież jest też formą poznania. Bestia z utworu Kajomars w mordowaniu ujawnia swą odkrywczość, dociekliwość, ba – nawet gotowość empirycznego sprawdzania biologicznej kondycji ofiary. Żwikiewicz jednak na tym nie poprzestaje, prowokuje do granic percepcji. Każdy mord dźwiga w górę ewolucję. Tylko dzięki zabójcom rozwijamy się. Bestia jest bezsprzecznie ukoronowaniem ewolucji, dla której wszelki uformowany byt, byt, który nie musi się już rozwijać, jest martwy. Czy to krytyka Darwina lub – odwrotnie – jego wiernopoddańcze, a zarazem nihilistyczne odczytanie? Nie. Dogmaty teorii doboru naturalnego są jedynie poddawane przez autora konstatacji. Odartej z jakiejkolwiek hipokryzji. Skrytykowany został raczej Dawkins w inspirze Figa Sapiens, przedstawiającej ewolucję jako twór Boga przypadkowego, leniwego, indyferentnego wobec swego dzieła, a nawet samego siebie. Trochę w tym deizmu, trochę Lema (dowcip o Bannie i Pugu). Wynika z tego jednoznacznie, że i utopia jest martwa, gdyż zamknięta, nierozwojowa, nie dopuszczająca możliwości błędu.

W brawurowy sposób zostaje ta myśl wyeksponowana w Balladzie o przekleństwie. Mowa tu o mitycznym, zasłyszanym w legendarnych historiach, Imperium Czerwonej Gwiazdy. Czerwona Gwiazda od dawna nie żyje, nie grozi też eksplozją, zagładą innych światów, chociaż takie sprawia wrażenie. Pozornie pulsuje żywotnością, ale jej główny motor napędowy to martwota. Jednak kosmiczny olbrzym przyciąga, mami, wywołuje odruch sympatii. Dlaczego? Bo istnieją więzy trwalsze od grawitacji – marzenia o ładzie doskonałym. Kim są mieszkańcy Imperium naznaczonego stygmatem śmierci? Istotami bez świadomości. Nigdy nie otrzymali duszy. Dzięki temu odkryli ideał człowieczeństwa – życie zgodne z naturą i wbrew jej prawom jednocześnie. Zbrodnia, gwałt i zniszczenie – to pierwsza nauka jaką odebrali. To kod „kaprawego człowieczka”, przedstawionego przez pisarza w alegorycznej przypowieści Legenda z Czterech Stron Świata. Dzięki takiemu programowi podążają za objawieniem poddając destrukcji wszystko. Tak wygląda ich epistemologia w praktyce. Żwikiewicz ukazał bolszewizm jako najbardziej usankcjonowany (wręcz usakralniony) stan barbarzyństwa, wpisując się tym samym w nurt rozważań historiozoficznych, zapoczątkowanych już przez myślicieli międzywojnia.

Poznanie nie jest możliwe bez projektowania naszych wyobrażeń. O nas samych. Obserwator ma wpływ na wynik eksperymentu przez obecność swoich chorych rojeń. W Podpalaczach nieba prowadzą one do spalenia wszystkiego. Tego swoistego auto-da-fe obawiają się hipokryci szermujący nader często słowem „ludobójstwo”. Używanie tego terminu po epoce „pieców” jest wyraźnym nadużyciem. Skąd takie święte oburzenie na wieść o eksterminacji gatunku? Zniszczenie całej populacji jest czymś gorszym od zagłady jednej rasy, jednego narodu, jednej społeczności? Jakim prawem można to uznać za zbrodnię gorszą od holokaustu? Naukowcy zawsze wykorzystują polityków do swoich celów (Zerwane ogniwo, W cieniu Sfinksa). Żwikiewicz bezwzględnie rozprawia się z całkowicie już wyświechtanym casusem profesora Sonnenbrucha. Najbardziej obłąkańcze plany powstają nie w gabinetach polityków, lecz w laboratoriach naukowców. Każdy z nas ma naturę badacza. Każdy próbuje coś uszczknąć z tajemnicy bytu. Należy jednak przy tym uważać, w którym kierunku się zmierza. Jeśli zrobisz krok w lewo – odpłyniesz na wyspy Archipelagu Gułag, jeśli zrobisz krok w prawo – pociąg zawiezie cię na rampę w Auschwitz – Birkenau, gdy pójdziesz środkiem, trafisz do bulgoczącej papki Robespierre’a, a tam pękające bańki ułudy społecznej co chwilę będą objawiać swą prawdziwą treść. Raz będzie to Kołyma, raz Treblinka, raz Choeung Ek… A rozwiązanie jest takie proste. Nie trzeba wybierać żadnej z tych dróg.

METAFIZYKA (zawsze boska)

Byt rozpoznawany jedynie naszymi zmysłami jest niepełny, kaleki. Brakuje mu tego „wszechobecnego dziwu”, którego negowanie ma zawsze w historii katastrofalny koniec. Bohaterowie Żwikiewicza usiłują heroicznie pogodzić przeciwstawne żywioły: racjonalizmu i metafizyki. Kapitan Gropius (Sindbad na RQM 57) rozpoznaje Boga w Słońcu. Neopogaństwo całkowicie uzasadnione! To nie kaprys wyklętego mesjasza na śmietniku cywilizacji. Gwiazdy dają i odbierają życie. Zrozumie to tylko ten, kto życie dostrzega, a nie opisuje jego wybrany urywek. Nie ma martwej materii, a więc dzieło Słońca to życie w każdej postaci. Solarny aspekt boskości widoczny jest też w Podpalaczach nieba. Naukowiec Bailey ma możliwość już z dawna przez wielu wyczekiwaną - możliwość unicestwienia Boga. Bogobójca stosuje krzyżowy (nomen omen) szantaż. Zabicie Istoty Najwyższej (w tym przypadku zniszczenie Słońca) oznacza koniec ludzkości. Nie na tym polega jednak ważkość ostatecznego wyboru. Nie na litości nad człowiekiem. Bailey przed podjęciem decyzji żałuje Boga, bo Jego istnienie bez człowieka nie ma sensu. To raptem heliocentryczny dylemat. Bóg na pewno zginie wraz z anihilacją ostatniej cząstki świadomości w Kosmosie. A właściwie nie zginie, tylko… umrze.

Mądrość Gai – kolejnego neopogańskiego wcielenia Absolutu – daje o sobie znać w Suwerenie – motywie fallicznym. Pełno tam także istot z innej mitologii – łajniołów. W technosferycznej rzeczywistości nadzorują i rządzą. Zajmują się ludźmi (łajnem historii). Wbrew pozorom nie przypominają aniołów z piosenki zespołu Coma („żrą kiełbasę, śmierdzą potem, mają w dupie żywych”). One służą, choć czynią to z obrzydzeniem. Czyżby była to zadawniona zazdrość o człowieka? Łajnioły nade wszystko utrzymują równowagę. Dzięki temu podtrzymują triadę: Majestat Niebios, Homeostaza, Mądrość Ziemi. Tylko Ziemia traktowana jako Byt Najwyższy może panować nad technosferą. Nową, niekontrolowaną przez człowieka, naturą.

Kajomars nawiązuje do religii perskiej i słynnej przypowieści o pierwszym człowieku stworzonym pospołu z Bestią. Perwersyjni bogowie sprowadzili na świat istotę niedoskonałą i zło idealne. Dobro w krystalicznej postaci im miało być jedynie przynależne, ale oni – w deistycznej pysze – świat postanowili ignorować. Do jakiegoś momentu. Taką przełomową chwilę ukazuje Żwikiewicz. Technosfera opuszczona jest przez ludzi, więc jej miejsce zajmują istoty najwyższe. Czy zawsze, gdy człowiek śpi, budzą się bogowie? Stwórcy pojawiają się podczas całkowitej utraty kontroli. Człowiek wówczas nie znajduje żadnej instancji odwoławczej. Opowiadanie przesycone jest obrzędowością, nabrzmiewa wprost od rytualnej gestykulacji. Jeden z bohaterów nosi imię Jordan. Z chrzcielnicą w ręku idzie za Bestią przez labirynt, aby odkryć w nim szczątek Kajomarsa czekającego na spełnienie swego żywota. Nastąpiło zapętlenie przypowieści aż z czterech mitologii. Ale odczytanie ich niekoniecznie jest już zgodne z obowiązującym kodem cywilizacyjnym. Chrzcielnica okazuje się bronią. Krwawy chrzest, chrzest bojowy, to aż nazbyt często stosowane metafory w naszej kulturze będącej pochwałą agresji, bałwochwalczo traktującej militaria, wynoszącej na ołtarze kombatantów. Chrzest – prowokuje Żwikiewicz – to odebranie życia! Takie jest jego pierwotne znaczenie, ale zapis źle rozszyfrowany stał się dogmatem i wyrósł do rangi sacrum. O umowności symboliki decydują jednak ludzie. Łatwo być bogiem – polemizuje z braćmi Strugackimi autor. Ma na to prostą receptę. Nasze mity dostarczają przepisów. Co trzeba zrobić? Przynieść opowieść o Utopii, wyśmiać stare dogmaty (to ważne – wyśmiać, walka z nimi jest błędem), ustalić nowe dogmaty, pokazać dowód (odnaleźć Kajomarsa), mieć u boku Bestię. Z tą ostatnią nie powinno być problemu. Aby jednak Zło było w pełni wydajne, niezbędna jest szatańska triada:

  1. BEZUCZUCIOWOŚĆ (tę odgrywa w opowiadaniu maszyna Synchromat)
  2. ZŁO BEZ SKAZY (Bestia – cel rozwoju)
  3. BŁAZENADA (musi mieć szczekacza historii; w tej postaci występuje drugoplanowy bohater Biesnowaty, nie dońca zbiesiony, nie do końca diabeł, raczej podławy ludzik z „Legendy z Czterech Stron Świata”). Błazen jest niezbędny, może zostać odebrany jako idol. Historia często się myli, gdy przypisuje takiemu moc sprawczą. W demaskowaniu nie mylą się jednak prawdziwi komicy (Charlie Chaplin).

Wołanie na Mlecznej Drodze to z kolei dyskurs autora ze świętym symbolem mitu żywego – krzyżem. Rudier – kosmiczny samotnik – obserwuje postaci rozkrzyżowane. Przypominają człowieka witruwiańskiego – tęsknotę marzycieli za złotym środkiem, ideałem. Ten ideał może też być przypisany męczeńskiej śmierci Chrystusa. Czy zwieńczeniem dążeń ludzkości jest męczeństwo? Przecież Chrystus przekreślił krzyż zmartwychwstając. W takim razie ideał jest mistyczny, pozacielesny. W przekazach ewangelicznych Chrystus zmartwychwstały jest nielokalny. W konwencji SF zaryzykowalibyśmy stwierdzenie Chrystus wirtualny, mechanik kwantowy najwyższej klasy. Czemu zatem krzyż? Wszak odrzucenie krzyża, nawet jego podeptanie (co praktykują wbrew logice sataniści) powinno być świętym obowiązkiem chrześcijanina. Może jednak krzyż ma być przestrogą? Bo wirtualność to ułuda, a prawdziwe życie wieczne to prawda, osiągnięta dzięki poświęceniu Mesjasza? „Na wszelki wypadek umywam ręce” – krzyczy Ziarno z Happeningu w oliwnym gaju, popełniając tym samym pomyłkę mitologiczną. Ale o nią bardzo łatwo. Logos to podstawa naszej egzystencji. W nim zawarta jest nie tylko możliwość kreacyjna, ale także (obowiązkowo!) wizja ewakuacji. Koniec wpisano w poczęcie. Stworzenie z góry skazane na zagładę to wykładnia naszej kultury. Happening w oliwnym gaju ukazuje akt stworzenia jako teatr. Przybysze „zapładniający” nowy świat grają podwójnie. Strategicznie i aktorsko jednocześnie. Rozgrywają transcendentnego LARPA. Rozwój to teatr, często improwizowany, a mimetyczne podejście do rzeczywistości jest próbą interpretacji. Zawsze. Odtwarzanie kształtuje kulturę. Autor idzie ścieżką wydeptaną wśród księżycowych bezdroży przez Jerzego Żuławskiego.

UROJENIE (zawsze chore)

Bóg bywa czasami pomyłką. Pilot Pirx (Appendix Solariana) z szyderstwem podchodzi do boskiej wykładni oceanu solaryjskiego. Ci dogmatycy nowej religii to rzecz jasna liczni recenzenci powieści Stanisława Lema. Solaris można uznać najwyżej za Boże Zwierciadło. Niewykluczone, że w nim przez przypadek odbija się Głos Pana, ale jakakolwiek próba kontaktu będzie rozmową z lustrem. Tam jest tylko czyjeś odbicie. Pomyłka poznawcza – coś , co często przytrafia się bohaterom fantastyki naukowej. Paradoksalnie – kontakt z Pirksem to też złudzenie, on nie jest osobą z krwi i kości, tylko informatycznym przekazem. Chyba dlatego dobrze czuje się przy nim Harey, która nawet erotycznie się z nim spoufala. Oboje bowiem nie istnieją i w związku z tym na swoją wirtualność nie zwracają najmniejszej uwagi. Istota fantomowa, sprokurowana przez Solaris, może być też stworzona przez człowieka celowo (Kaprys Gwen). Skoro nie jesteśmy zadowoleni z naturalnych ludzi, wykreujmy postaci wirtualne, nawet całe wirtualne społeczności, które będą nas otaczać. W tekście nie widać śladów moralizatorstwa, nawet jeżeli takie rozwiązanie stanowi przykład skrajnego eskapizmu. Należy jednak przy tym pamiętać, że prawdziwy eskapizm boli. Bohater Kłamstwa nie ma żadnych wątpliwości, że gwiazdy są przeklęte. Pisarze Złotej Ery SF kłamali. W międzygwiezdnych wojażach nie ma krztyny romantyzmu. Do odnalezienia za to jest doskonałe okrucieństwo samotności. Aby sobie z nim poradzić, należy uciec w urojenie. Z eskapizmu w eskapizm. Dla samotnego cały świat jest urojeniem. Jednak, aby podtrzymać eskapizm, należy wpisać weń cierpienie. Inaczej cała ułuda rychło wyjdzie na jaw. Żwikiewicz w swej przewrotności nie byłby sobą, gdyby nie storpedował własnej wizji. Marzenie jest kontrpropozycją dla Kłamstwa. Bezimienny chłopiec – główny bohater opowiadania – uprawia mentalny ekshibicjonizm. Przypomina tym trochę św. Franciszka. Obnaża duszę przed wszystkimi, a jego książka (Lekarstwo na melancholię Raya Bradbury’ego) staje się zbiorem informacji, których właściwe odczytanie pozwoli mu szybciej osiągnąć stan świętości. Opowiadanie zaczyna nabierać cech hagiograficznych. Nowy święty uszlachetnia swoją duszę poprzez intensyfikację marzenia. To nie medytacja lub modlitwa kierują go do uwznioślonego bytu. To marzenie – im bardziej niekonwencjonalne, im bardziej niemożliwe w realizacji, im bardziej odrzucone przez ogół, tym szybciej wpisujące go do grona namaszczonych, wyklętych, objętych racjonalną anatemą. Lekarz badający chłopca w klinice nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, ze był o krok od odkrycia duszy. A ona jest tak blisko, każdy z nas może jej dotknąć nawet zaraz…

NADZIEJA (zawsze fantastyczna)

Człowiek w opowiadaniach Żwikiewicza jest nierozerwalnie związany z mitem. Dokądkolwiek pójdzie, dokiedykolwiek przetrwa, zawsze będzie go miał w sobie, zawsze go gdzieś zgubi, bądź celowo podrzuci, powodując trwałą skazę na każdej formie bytu, z jaką się zetknie. Jesteśmy zainfekowani archetypem, ale nie musi to być naszym przekleństwem. Autor nie proponuje, abyśmy z naszym dziedzictwem zerwali, za to odradza nam jego nieustanne celebrowanie. Proponuje spojrzeć na tę sferę kulturową z dystansem, niezbędnym do racjonalnego budowania przyszłości. Inaczej nie wyjdziemy nigdy z kręgu rojeń, jakże często destrukcyjnych. „W jedną nieskończoność można uwierzyć – w nieskończoność skali złudzeń” – mówi bohater Happeningu w oliwnym gaju. Marzenie jednak w tę stronę zawsze nami pokieruje. Niech to jednak będzie marzenie dziecka…


 

Przypis:

Opowiadanie W cieniu Sfinksa zostało napisane wspólnie z Krzysztofem Rogozińskim. Współautorem inspir Figa Sapiens i Kaprys Gwen jest Marek Żelkowski.


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2014 Łatwo być bogiem – omówienie opowiadań zebranych Wiktora Żwikiewicza