Do we accept it?

"Szepty ziemi" - próba "Szepty ziemi" - próba Fot. Dariusz Gackowski

Prezentujemy kolejną recenzję Szeptów Ziemi Piotra Borowskiego, spektaklu Studium Teatralnego, który otworzył tegoroczną edycję Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego INNE SYTUACJE. Autorka recenzji (podobnie jak autorzy dwóch poprzednich) brała udział w warsztatach krytyki teatralnej towarzyszących festiwalowi, które prowadził Paweł Sztarbowski.


Dziwna platforma na środku sceny. Jest konstrukcją z metalu i szkła. Na jej szczycie stoi dwóch mężczyzn, pod szklaną podłogą siedzi trzeci mężczyzna, skulony. Przeciwległej do steru krawędzi platformy uczepiła się drobna kobieta. Wszyscy zatrzymują się w tej samej chwili, tworząc jeden zsynchronizowany obraz. Oczekiwanie przeciąga się, aż w końcu częściowe zaciemnienie ustępuje jasności, aktorzy opuszczają platformę. Ukłony. Tak kończy się sztuka Szepty ziemi Studium Teatralnego w Warszawie wyreżyserowana przez Piotra Borowskiego.

Dopiero w tym miejscu dwie różne historie stają się przejrzyste i zahaczają o wyraźny wspólny punkt. 

Pierwsza to historia wizjonera Waldka (Waldemar Chachólski) oraz technika o imieniu Danny (Danny Kearns). Waldek od początku spektaklu sprawia wrażenie, jakby zamierzał występować sam – przechadza się po zupełnie pustej scenie, rozbiera i gimnastykuje, opowiadając przy tym o sondzie kosmicznej wysłanej w przestworza, by pochwalić się istotom pozaziemskim dorobkiem ludzkości. W przemyślanym monologu Waldek przyznaje się publiczności do tego, że jest humanistą – człowiekiem należącym do ginącego i bezradnego gatunku. Podkreśla, że tym, kim jest, stał się z wyboru i że się tego wstydzi. Przeplatając wypowiedź popularnymi żartami o humanistach, wykłada swoje doktryny. Waldek cały czas poszukuje tajemnicy, gdyż - jak twierdzi - nie ma nic gorszego, niż jej brak. Filozoficzne uniesienie Waldka przerywa pojawienie się Danny’ego – postaci, która bez przerwy się uśmiecha. Razem postanawiają opuścić Ziemię - miejsce, w którym niczego już nie warto odkrywać. Rozpoczynają przygotowania do budowy statku kosmicznego, wyznaczanie pasu startowego i ćwiczenia. A Danny cały czas się cieszy.

I tu zaczyna się kolejna historia.

Dwoje ludzi, kobieta (Magda Czarny) i mężczyzna (Michał Lorent). Stwarzają pozory pary wędrownych dzikusów – zaraz po wejściu na scenę szukają schronienia, polują na chleb, malują znaki na skórze i panicznie boją się obcych na swoim terenie. Potrafią jednak rozłożyć namiot, a jak się później okazuje, operują terminologią z zakresu fizyki i geologii. Są prymitywni, ale mądrzy – czy to oznacza, że wiedza nas nie uczłowiecza?

Rozbijają obóz i postanawiają „popatrzeć na gwiazdy” – w rzeczywistości oboje biegają w tę i we w tę, podobnie jak przedtem Waldek i Danny. Trudno było nie zwrócić uwagi na niebywałe możliwości fizyczne całej czwórki aktorów. Elementy gimnastyczne i akrobatyczne, a także cielesny charakter postaci wyraźnie nawiązywały do bogactwa ruchowego zaczerpniętego z metod Jerzego Grotowskiego. Nic dziwnego, wszak Piotr Borowski przez lata związany był z Ośrodkiem Jerzego Grotowskiego w Pontederze. Wykształceni mieszkańcy lasu w pewnym momencie wpadają na pomysł, na który każdy prędzej lub później wpada - aby przed śmiercią coś po sobie pozostawić. Tworzą rysunek, przedstawiający kobietę i mężczyznę z uniesioną ręką – ten sam, który znajdował się na pokładzie wcześniej wspomnianej przez Waldka sondy. W międzyczasie statek kosmiczny ulega awarii. Danny oraz Waldek na jakiś czas przerywają lot. Spotykają koczującą w lesie parę . Waldek przykłada swoją dłoń do dłoni mężczyzny na rysunku. Są identyczne. Zainteresowani rysunkiem, technik i humanista zabierają parę ze sobą. Danny dalej się cieszy.

Wchodzą na statek kosmiczny i opuszczają ziemię. Następuje załamanie. Waldka ogarnia melancholia. Młoda para chce wrócić, ale Waldek stanowczo odmawia – nie chce powrotu na Ziemię, bo tam „nic nie ma dla niego tajemnicy”. W swojej pogoni za tajemnicą i niemożliwą do spełnienia ideą bardzo przypomina bohaterów dramatów Witkacego – o niezrealizowanych ambicjach, poszukujących wielkości. Mówi, że Ziemi już nie ma. Wtedy powoli dociera do nas, że zarówno wielkie wizje Waldka, jak i wiedza oraz doświadczenie pary z lasu, poza naszą skromną planetą są nic niewarte. Na szczęście jest jeszcze optymizm Danny’ego, który bez przerwy wyznaje swoją akceptację wobec wszystkiego, co się dzieje, słowami: I accept it. Do you accept it?

W pewnym momencie jednak Danny nieruchomieje. Przestaje się cieszyć. Oznajmia, że to dla niego koniec wyprawy – dziękuje za „używanie jego życia” i mówi, że musi odejść. I znów poczucie, że to jest mało ludzkie, że radość nie jest ludzka. Że niewiele wiemy o wszechświecie i że być może nigdy nie dowiemy się więcej. Waldek jednak nie przerywa podróży. Czyżby to akceptował? Czy my akceptujemy?

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start