Zugzwang (17): Marta

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Minęło już tyle lat. Minęło już tyle lat. Otóż pamiętam, że w dzieciństwie byłem dość chorowitym chłopcem, pewnie jednym z tych, którego nieraz od zguby uratowały antybiotyki. Konsekwencją częstych chorób było to, że zamiast uczciwie chodzić do przedszkola, dużo czasu spędzałem z opiekunką, panią Martą. Kobieta ta żyła bardzo biednie i w pewnym sensie nie miała wyboru: żeby mieć na chleb musiała zaakceptować niegrzecznego chłopaka, jakim w owym czasie niewątpliwie byłem. Za naszą współpracą przemawiało również to, że mieszkaliśmy po sąsiedzku na bydgoskim Górzyskowie. W czasach, w których telefon był luksusem, sąsiedzkie układy często miały decydujące znaczenie. 

 

Niektórzy nie wierzyli, że ta prawie osiemdziesięcioletnia już pani tak dobrze ze wszystkim dawała sobie radę. Pamiętam, że „Dziennik Wieczorny” czytała bez okularów, a jej świetny stan oczu bardzo smutno kontrastował z moim: w wieku trzech lat wykryto u mnie poważną wadę wzroku i choć początkowo wstydziłem się okularów i starałem się je ukryć (jedną parę schowałem w odkurzaczu i zanim matka ją odnalazła miałem na kilka dni z brylami święty spokój), to jednak nieustępliwe panie (matka i Marta) szybko nauczyły mnie moresu.

Pamięć też miała niezwykłą. Pamiętam, jak opowiadała mi o wielkiej inflacji, która na początku lat dwudziestych zeszłego stulecia doprowadziła jej rodzinę na krawędź przepaści. Nawet po latach bolała nad złą decyzją, którą w tamtych czasach powzięła jej matka, sprzedając dobrze prosperujące gospodarstwo pod Bydgoszczą; wszakże pieniądze szybko wówczas traciły na wartości.

Marta, niezwykle dobra i życzliwa innym kobieta, przyzwyczajona była do biedy. Jej mąż zaginął w wojennej zawierusze 1939 roku, a ona i jej bodajże pięcioro dzieci pozostały bez środków do życia. Mówiła mi nieraz, że okruszek chleba w jej domu nie miał się prawa zmarnować. Pamiętam, jak patrzyła na mnie z wyrzutem, gdy wybrzydzałem. Matka co rusz podsuwała mi nowe potrawy, czekając na moją akceptację. A kiedyś, gdy zdarzyło mi się nawet w odruchu buntu zrzucić na ziemię pajdę chleba, otrzymałem od niej natychmiastowe kazanie, którego przekaz był jasny: Jezus Chrystus dzielił się chlebem z ludźmi. Jedzenie było darem Boga. Nic się nie mogło zmarnować. Uważała, że tylko zły człowiek albo po prostu zwyczajny głupol mógł postępować tak nierozważnie.

Słowa są ważne, ale czyny ważniejsze. Powiedziałem kiedyś Marcie, że chleb który mi serwowała, był nieświeży. Marta jednak swoje wiedziała. Próbowała udowodnić, że jestem smarkacz i na pewno się mylę. Węch niekoniecznie miała już znakomity; zjadła pajdę, co skończyło się dla niej bardzo przykrymi konsekwencjami żołądkowymi, a później dowiedziałem się nawet po sąsiedzku, że wezwano do niej karetkę.

W tamtym czasie, tj. w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, niewiele jeszcze rozumiałem z otaczającego mnie świata. Później dopiero dowiedziałem się, że ta waleczna starowinka w ciemnych czasach okupacji hitlerowskiej podpisała Volkslistę. Powiedziała mi kiedyś szczerze, że powodem tej decyzji była tylko i wyłącznie wszechogarniająca bieda. Kobieta nie myślała przecież o sobie; jej dzieci nie miały nic do jedzenia. Nie myślała wtedy o tym, że podpisanie jakiegoś świstka może być uznane za zdradę. Przecież jej mąż przelewał za ojczyznę krew. Większość sąsiadów też podpisała. Wspominała, że dzięki Volksliście zaczęła dostawać więcej kartek żywnościowych. Dzieci nie były już tak bardzo głodne jak wcześniej. W tym też czasie, zapewne gdzieś w roku 1943, organizacja Rote Kreutz też nie miała dla niej dobrych wieści. Mąż Marty – dotąd zaginiony – miał według relacji świadków zginąć w trakcie jednej z potyczek stoczonych przez Wojsko Polskie w trakcie bitwy nad Bzurą w połowie września 1939 roku; rzekomo został rozerwany na skutek wybuchu bomby lotniczej.

Za każdym razem, gdy słyszę tych, którzy dokładnie wiedzą, kto w tamtych czasach był zdrajcą, a kto bohaterem, komu należy postawić pomnik, a kogo pośmiertnie zniszczyć, ba – wyczuwają ich na odległość – przypomina mi się Marta. A mój znajomy, gdy usłyszał jej historię powiedział mi kiedyś: ja Bartku nie wiem, co bym w tamtych czasach zrobił, ale gdyby moja rodzina była zagrożona pewnie podpisałbym.

Ta łatwo być bohaterem siedząc wygodnie w fotelu z pilotem w ręku. Tak łatwo nim być.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Czerwiec 2014 Zugzwang (17): Marta