Wiatr w żaglach

Julia Hartwig i Krzysztof Myszkowski - spotkanie autorskie poetki w Bydgoszczy (2008) Julia Hartwig i Krzysztof Myszkowski - spotkanie autorskie poetki w Bydgoszczy (2008)

Z Krzysztofem Myszkowskim, pisarzem i redaktorem naczelnym „Kwartalnika Artystycznego”, rozmawia Michał Tabaczyński.


Pierwsze rzeczy najpierw. Proszę przypomnieć, jak było na początku, jak klarował się pomysł z pismem literackim?
To były czasy, początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy z Grzegorzem Musiałem i z Krzysztofem Solińskim rozmawialiśmy o tym, że w Bydgoszczy potrzebne jest pismo literackie na poziomie. Chcieliśmy stworzyć je przy Wydawnictwie „Pomorze”. Szefem oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich był Kazimierz Hoffman i on też to popierał. Jeszcze wcześniej, w stanie wojennym, z Grzegorzem mieliśmy taki pomysł, czy marzenia. Trudno powiedzieć, że była to jedna linia, bo w tej wspólnej koncepcji ja miałem swój plan, a on swój i w sumie…

Ścierały się ze sobą?
Nie, raczej uzupełniały. Tak więc Krzysztof Soliński, dyrektor „Pomorza”, miał być szefem tego pisma. Mieliśmy tytuł: „Volumen”. Zaczęliśmy chodzić po urzędach, próbując zdobyć wsparcie. W Bydgoszczy ogólnopolskie pismo literackie? – dziwiono się. Słuchano, kiwano głowami, ale to jednak było dla nich za bardzo abstrakcyjne. 
Sprawa wydawała się beznadziejna i wtedy pojawiła się pani Elżbieta Czerska. Przyjechała tu z Wrocławia i została dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego, wojewodą był wówczas Antoni Tokarczuk. Na fali przemian powstało pismo, które nazywało się „Obywatelski Tygodnik »Solidarności«”, ale to dla nas było za mało. I pani Czerska zaprosiła Grzegorza Musiała i mnie do siebie i zaproponowała: Panowie, może by stworzyć tu pismo, takie jak na przykład wrocławska „Odra”? Odpowiedzieliśmy, że mamy taki plan.

Pojawiła się szansa!
Tak. I wówczas na ruinach upadającego pisma „Kujawy i Pomorze” powstał „Kwartalnik Artystyczny”. Stąd ten podtytuł: Kujawy i Pomorze.
Pani Czerska była ciekawa, czy my potrafimy robić pismo literackie, bardzo jej na tym zależało. Bo to, że jesteście pisarzami – mówiła – niczego nie gwarantuje, literatura to praca w samotności, a tu trzeba osiągnąć szerokie porozumienie i w nim trwać.
Powstało więc pismo, redaktor naczelną została redaktor z „Kujaw i Pomorza” pani Krystyna Starczak-Kozłowska, która przyszła z grupą osób, a Grzegorz Musiał i ja byliśmy współpracownikami. Do redakcji weszliśmy od numeru 2/1994. To jednak nie mogło się udać, bo to był inny zakres, inny pułap.
Chciałem, żeby był Zespół i Redakcja, żeby istniało to razem i tak działało. Moim wzorem był „Tygodnik Powszechny” Jerzego Turowicza. Tam Zespół był ważny i wiadomo było, kto jest kim.

To był najważniejszy wzór? Były inne?
Tak. Ceniłem „Twórczość” Jarosława Iwaszkiewicza i oczywiście był Jerzy Giedroyc i jego „Kultura”.

Więc na początku wasze drogi się rozeszły.
Tematycznie był miszmasz, nie było spójności, wyrazistości, nie widziałem drogi. Powiedzieliśmy, że nas to nie interesuje, nie o takim piśmie myśleliśmy. Stąd w numerze 1/1994 Grzegorza Musiała i mnie nie ma. Wtedy wkroczyła pani Elżbieta Czerska i weszliśmy do redakcji.
Latem pojechałem do Krakowa i zrobiłem rozmowę z Czesławem Miłoszem, która rozwinęła się w dwie części: rozpoczęliśmy w patio kawiarni „U Literatów” na Kanoniczej, a kończyliśmy po kilku tygodniach w mieszkaniu Miłosza na Bogusławskiego.
Taki był początek z Miłoszem, z jego udziałem i wsparciem. W 1995 roku przyjechał na nasze zaproszenie do Bydgoszczy i do Torunia i potem już stale był i jest obecny w „Kwartalniku” – numer 2/2014 (82), który właśnie się ukazał, jest jemu poświęcony w 10. rocznicę śmierci.

Czyli Miłosz niejako ustawił rzeczywisty początek pisma, czy dobrze rozumiem?
Tak, poczuliśmy wiatr w żaglach. To się czuje. To jest tak jak w żegludze – gdy nie ma wiatru, to można tylko kręcić się w kółko, kombinować coś i czekać. A ja wiedziałem, że to już jest to. I musiała nastąpić taka sytuacja, jaka nastąpiła: najpierw podział redakcji, a następnie rozdział. Od stycznia 1995 roku przejąłem odpowiedzialność za „Kwartalnik”.

Ja to rozumiem, że Miłosz ustawia pewien poziom pisma, zawiesza poprzeczkę. Ale pytanie ważniejsze brzmi: jak ten poziom utrzymać?
Powiedziałem: wiatr w żagle. To się naprawdę czuje. Jest jakaś siła, która działa. Powstał Zespół, do którego weszli: Jan Błoński, Aleksander Fiut, Michał Głowiński, Julian Kornhauser, Janusz Kryszak, a niebawem dołączyli: Tomasz Burek, Stefan Chwin i Leszek Szaruga. Oczywiście służy się pismu, pracuje maksymalnie, ale nie wie się do końca, co tym kieruje, jaka siła. Trzeba pracować stale, to jest tak jak na żaglowcu, a wiem to, bo studiowałem nawigację i pływałem na „Darze Pomorza”.

Nie można wypuścić liny z rąk.
No właśnie, bo ciągle jest się pod presją, ciągle są jakieś zadania do wykonania. Osiągając wysoki pułap, trzeba go utrzymać. Dla mnie było oczywiste, że Miłosz jest najważniejszy. On wyznaczał hierarchię, wiadomo, że bez hierarchii w literaturze nie ma nic. Chcę, żeby to było jasne. Najpierw jest wizja, czyli fundament, a później praca, ale ponad tym jest jeszcze jakaś siła, która działa, coś metafizycznego.
Trudno to wytłumaczyć, ale może opowiem, jak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Czesławem Miłoszem. Było lato 1994 roku. Miłosz dawał wykład w Collegium Wróblewskiego. Przepełniona amfiteatralna sala, gorąco, duszno, ktoś zemdlał. Miłosz najpierw czytał wiersze, później wygłosił odczyt, a potem otoczył go tłum z książkami. Stanąłem kilka metrów z boku i patrzę na niego. W pewnym momencie Olek Fiut nachylił się i powiedział mu, że jestem. I Miłosz spojrzał na mnie bardzo uważnie, tak przenikliwie i prześwietlająco i wiedziałem, że wszystko już się zdecydowało. To są rzeczy intuicyjne i inicjacyjne. Coś się wydarza i potem toczy się dalej albo nie. Miłosz czytał moje książki, korespondowaliśmy ze sobą, ale pierwsze spotkanie jest ważne.
To są meandry literatury. Jak mówił Gombrowicz, literatura to dama surowych obyczajów i nie można podszczypywać jej po kątach. Ile może człowiekowi dać, jak wielkie skarby, ale też może człowieka zniszczyć, do szczętu. Jest pogorzeliskiem różnych marzeń, ambicji, mrzonek i kompleksów.

O, skoro już pan tak mówi, zresztą bardzo ładnie, o tym niszczącym aspekcie literatury, to może zapytam: czy panu coś zabrał „Kwartalnik”?
To osobny temat – oczywiście, że tak. Praca w piśmie literackim to jest sankcja i presja. Zmusza do wysiłku, ale i motywuje, bo potrzebna jest energia i zapał. To wszystko dzieje się w moim przypadku, bo o to pan pyta, kosztem prozy. Nie mogę od wielu lat skończyć powieści, chociaż mam ją już ułożoną. Proza wymaga wyłączności, ciągłości. A i pismo wymaga prawie nieustannej uwagi, pełnej dyspozycyjności. To jest motyw conradowski – sytuacja kapitana na statku. On odpowiada za statek, za ludzi, za wszystko. Nie można powiedzieć: dajcie mi święty spokój, zamykam się w kajucie na miesiąc, czy na kwartał i będę pisał powieść. Nie, bo jest odpowiedzialność. Ale proszę nie rozumieć tego jako żalu, tak miało być. Praca w piśmie literackim daje poczucie wspólnoty, a ta wspólna obecność niesamowicie nakręca. Ta moc może kiedyś osłabnie, ale jestem spokojny – Thorna na pewno skończę.
Pismo stwarza problemy i napięcia, to jasne. Ale chcieć prowadzić pismo literackie i nie mieć problemów, to tak jakby wyjść na deszcz i wrócić suchym. To jest niemożliwe.

Myśli pan, że „Kwartalnik Artystyczny” jest takim śladem tej dobrej przeszłości polskiej kultury? Czy tak go pan programuje? I co sądzi pan o naszej współczesności?
Przeszłość? Na przykład lata siedemdziesiąte – była wtedy krytyka literacka, istniały tygodniki literackie, pisma dla młodych autorów, w literaturze polskiej był cały legion wybitnych pisarzy. Obecnie właściwie nie ma życia literackiego. Ludzie mało czytają, nie ma wielu pism literackich. To stanowi bezpośrednie tło istnienia „Kwartalnika”. Bo ta wspaniała plejada autorów: Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska, Julia Hartwig, Ryszard Krynicki, Gustaw Herling-Grudziński, ks. Jan Twardowski, Michał Głowiński, Jan Błoński, Stefan Chwin, Antoni Libera, Janusz Szuber, długo by można wymieniać, a do tego najzdolniejsi młodzi – stanowią wielką siłę. Atakowano „Kwartalnik”, że nie drukuje młodych, jakby wszystko można było zmieścić na stu kilkudziesięciu stronach raz na kwartał.

To ciekawe, bo ja też miałem takie złudzenie, że „Kwartalnik” nie drukuje młodych. Ale gdy przejrzeć pismo numer po numerze, to widać, że drukowaliście państwo Różyckiego przed debiutem książkowym, Dehnela przed debiutem książkowym.
Jolantę Stefko, Krystynę Dąbrowską, Krzysztofa Siwczyka i wielu innych. Naprawdę trudno tłumaczyć, że się nie jest wielbłądem. Ale to, co pan mówi, słusznie – jest tam wiele różnych nazwisk. Ostatnio choćby Piotr Sobolczyk, ciekawa postać, jest kilku zdolnych krytyków. Ogłosiliśmy konkurs poetycki dla autorów przed trzydziestym rokiem życia – może znajdzie się ktoś interesujący. To samo zresztą dotyczy zarzutu, że „Kwartalnik” nie promuje pisarzy bydgoskich lub toruńskich. Nie na tym to polega, żeby promować jakieś grupy. Na początku – mówiliśmy o tym – jest wizja, a potem jej konsekwentna realizacja. A to oznacza budowanie. I nie można pozwolić na to, by ktoś to przebudowywał, bo raz ma taki ma projekt, a raz inny, chociaż sam nie bardzo wie, czego chce.
Przede wszystkim nie wolno dopuścić do obniżenia poziomu, bo wtedy pismo zaczyna marnieć. Cały czas jesteśmy obserwowani i oceniani, co roku przystępujemy do ministerialnych konkursów i nie tylko ministerialnych. To nie jest kwestia personalna, tylko sprawa profesjonalizmu.

Zauważam, że nie wspomniał pan o Różewiczu. To też wielkie nazwisko „Kwartalnika”. Mówił pan o wszystkich wielkich pisarzach, a Różewicz się gdzieś schował, bo on chyba jest taki.
Tak, Tadeusz Różewicz to jest rogata dusza. Mam z nim coraz lepszy kontakt, co obrazują nasze rozmowy, które były drukowane w „Kwartalniku”. Ta wspaniała różnorodność, ta skala: Miłosz i Różewicz, Szymborska i Hartwig, Herbert i Krynicki, Twardowski i Lem, Błoński i Głowiński, Chwin i Szaruga, Libera i Kędzierski to wielkie bogactwo polskiej literatury. Różewicz jest obecny w „Kwartalniku” już tyle lat. Pisze teraz dla nas esej o uśmiechach starych ludzi, ciągle coś jeszcze zmienia, poprawia. Czekam na ten tekst z wielkim zainteresowaniem. Jeśli miałbym powiedzieć o najważniejszym jego tekście w „Kwartalniku”, to oprócz wierszy wymieniłbym te niezwykłe zapisy o Norwidzie, nad którymi pracował wiele lat.

Z czego jest pan zadowolony najbardziej? Jest pan zadowolony ze swojej pracy w piśmie? Dwudziesta rocznica to dobry czas na tego typu podsumowania.
Najkrytyczniej myślę o tym, co sam piszę. Zawsze podoba mi się to najmniej. I wtedy szukam wyjścia. To jest linia, czy praktyka Beckettowska. Samozadowolenia nie znam. To samo dotyczy pracy nad pismem. W tym też daleki jestem od zadowolenia. Bo wiedząc, czym jest „Kwartalnik”, jaka jest jego pozycja i ranga, widzę, że mógłby być jeszcze lepszy i wiem, w których miejscach, widzę to od środka. Wiele rzeczy z przeszłości bym zmienił. Ale to wiem teraz, z moim dzisiejszym doświadczeniem. Na tym polega droga: są nowe wydarzenia i wyzwania, zmiany, przemiany i rozwój. I zawsze na jak największych wysokościach.

Jak pan widzi przyszłość „Kwartalnika”? Kogo za, powiedzmy, lat dziesięć będzie drukował?
Nie wiem. To tak, jakby mnie pan zapytał w roku 1994, jak będzie wyglądał „Kwartalnik”, powiedzmy, w roku 2014. Wszystko się zmienia. Opustoszał Kraków, do którego jeździłem z wypełnionym kalendarzem spotkań. Co to była za Arkadia!
Praca, rozwój, przemiany ku lepszemu to największe błogosławieństwo, jakie może być. Wiem, że dojdę do punktu, do którego mam dojść. Na kompromisy w sztuce – zaznaczam: w sztuce, bo w życiu czasem tak – nie wolno iść. Trzeba zawsze mierzyć wysoko, jak najwyżej. Bez tego jest tylko zabawa i zawracanie głowy. Chodzi o budowanie dobra, całej strefy dobra, o to chodzi przede wszystkim. Nie warto udawać, zabiegać o coś, co jest na krótką metę. Po co? Warto poważnie pracować.
A jeżeli pyta pan o przyszłość „Kwartalnika”, to Miłosz na pięciolecie życzył nam jeszcze pięćdziesięciu lat istnienia. Ja sądzę, że pismo powinno istnieć tak długo, jak będzie w nim ten dobry duch, to natchnienie. To przychodzi z zewnątrz, to jest dar i trzeba ze wszystkich sił temu służyć. Jeżeli przestanie działać, to będzie koniec. To tak jak z życiem. I nic na to się nie poradzi. Oczywiście jest to sprzężone z tym, co dzieje się we współczesnej literaturze polskiej, której od dwudziestu lat jesteśmy integralną częścią. A literatura polska to mimo wszystko jest wielka moc.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p