Jakie czasy, taki kicz

Ostatnio nie opuszcza mnie wrażenie, że zewsząd atakowany jestem kiczem. Co więcej, czy też raczej: co gorsza, zazwyczaj jest to celowy zabieg twórców, a nie tzw. „wypadek przy pracy”. Jakoś tak się pozmieniało, że kicz zaczął być trendy, czy my – odbiorcy kultury – tego chcemy, czy nie. Pół biedy, jeśli jest to kicz delikatny, na granicy pastiszu, dawkowany w sposób subtelny i wyrafinowany. Niestety, najczęściej są to odosobnione przypadki, które giną w zalewie kiczu ordynarnego czy wręcz chamskiego. No, ale po kolei…

Pretekstem do napisania tego felietonu był dla mnie marcowy koncert Braci Figo Fagot w Estradzie. Byłem w tym miejscu na wielu koncertach. Były wśród nich takie, które odmieniły moje muzyczne życie wewnętrzne, były też zwyczajnie dobre, przeciętne i oczywiście takie, które były po prostu słabe. Pod względem frekwencji różnie na tych koncertach bywało (co nie zawsze wiązało się z ich jakością, niestety), ale nawet jeśli klub nabity był po brzegi nigdy nie zauważyłem, żeby bawili się wszyscy (nie mam tu na myśli uśmiechów na twarzy i ruszania głową w takt muzyki, tylko zabawę przez duże Z). W pewien marcowy piątek, z głupia frant, wybrałem się tam na koncert wspomnianych Braci Figo Fagot. Pamiętam tych gości z czasów studenckich, kiedy jeszcze jako Z.F. Skurcz kręcili niezależne, bardzo abstrakcyjne filmy. Oczywiście wiedziałem, jakim gatunkiem muzyki Bracia parają się dziś, mając jednak duży dystans do swych muzycznych upodobań i, nie zawsze uzasadniony, głód doświadczeń, wybrałem się na ich występ.

Pierwsze zaskoczenie (choć przeczuwane) spotkało mnie już u progu – z Estrady dosłownie wylewali się ludzie, którzy tańczyli i śpiewali teksty dobiegające z głębi sali koncertowej. „Ok, są popularni, to mają wierną publiczność” – pomyślałem i z lekkim niedowierzaniem wszedłem do środka. Zamówiłem piwo (na trzeźwo nie dało się tego słuchać) i wyruszyłem w kierunku sceny. Nie było to łatwe, bo część koncertowa Estrady nabita była po brzegi. Wcisnąłem się w jakąś lukę przy tylnej ścianie i nie zważając na napierający na mnie tłum zacząłem się przyglądać (przysłuchiwać raczej się nie dało) temu, co dzieje się wokół mnie. I nagle przeżyłem szok. Jak wspominałem, z frekwencją na koncertach w Bydgoszczy bywa różnie, natomiast nigdy, powtarzam nigdy nie doświadczyłem w tym klubie koncertu, na którym bawiłaby się (skakała, śpiewała na głos, piszczała, tańczyła, wrzeszczała) dosłownie cała sala plus większość ludzi w części barowej. Nawet moi wciśnięci w tylną ścianę towarzysze bawili się na całego. I niby fajnie, że się ludzie bawią, ale dlaczego do takiej muzyki? Naprawdę zdarzyło mi się w Estradzie kilka „najlepszych w życiu” koncertów i nawet kiedy były wyprzedane, nie było tak, żeby tak dosadnie bawili się wszyscy. Zazwyczaj entuzjazm publiczności kończył się w okolicach szóstego-siódmego rzędu, w skrajnych przypadkach w okolicach rzędu dziesiątego. Tu skakali wszyscy, podkręcając się z każdym kolejnym numerem. Zdziwiło mnie to, bo muzyka (grana z laptopa! przez jednego z Braci) była, delikatnie mówiąc, straszna (prosta, przewidywalna, głośna i bez finezji). Pomyślałem więc, że pewnie chodzi o teksty, których jednak nie słyszałem w ogóle, bo akustyk się raczej nie spisał (chyba, że i to było zabiegiem celowym, mającym chronić wokalistę przed kompletną kompromitacją). Po powrocie do domu wygrzebałem ich teksty i… Cóż, posłużę się cytatem: „Piękna dziewczyno, przynieś mi piwo i otwieracz, bo mam zapalacz z latareczką, / I nie zapomnij o papieroskach, przez ten zapalar nie starczyło mi na race i się nie przejmuj jak masz cieniasy, grube palę tylko przy kumplach. Tak przy okazji zamów też pizzę, bo po dymaniu zawsze mam apetyt!”. Komentarz jest chyba zbędny.

Ale dobra, pal licho muzykę – skoro ludzie kupują takie badziewie, trudno się dziwić, że ktoś ją robi. Takie są prawa muzyki popularnej – nie będę się z nimi kłócił. Przejdźmy do innej „branży”. Teatr. Widziałem niedawno najnowszą sztukę duetu Jelinek/Kleczewska, Cienie. Eurydyka mówi:. Mając w pamięci świetny Babel i genialną Podróż zimową spodziewałem się, że – mówiąc kolokwialnie – zostanę rzucony na łopaty, z których długo się nie podniosę. I co? I nuda, kicz, celowe szokowanie widza, nieuzasadniona nagość, natłok informacji ukrywający wcale nienową treść. Ja rozumiem, że ten sceniczny chaos był celowy i miał odzwierciedlać chaos i dezinformację, które ogarnęły nasze czasy. Ale ja już to wszystko w teatrze widziałem (a umówmy się, że moja teatralna wiedza ogranicza się, poza paroma wyjątkami, przede wszystkim do tego, co dzieje się w TPB). Widziałem to u Klaty, widziałem u Zadary, widziałem u Demirskiego i Strzępki, widziałem wreszcie u samej Kleczewskiej. Niedawno spotkałem się z opinią (z która osobiście się nie zgadzam), że „teatr to sztuka powtórzeń”. OK, niech i tak będzie, ale dlaczego w tym spektaklu obie panie postanowiły powtórzyć to wszystko, czym, mam wrażenie, widzowie są już zmęczeni? Te tanie chwyty (nagość, wulgarność, pornografia, harmider i chaos) przestały już szokować i lekko się przejadły (z rozmów po premierze wnoszę, że nie tylko mnie). I co z tego, że spektakl był świetnie zagrany (wielkie brawa szczególnie dla Karoliny Adamczyk, Julii Wyszyńskiej i Michała Czachora, który w końcu oderwał łatkę „śmieszka”), skoro kolejne sceny były coraz bardziej przytłaczające formą, a coraz bardziej pozbawione treści. Oczywiście „treść właściwa” umieszczona została między wierszami, ale wciąż była to treść wtórna i niepozbawiona kiczu.

Na koniec kropla miodu do tej beczki dziegciu, czyli krótki wywód o tym, że subtelny kicz nie boli aż tak. Myślę tu o najnowszym filmie Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją. Spierałem się na jego temat niedawno na antenie Radia Kultura ze swoją współprowadzącą piątkową audycję Idzie Lis. Wnioski mam takie: owszem, ostatnimi czasy Jarmusch bardzo często ucieka się do kiczu, który w jego przypadku najczęściej przybiera formę pastiszu, zazwyczaj jednak robi to w taki sposób, że widz nie czuje się oszukany (no chyba, że nie lubi stylu Jarmuscha, ale to już inna kwestia); owszem, u Jarmuscha zawsze forma grała pierwsze skrzypce, ale niemal zawsze za tą formą ukryta była jakaś treść, która nie raziła swoją naiwnością; owszem, Tylko kochankowie… są swoistą komedią, satyrycznym, niepozbawionym ironii komentarzem reżysera do otaczającej nas rzeczywistości, komentarzem dość banalnym, ale jednak podanym w takiej formie, że ta banalność, od której często nie sposób uciec, nie razi, nie nudzi, nie męczy. Moja szanowna Współprowadząca powiedziała, że to najbardziej amerykański film Jarmuscha, nakręcony w taki sposób, żeby to reżyserskie mrugnięcie okiem dostrzegł każdy – bez wyjątku. Trudno się z tym nie zgodzić, co nie zmienia faktu, że ten obraz jest namacalnym dowodem na to, że nawet najbardziej popularne kino można robić w świetnym stylu. Mam nadzieję, że nie tylko kino…

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Maj 2014 Jakie czasy, taki kicz