Banał?

Studium Teatralne Warszawa, "Szepty ziemi" Studium Teatralne Warszawa, "Szepty ziemi" Fot. Dariusz Gackowski

Waldek jest Humanistą. Takim typowym… Dla naszych czasów. Współczesnym. Wpada na pustą scenę roztargniony, w mocno już wysłużonym garniturze. Chaotycznie, nerwowo gestykulując opowiada nam o sobie (i o nas samych), o swych (naszych) potrzebach, pragnieniach, marzeniach. O potrzebie odkrywania kolejnych tajemnic, w tym tej – dla niego – największej. Kosmosu. Opowiada o sondzie, w której w 1977 roku wystrzelono nagrania różnych języków ziemskich (w tym wielorybiego) z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z istotami pozaziemskimi, o programie Voyager Golden Records. Opowiada z pasją, ale i poczuciem winy. Przeprasza za swój humanizm, wstydzi się siebie, jako członka społeczeństwa, wstydzi się, że marzył, zamiast przyczyniać się do rozwoju Technologii. Pragnie zapłacić za dary i bogactwa, które wyprodukowało tysiącletnie dziedzictwo. Nade wszystko pragnie jednak polecieć w Kosmos. Obnaża się – dosłownie i w przenośni, bowiem w ciągu piętnastominutowego monologu, który rozpoczyna spektakl, niemal w całości pozbywa się swojego ubrania. Zostaje tylko w bieliźnie.

Nagle, nie wiadomo skąd, na scenie pojawia się Danny. Danny jest przeciwieństwem Waldka. Danny jest Technikiem. Dla niego nie są ważne marzenia, ludzkość jako taka. Dla niego najważniejsze są liczby, matematyka, bo to ona jest głównym motorem napędowym Technologii. Danny to akceptuje, czy i ty akceptujesz?

Waldek i Danny znają się nie od dziś. Rozmawiają ze sobą swobodnie po polsku i angielsku (aktor grający Danny'ego jest Brytyjczykiem). Rozmawiają pozornie, jak równy z równym, ale to Danny nadaje ton tej dyskusji. Nie bez powodu – to on pomoże zbudować rakietę, dzięki której Waldek spełni swoje największe marzenie. Spektakl nabiera tempa, tak jak nieustannie przyspiesza świat, w którym przyszło nam żyć.

Nagle nasi bohaterowie znikają, zastępuje ich zupełnie inna para. Kobieta i Mężczyzna pragnący zacząć żyć od nowa, zresetować przeszłość, powrócić do stanu pierwotnego. Rozbijają obóz. Niewiele im potrzeba: suche, gładkie podłoże; prowizoryczny, zbudowany naprędce dach nad głową; rozgwieżdżone niebo… I woda. Tak woda – bez niej nie da się żyć. Ale ona sama pozwoli im przetrwać tylko przez jakiś czas. Wypadałoby wyhodować lub upolować coś do jedzenia. Hodowla odpada – brakuje im wiedzy. Pozostaje polowanie (przecież to takie naturalne), ale to dopiero jutro, dziś już jest późno, dziś trzeba się wyspać. Rano mężczyzna wyrusza do lasu. Wraca z łupem – upolował chleb. Nie wie jak go nazwać. Nadaje mu własną nazwę w pradawnym języku – nazwę niewiele różniącą się od tej, którą znamy. Nie wie, czym dokładnie jest ale wie, że zjedzenie go pomoże mu przeżyć. Kobieta nie chce w tym uczestniczyć – przecież to kiedyś żyło, dlaczego Mężczyzna to zabił? W końcu jednak głód wygrywa z poszanowaniem dla innych „istot”. Oboje zjadają łup. Idą spać.

Na scenę wracają Danny i Waldek. Ten pierwszy ma na sobie roboczy kombinezon, drugi wciąż paraduje przed nami w samej bieliźnie. Zaczynają testy rakiety zbudowanej przez Danny’ego. Waldek wciąż opowiada o swoich marzeniach, widać jednak niegasnący podziw dla Danny’ego, uzależnienie od Technika i jego Technologii. Są już coraz bliżej celu. Waldek wie, że on – Humanista – jest gatunkiem niemal wymarłym. Wie, że za chwilę zniknie z powierzchni ziemi, niczym tygrys tasmański.
Kobieta i Mężczyzna, mimo pierwotnych pragnień, zaczynają odczuwać potrzebę rozwoju. Pragną coś namalować, ale nie wiedzą, jak. Chcieliby stworzyć coś trwałego, jak pieśń, ale nie wiedzą, czym ona jest. Chcieliby pójść o krok dalej, ale się boją, nie do końca mając świadomość czego i dlaczego. Gdzieś głęboko pod skórą czują, że ten rozwój zwróci się przeciw nim, nie wiedzą jednak jak interpretować te przeczucia.

Waldek i Danny w końcu dopinają swego. Wyruszają rakietą Technika w nieznane. Waldek – wciąż jeszcze Humanista – jako pierwszy stawia stopę na obcej ziemi. Spotyka Kobietę i Mężczyznę, wywołując w nich przerażenie. Próbuje ich oswoić, pokazuje im książki, neguje pierwotny styl życia, zachęca do rozwoju. Nie interesują go ich zwyczaje i obyczaje. Interesuje go szerzenie wiedzy, przekazanie instrukcji rozwoju. Humanizm Waldka ustępuje miejsca Technologii. Mężczyzna jest wciąż nieufny, ale Kobieta chwyta za książkę, którą dostała od przybysza. Coś się w niej zmienia. Prostota zaczyna ją uwierać. Brakuje jej nowości, rozwiewania kolejnych, pierwotnych tajemnic. Rodzi się w niej potrzeba eksploracji, zdobywania nowych terenów. Mężczyzna wciąż niechętny podąża jednak za nią, oboje zaś ślepo podążają za tymi, którzy ich „oświecili”, którzy przywieźli im Technologię. Cała czwórka ostatecznie trafia razem na statek kosmiczny, który jest jedynym bezpiecznym miejscem. Poza nim nie ma już nic, nie ma życia, nie ma tajemnic, nie ma marzeń. Jest tylko Technologia, jest nieustanny rozwój i potrzeba posiadania, powiększania własnych zasobów, potrzeba dominacji nad innymi.

Prapremierowy spektakl Szepty Ziemi zaprezentowany przez Studium Teatralne Warszawa na otwarciu tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego INNE SYTUACJE dotyka niezwykle istotnego problemu. W sposób bardzo dosłowny, często ocierający się o banał, ukazuje dążenie naszej cywilizacji do samozagłady. Mówi o rzeczach oczywistych, o których jednak zbyt często zapominamy. Mówi o rzeczach, o których nie chcemy pamiętać, o których nie mamy czasu myśleć tak bardzo zajęci potrzebą samorozwoju, potrzebą zdobywania, eksplorowania, rozwiązywania tajemnic. Ta banalność, dosłowność tekstu początkowo razi. „Przecież ja to wszystko wiem” – myśli widz słuchając banalnie prostych wywodów czwórki naszych bohaterów. Teoretycznie ma rację, jednak uraz ów znika wraz z przyjściem świadomości, że ta wiedza, to nie wszystko. Nie wystarczy wiedzieć, trzeba w końcu się opamiętać i od czasu do czasu odpuścić. W przeciwnym wypadku, podobnie jak nasi bohaterowie, w końcu staniemy u progu samozagłady, gdzie nie będzie już marzeń, nie będzie już tajemnic, tak jak nie ma już tygrysów tasmańskich. Przestały być człowiekowi potrzebne, tak jak i ludzie za chwilę staną się zbędni. Proste przesłanie, tak oczywiste, że aż niewidzialne. Szkoda, że tak piękną (w swym nieskomplikowaniu) treść pogrzebała forma. A niestety pogrzebała. Spektakl Piotra Borowskiego jest strasznie nierówny. Świetne role Waldka (Waldemar Chachólski) i Danny’ego (Danny Kearns) zderzone są z zupełnie niewykorzystanym potencjałem ról Kobiety i Mężczyzny (Magda Czarny i Michał Lorent). Ci pierwsi stają na głowie (Danny wręcz dosłownie, prezentując – moim zdaniem, zbyt rzadko – swe zdolności akrobatyczne) by oczarować widzów swą grą, co tylko potęguje poczucie sztuczności gry pozostałej pary. Żadnemu z nich jednak nie udało się sprawić, żebym zapomniał (choć na chwilę), że to nie są aktorzy. Żadne z nich nie weszło tak głęboko w swą postać, by w oczach widza po prostu się nią stać. Rażą też ewidentne niedociągnięcia tekstowe – za dużo tu naukowych formuł i definicji ocierających się o bełkot, za mało lekkości języka i żartów, które nawet, kiedy się pojawiają (a są ewidentnie, celowo wplecione w tekst) są tak słabe i przewidywalne, że nawet początkowy uśmiech widza w końcu ustępuje miejsca zażenowaniu. Podobnie jest z angażowaniem publiczności w fabułę – jest moment na samym początku spektaklu, w którym Waldek każe nam wyciągnąć i wyłączyć telefony, po czym pokazuje jak klaskać, by w ten sposób „dostroić fale na wejście Danny’ego”. Niby fajnie, ale nic więcej z tego nie wynika, nigdy więcej żaden z bohaterów nie zwróci się już bezpośrednio do widzów. Po co była ta jednorazowa, nieco wymuszona interakcja? Nie wiem.

Ciekawa jest scenografia, której początkowo praktycznie nie ma (jest gdzieś z boku, służy do malowania po niej przez kilka minut), by w finałowej scenie przeobrazić się w wielki statek kosmiczny. Niestety, kiedy ta scenografia pojawia się na scenie sprawiając, że lekko znudzona już publiczność nabiera znów nadziei na rozwój akcji ta ostatnia ostatecznie „siada”. Spektakl staje się w tym momencie mocno „przegadany”, jakby reżyserowi zabrakło pomysłu na wyrazistą, zdecydowaną końcówkę, na puentę, która nie pozostawi wątpliwości, co do intencji autora. Ta puenta oczywiście gdzieś jest – jak wspomniałem wcześniej – dość prosta i banalna, ale widz ma poczucie, że odkrył ją już kilkadziesiąt minut temu, a teraz marnuje tylko czas. Czy faktycznie uważam te 90 minut za zmarnowane? Nie. Czy obejrzałbym ten spektakl raz jeszcze? W takiej formie – zdecydowanie nie.

 

Działy:
Więcej z tym numerze: « Kramberry vol. 4 [24.05.2014]

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Teatr Maj 2014 Banał?