Odrodzony renesans, czyli jak powstała muzyka, która nie powstała w czasach, w których powinna była powstać

W sierpniu tego roku obchodziliśmy 430. rocznicę śmierci Jana Kochanowskiego. Nadarza się zatem sposobność, by odnowić znajomość z poetyckimi strofami mistrza Jana z Czarnolasu. Doskonałą okazją do spojrzenia na jego twórczość z nieco innej perspektywy jest najnowsza propozycja zespołu Collegium Vocale, który postanowił uczcić zbliżającą się rocznicę muzyczną prezentacją fraszek poety. Idea mariażu poezji i muzyki sięga czasów antycznych i już wówczas była na tyle powszechna, że aż dwie muzy udzielały natchnienia poetom-muzykom. To Erato i Euterpe odpowiedzialne były za harmonijną koegzystencję słowa z dźwiękiem. Biorąc więc do ręki płytę Na fraszki Jana z Czarnolasu, ciekaw byłem, czy udzieliły tejże harmonii komuś, kto za literackiego partnera wybrał sobie jednego z najwybitniejszych twórców renesansu, współtwórcę polskiego języka literackiego, poetę ze wszech miar genialnego. Czy wystarczyło mu talentu, by mariaż jego dźwięków ze słowem mistrza nie okazał się mezaliansem? Z ciekawością, ale i z pewną obawą przed rozczarowaniem wcisnąłem w odtwarzaczu play...

Jednak już pierwszy utwór, instrumentalna galiarda (w nagraniu wziął też udział zespół instrumentów dawnych Canor Anticus) dała przedsmak duchowej uczty, którą dla miłośników muzyki dawnej przygotował Collegium Vocale. Popłynęły szlachetne, wysmakowane dźwięki z epoki, w której muzyka jeszcze odzwierciedlała ład wszechświata. Muzyka pełna uroku, wdzięczna, dostojna, zapowiadająca artystyczne doznania na właściwym, uduchowionym poziomie. Nic więc dziwnego, że rozochocony tą instrumentalną przystawką z niecierpliwością czekałem na następny utwór – już z poezją Kochanowskiego. Ciekawość potęgował jeszcze fakt, iż nie mogłem sobie przypomnieć, by ktokolwiek z jemu współczesnych podjął próbę umuzycznienia słynnych fraszek. 

Gdy po krótkim instrumentalnym wstępie zabrzmiały pierwsze dźwięki utworu z poezją mistrza na plan pierwszy wysunął się tekst Kochanowskiego – niefrasobliwo-rubaszna fraszka Do dziewki. W sposób arcyzabawny wykazuje on, powołując się na przykłady wyprowadzone ze świata przyrody, że w sztuce ars amandi wiek nie ma znaczenia. Tekst pełen erotycznych podtekstów, daleki jednak od wulgarności i nie przekraczający nigdy granicy dobrego smaku tak mi się spodobał, że postanowiłem posłuchać utworu raz jeszcze. Im dłużej wgłębiałem się w muzykę, tym bardziej podziwiałem jej autora, fachowość i biegłość w kompozytorskim rzemiośle. Mimo że utwór utrzymany jest w tonacji molowej, sugerującej być może smutek przemijania, to jednak dziarski, zawadiacki rytm pulsujący nieokiełznaną energią doskonale go równoważy, odzwierciedlając witalne przesłanie zawarte w tekście. Założona prostota melodii, harmonii, faktury i rytmu wskazuje, że autorowi było zdecydowanie bliżej do twórców inspirowanych folklorem niż do komponujących melancholijne madrygały czy nawiązujące do stylu motetowego wysublimowane chansons. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z twórcą włoskich frottol lub hiszpańskich villancicos, a może to ktoś ze szkoły paryskiej? Nie chcąc zgadywać dłużej zerknąłem na okładkę płyty.

Okazało się, że autorem kompozycji, która mnie tak urzekła jest... Michał z Bydgoszczy. Miłośnicy muzyki dawnej z pewnością znają Wacława z Szamotuł, Adama z Wągrowca czy Wincentego z Kielczy (Kielc). Jednak o Michale z Bydgoszczy źródła do tej pory milczały. Czyżby umknęło mi odkrycie nieznanego renesansowego twórcy i to na dodatek działającego w Bydgoszczy? Podekscytowany sięgnąłem po płytową książeczkę. Jej lektura pozwoliła mi jednak dostrzec wyjątkowość całego przedsięwzięcia. Otóż w Michała z Bydgoszczy wcielił się twórca zespołu Collegium Vocale, jego kierownik artystyczny, pomysłodawca i spiritus movens całego projektu – Michał Zieliński. To on skomponował większość utworów składających się na program płyty, a w pozostałych był autorem opracowań i aranżacji. Niezorientowanym może się wydawać, że to nic nadzwyczajnego. Lecz wytrawni melomani wiedzą, że muzyka z minionych epok traktowana jest jak rozdział zamknięty. Podobnie jak w malarstwie nie poważa i nie ceni się dzieł, które nie noszą znamion oryginalności, tak i w muzyce współczesne kompozycje w stylu z minionych epok traktuje się jako pozbawione wartości wtórniki. Artystycznie uzasadnionym wyjątkiem – swoistą enklawą, gdzie „tolerowana” jest tego typu eklektyczna twórczość to tzw. „muzyka filmowa”. Jak to wiec możliwe, że w XXI wieku powstaje renesansowa muzyka i to nie jako tło do historycznego filmu lecz z założenia przeznaczona dla melomanów. Czyżby kompozytor nie obawiał się, że zostanie wyklęty i „odsądzony od czci i wiary” za sprzeniewierzenie się ustalonym regułom? Nieco zaskoczony tym faktem ale bynajmniej nie zniechęcony, słuchałem dalej. Zachwyt i uznanie nie mijały. Podziwiałem wspaniałe, stopliwe brzmienie kwartetu wokalnego i precyzyjną grę akompaniującego zespołu. Komplementowałem trafny wybór fraszek, wysoką jakość nagrania i dopieszczoną w szczegółach oprawę graficzną. Podobało mi się wszystko – od koncepcji po detale. Z entuzjazmem pomyślałem o możliwości spotkania z „renesansowym” kompozytorem i to bez korzystania z wehikułu czasu. Zapytany o bezpośredni impuls do powstania tego wyjątkowego projektu Michał z Bydgoszczy odpowiada:

Zastanawiający jest fakt, że z XVI wieku zachowało się tak niewiele pieśni w języku polskim do tekstów świeckich, zwłaszcza o tematyce miłosnej. Kiedy przyjrzymy się ówczesnej kulturze muzycznej w naszym kraju poprzez pryzmat królewskiego dworu, można odnieść wrażenie, że mieliśmy do czynienia z dynamicznym rozwojem tej gałęzi sztuki, a w powszechnej świadomości utrwaliło się nawet przekonanie, iż był to „złoty wiek w historii muzyki polskiej”. Król Zygmunt II August, wychowywany przez Bonę Sforzę w atmosferze przepojonej duchem humanizmu i uwielbienia dla sztuki, doprowadził do takiego rozkwitu życia muzycznego na swym dworze, że – jak to mówił Stanisław Orzechowski – muzyka kapeli królewskiej mogła zaćmić nie tylko belgijskich czy francuskich śpiewaków, uchodzących wówczas za najlepszych, ale i samego boga Apollina z jego dziewięcioma muzami. Skąd zatem owa zagadkowa obojętność szesnastowiecznych kompozytorów polskich wobec rozkwitającej na gruncie poezji tematyki dotyczącej intymnych relacji damsko-męskich? Skoro jednak pełne dowcipu i poetyckiego polotu fraszki Jana z Czarnolasu nie zainspirowały współczesnych mu kompozytorów, postanowiłem skorzystać z przypadającej w tym roku 430. rocznicy okazji jego śmierci i pokusić się o choćby częściowe wypełnienie tej repertuarowej luki. Składając hołd praojcowi polskiej poezji umuzyczniłem dziesięć jego fraszek; dla stylistycznego uwiarygodnienia tych prób kompozytorskich zestawiłem je z utworami z epoki, wykorzystując popularny wówczas zabieg kontrafaktury. Całość programu uzupełniłem kilkoma instrumentalnymi tańcami. I w ten oto sposób powstała muzyka, która nie powstała w czasach, w których powinna była powstać.

A czy nie spędza ci snu z powiek obawa, że jako twórca renesansowy możesz zostać „spalony na stosie” przez XXI- -wieczną, muzyczną inkwizycję?

Nie, nie obawiam się krytycznego osądu ze strony purystów muzycznych. Wszak powstałe kompozycje, które określiłbym mianem empatycznych pastiszy, zrodziły się z chęci jak najwierniejszego oddania stylu muzyki tworzonej w XVI wieku przez polskich kompozytorów. Jak wspomniałem wcześniej, pieśni w języku polskim do tekstów świeckich jest zastanawiająco mało. Skoro zatem taka muzyka nie powstała czy oznacza to, że nie ma prawa powstać? W przypadku umuzycznionych fraszek brakuje renesansowego odpowiednika – jest to zatem jedynie próba wypełnienia dotkliwej luki w dostępnym repertuarze; to swego rodzaju rekonstrukcja czegoś, co nie powstało, choć powinno było powstać, bądź powstało, lecz nie dotrwało do naszych czasów. Niejednokrotnie po koncertach Collegium Vocale słyszeliśmy zabarwione krytyką głosy, że zbyt mało miejsca w naszym programie zajmują utwory rodzimych kompozytorów. Opinia ta podziałała na mnie szczególnie stymulująco, gdyż wieloletnie zainteresowanie muzyką renesansową dały mi pogląd i wyobrażenie o kształcie jaki powinny przybrać takie pieśni by były stylistycznie wiarygodne i zgodne z duchem epoki. I choć nie było moją intencją konkurować z dziełami autentycznych twórców Odrodzenia, to ostatecznie słynna maksyma z Mikołaja Reja gloryfikująca mowę ojczystą przeważyła.

A ja jako usatysfakcjonowany słuchacz-odbiorca mogę podsumować to innym, choć bardziej potocznym powiedzeniem: „lepiej (że ta muzyka powstała) późno niż wcale”.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Wrzesień 2014 Odrodzony renesans, czyli jak powstała muzyka, która nie powstała w czasach, w których powinna była powstać