Morbid Angel. Powrót do nieznanej przeszłości

Tomasz Kaźmierski Tomasz Kaźmierski

Udało mi się ostatnio uzmysłowić sobie, że znalazłem się w ciekawej sytuacji. Jak już kiedyś wspominałem, w młodzieńczych latach słuchałem sporo metalu. Pamiętam, wtedy sądziłem, że na sto procent będę tylko tego typu muzyki słuchał do końca życia. Choć siłę, witalność, energię dobrego death metalu doceniam do dziś, to jednak pojawiły się dźwięki, które wyssały mnie z metalowej zbroi. Najpierw grunge, później elektronika, fusion czy free jazz i wszelkie jego mutacje. Klub Mózg też zrobił swoje. Jednak nawet dziś, gdy mam chwilę, sięgam po stare płyty, rozkręcam sprzęt i sycę się dobrym death czy nawet grind. 

Co ciekawe, moje wyjście z metalu było dość szybkie, tzn. znam twórczość pewnych zespołów do danej płyty i już nic później. Tak też było, z jednym (możecie się ze mną spierać lub nie) z najważniejszych zespołów deathmetalowych – Morbid Angel. Miliony sprzedanych płyt, miliony fanów, jak na niszę to robi wrażenie. Zresztą, co do jakości oferowanej muzyki, krytyka raczej zgadzała się z publicznością, gdyż jedni i drudzy oceniali twórczość Morbidów wysoko. Mnie udało się poznać bardzo dobrze dwie płyty: Altars of Mandess i Blessed are the Sick. Do zeszłego miesiąca nie słyszałem późniejszych dwóch płyt nagranych w oryginalnym składzie. Stwierdziłem, że mogę się pokusić o ciekawy eksperyment. Posłuchać dwóch kolejnych albumów nagranych do 1995 roku. Chodzi o płyty Covenant i Domination (Abominations of Desolation nie tykam, bo to nagrano przed oficjalnym debiutem, a wydano później). Morbid Angel był jeszcze wtedy na fali, płyty miały świetne recenzje, a grupa koncertowała na całym świecie, zresztą, podczas promocji albumu Blessed are the Sick, też udało mi się być na ich koncercie w Poznaniu, przybiłem nawet piątkę z perkusistą Petem Sandovalem.

Podejście do tych dwóch płyt wydanych około 20 lat temu miało jeden ważny aspekt, nie mam do nich stosunku sentymentalnego. Nie kojarzę ich z ludźmi, miejscami, beztroską szczyla, moim starym magnetofonem i pokojem z plakatami. Mogłem więc „na czysto”, po przesłuchaniu w życiu kilku płyt, odpalić to i chłonąć jak nowość. Covenant pojawił się w 1993 roku i czuć, że to następca Blessed are the Sick, na którym zespół znacznie zwolnił i bardzo postarał się w studiu.

Myślałem, że to wszystko pójdzie w jeszcze bardziej techniczne i połamane granie, dotykając mathmetalu, ale nie, jest moc, mrok, a zarazem bardzo bogate od strony rytmicznej kompozycje. No i to brzmienie: niby mocne, a jednak niejazgotliwe i nieprzytłaczające. Najbardziej podoba mi się chyba utwór: God of Emptiness, a w Pain Divine jest nawet echo Altars of Madness. Kolejny album to Domination. Co za brzmienie! Jeszcze potężniejsze! Znów zabawa tempem, ciekawe podziały, mocny growl Vincenta. Słychać, że zespół mimo określonej i rządzącej się swoimi prawami stylistyki, jest twórczy i się rozwija. Nadal mocno i nadal inteligentnie, choć podobno po wydaniu tego albumu doszło w zespole do konfliktu na tle artystycznym i wszystko zaczęło się psuć. Najlepsza kompozycja? Na pewno: Caesar’s Palace.

Powrót do nieznanej dla mnie przeszłości Morbid Angel był ciekawym doświadczeniem, jednak sentyment robi swoje i zapewne Altars of Madness i Blessed are the Sick zostaną moimi ulubionymi albumami, gdyż wsiąkły we mnie w odpowiednim momencie. Życzę zatem miłych powrotów do muzyki sprzed lat, szczególnie, że zbliżają się wakacje, a to dobry ku temu czas.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Czerwiec 2014 Morbid Angel. Powrót do nieznanej przeszłości