Daleko do raju

Komuna//Warszawa, "Terry Pratchett. Nauki społeczne" Komuna//Warszawa, "Terry Pratchett. Nauki społeczne" Fot. Dariusz Gackowski

Ostatni weekend maja 2014 roku upłynął w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy pod znakiem teatru. Ale nie tego instytucjonalnego. Przeciwnie – offowego, alternatywnego. Stało się tak za sprawą czwartej edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego INNE SYTUACJE. – Jak było? – zapytacie. Różnie…

 

Tegoroczną edycję Innych Sytuacji otworzył spektakl Szepty Ziemi warszawskiego Studium Teatralnego w reż. Piotra Borowskiego. Była to chyba najsłabsza pozycja festiwalu. Punktem wyjścia była historia dwóch sond, które w roku 1977 w ramach programu Voyager zostały wysłane w kosmos, by służyć informacjami o Ziemi i jej mieszkańcach potencjalnym, obcym, inteligentnym formom życia, które mogłyby zamieszkiwać kosmos. Każda z nich posiadała pozłacane dyski – Voyager Golden Records, na których zapisane zostały najważniejsze (zdaniem pomysłodawców ekspedycji) informacje o naszej planecie. Były tam więc zdjęcia (również rentgenowskie), projekty architektoniczne oraz dźwięki – muzyka Wschodu i Zachodu, krótkie powitania nagrane w kilku językach, odgłosy narzędzi, pocałunku, płacz dziecka, a także śpiew wielorybów. Opowiada nam o tym wszystkim Humanista, który pojawia się na scenie. Opowiada też o sobie. Z każdym kolejnym zdaniem jego entuzjazm i pewność siebie nikną, ustępując miejsca niepewności, czy wręcz wstydowi. Humanista wstydzi się swojego humanizmu, wstydzi się marzeń, tego, że niczego namacalnego nie stworzył. Jego przeciwieństwem jest, pojawiający się w dziesiątej minucie spektaklu, Technik, który pomoże mu zrealizować największe z marzeń – pomoże mu wyruszyć w kosmos. Bez Technika nigdy by się to nie udało. Tylko Technik może zbudować rakietę. Nagle przeskok – Humanista i Technik znikają z pustej sceny. Zastępują ich Kobieta i Mężczyzna, którzy niczym ludzie pierwotni budują obozowisko, zdobywają pożywienie, próbują tworzyć pierwotne obrazy i pieśni, ale nie bardzo wiedzą, czym one są. Losy obu par przenikają się przez cały spektakl, pozornie niezwiązane ze sobą, by w finale połączyć się, kiedy to przesiąknięty już techniką i brakiem marzeń Humanista odkrywa Kobietę i Mężczyznę gdzieś w kosmosie, by nieść im Oświecenie, Technikę, Naukę, Zagładę.

Szepty Ziemi nie przekonały mnie ocierając się co chwilę o banał. Po wyjściu ze spektaklu byłem mocno rozczarowany. Kolejne dni podziałały jednak na korzyść bydgoskiej prapremiery Studium Teatralnego, ale tylko w kwestii przekazu (więcej na temat treści możecie przeczytać w recenzji powstałej podczas warsztatów krytyki teatralnej, które prowadził Paweł Sztarbowski). Owszem – spektakl był banalny, ale przez ten banał Piotr Borowski starał się powiedzieć coś ważnego, o czym zdajemy się zapominać. Niestety zawiodła forma. Spektakl był rażąco wręcz nierówny, dominowały dłużyzny i monotonia (szczególnie w drugiej części przedstawienia), przekaz był zbyt dosłowny oraz zdecydowanie przewidywalny, szczególnie w kwestii żartów, które ewidentnie zostały tu wplecione na siłę, co trochę w oczy kuło. Biorę jednak poprawkę na to, że była to prapremiera, więc to, co widziałem na scenie było surowe i być może do dopracowania. Czy się to uda – czas pokaże. Jedno jest pewne – w Szeptach Ziemi główny nacisk położono na słowo, na rozbudowaną, oczywistą treść i tym spektakl ów zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych festiwalowych pozycji.

Drugiego dnia na scenie zobaczyliśmy Irinę Andreevnę w monodramie Dybuk. Tu treści nie było w ogóle. Tu dominował ruch, taniec, fizyczność, pantomima i teatr butoh. Tu dominowała forma. Spektakl swą konstrukcją przypominał film Holy Motors Leosa Caraxa. Był ciągiem niezwiązanych ze sobą historii, scen, w które wcielała się Andreevna. Spotkałem się z określeniem, że Dybuk był największą porażką tegorocznych Innych Sytuacji. Nie zgadzam się z tym. Owszem – treść nie powalała, jednak forma, plastyka tego, co działo się na scenie i sprawność aktorki zdecydowanie rekompensowały tę stratę. Może ja po prostu lubię takie klimaty?

Trzeciego dnia na scenę (po raz pierwszy w tym roku) wkroczyła Komuna//Warszawa ze spektaklem Terry Pratchett. Nauki społeczne. Wkroczyła i mnie zmiotła. Ten spektakl powalał tak formą, jak i treścią. Pratchetta za dużo w tym nie było, raczej pojedyncze cytaty wyciągnięte z jego powieści, szczególnie ze Straży nocnej. To jednak wystarczyło, by przekaz był jasny, byśmy wszyscy doświadczyli, że cały świat, a w nim my, nieustannie kręci się w kółko, nie dając nam zbyt wielu szans na zmianę. Muszę przyznać, że przez kilka dni po spektaklu czułem się kompletnie wyzuty z nadziei, a w głowie kołatało mi się tylko jedno zdanie: „Mogło być gorzej / Lepiej nie będzie / Wczoraj było podobnie / Jutro będzie tak samo” – przyznacie sami, że niezbyt to optymistyczne. Dodajcie do tego dużo fizycznego teatru, pozbawione emocji postaci, masę pętli słownych i dźwiękowych, niezwykle skupionych bohaterów głównych i nieco oderwanych od reszty narratorów oraz demonicznie poważną panią, która oddziela poszczególne sceny bardzo niekonwencjonalnymi ariami operowymi i – jak dla mnie – macie przepis na udane przedstawienie offowe. Nawet pisząc te słowa (trzy tygodnie po festiwalu) wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, czego doświadczyłem ze strony Komuny//Warszawa. Zostałem w ich Nauki społeczne wessany, przemielony i wypluty bez szans na lepsze jutro. Mocna rzecz!

Dzień czwarty pozwolił nieco odpocząć. Na scenie pojawiła się bowiem polska Grupa Coincidentia do spółki z niemieckim Figurentheater Vilde & Vogel z lalkowym spektaklem Krabat na podstawie tekstu Otfrieda Preusslera, którego inspiracją była serbska baśń z XVII wieku. Co ciekawe, spektakl ów zgromadził najliczniejszą publiczność, którą szczęśliwie dość szybko udało się jakoś w emcekowej sali pomieścić. W warstwie treściowej – bajka. Czy raczej baśń o osieroconym chłopcu, który w czasie wojny północnej (1700-1721) trafia do młyna, będącego jednocześnie szkołą czarnej magii. Nasz młynarczyk od swego Mistrza uczy się fachu młynarza i czarnoksiężnika. Uczy się służyć śmierci i jest w tym coraz lepszy. Wkrótce jednak odkrywa straszliwą prawdę o tajemniczym znikaniu swoich współtowarzyszy (zawsze jest ich jedenastu), buntuje się i dzięki Miłości zwycięża Śmierć. To tak pokrótce, bo treść niezbyt oryginalna. W przeciwieństwie do formy. To, co aktorzy robili z najróżniejszymi lalkami przechodziło granice wyobraźni. Kiedy grali bez lalek byli znakomici, gdy na scenę wkraczali mniejsi (a czasem też więksi) bohaterowie przechodzili samych siebie. Oglądało się to od początku do końca z otwartymi – za przeproszeniem – gębami, pod wrażeniem kunsztu lalkarzy, a także Charlotte Wilde stojącej na niewielkiej scenie tuż za nimi i generującej genialne dźwięki na żywo przy pomocy elektrycznych skrzypiec, komputera, loopera, kartki papieru, mikrofonów i całej masy przesterów. No, mówię Wam – prawdziwa magia.

Tegoroczne Inne Sytuacje zakończył drugi już spektakl Komuny//Warszawa, tym razem był to remiks, a właściwie to Paradise now? RE//MIX Living Theatre. Było to oczywiste nawiązanie do rewolucji teatralnej, jaką rozpętał legendarny Living Theatre swoim Paradise Now. Przedstawienie zaczyna się od fragmentów filmu dokumentalnego – wywiadu z Tomem Walkerem o oryginalnym Paradise Now przerywanym fragmentami „spektaklu” Living Theatre z 1968 roku. Po nim na ekranie pojawia się wywiad z Judith Maliną – założycielką teatru. A później mamy remiks w wykonaniu Komuny//Warszawa. Podobnie jak w przypadku Pratchetta, tak i teraz nie ma tu dosłownych odniesień, a jedynie wariacje na temat tego, co pozostało z rewolucji teatralnej lat 70., na temat szans na stworzenie raju tu i teraz. Widownię od aktorów oddziela płócienny ekran – znakomicie zresztą wykorzystany. Przez sporą część przedstawienia dominują litery układane z ciał aktorów, rzucane z projektora na ten przedni (oddzielający) ekran, układające się w słowa „RAJ TERAZ”. Co pewien czas przed tym ekranem pojawia się również poważny pan wyliczający procentowe i logiczne szanse na stworzenie owego raju. Jak się pewnie domyślacie, są one marne. Tak jak marną stała się alternatywa w teatrze – wciąż walcząca, jednak niemająca szans z kapitalistycznym przeciwnikiem. Mamy więc znów spektakl o nadziei, czy raczej jej braku, spektakl o tym, że świat pędzi przed siebie na oślep, nie oszczędzając tych, którzy nie nadążają. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że całe tegoroczne Inne Sytuacje były właśnie o tym. Dały do myślenia, choć pozostawiły pewien niedosyt.

Kończąc wątek spektakli pragnę nadmienić, że poza pierwszym z nich, wszystkie miały jeszcze jedną wspólną cechę – znakomite opracowanie muzyczne. O ile w Dybuku muzyka puszczana była jeszcze z offu (swoją drogą – świetna muzyka), o tyle w trzech pozostałych dźwięki generowane były na scenie na żywo, dzięki czemu stawały się one wręcz osobnym, równoprawnym aktorem, nierzadko nadającym ton gry pozostałym. Niby nic nowego, ale wciąż cieszy, powala, czaruje. Mnie się podobało.

Podobały mi się również warsztaty krytyki teatralnej z Pawłem Sztarbowskim odbywające się w ramach festiwalu. Trochę rozczarowali studenci, którzy po pierwszych, krytycznych uwagach ze strony pozostałych uczestników warsztatów nie podjęli już rękawicy i nie pojawili się w kolejnych dniach, na szczęście wiarę w młodych krytyków przywrócili licealiści (!), którzy niezrażeni krytyką brnęli coraz dalej, by pisać coraz lepiej. Przyznam, że dawno nie spotkałem tak otwartych głów, tak kreatywnych młodych ludzi, którzy wciąż chcą się rozwijać – mam nadzieję, że ta chęć nie przejdzie im na studiach.

Festiwalowi towarzyszyły również warsztaty z biomechaniki, które w Ostromecku przez tydzień prowadził Gennadiy Bogdanov. Jak dla mnie to za wysokie progi, ale nie bójcie się, udało mi się uzyskać relację od jednej z uczestniczek.
– Dużo ciężkiej pracy nad podstawami ruchu i koncentracji w teatrze, żadnych artystycznych odlotów! – tak wspomina je zmęczona, ale szczęśliwa Ewa Piątek. – Takie przypomnienie o sensie treningu, bo to on sprawia, że ciało nie przeszkadza w realizacji zadań. Na warsztatach wykańczaliśmy ćwiczeniami swoje nogi. Były nawet ćwiczenia ze skakankami, których nie robiłam od podstawówki, oczywiście w wersjach wysublimowanych. Uczyliśmy się dokładności, świadomości poszczególnych faz ruchu. Trenowaliśmy z kijkami i piłkami (największą radochę miał chyba żongler, który znalazł się w ekipie warsztatowej), doskonaląc koncentrację, balans, czucie przedmiotów, czucie przestrzeni i ruchu, który w niej wykonujemy. To była niezapomniana lekcja precyzji!

I tyle. Kolejne Inne Sytuacje już za rok.

Działy:

Powiązane artykuły (wg działów)