Przez Rude Okulary (16): Lepsza strona

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski

Jestem przenoszony. Przez życie z miejsca na miejsce. Przez prace różne, w moim konkretnym przypadku dość chaotycznie związane z tworzeniem czegoś od początku, z budynków jednych do budynków innych. Własnonożnie przeniosłem się z przedszkola na podwórko, bo zinstytucjonalizowanie mnie chyba jednak nie jest możliwe. Własnodecyzyjnie przeniosłem się z Bydgoszczy do Poznania, który okazał się tylko trochę mniejszą Warszawą. Przez dziesięć prawie lat przenoszony byłem przez pociągi, autobusy, samochody i samoloty do zakątków odległych, które próbowałem (z różnym skutkiem) okrasić muzyką. Przenosiłem się sprzed mikrofonów przed mikrofony i sprzed bram wejściowych pod wyjścia ewakuacyjne. Ewakuowałem się czasem w pośpiechu z wyłączonymi światłami. Uciekałem do i od wspomnień i w przyszłość. Eskapizm stał się sposobem na życie. Jednak najbardziej przeniosła mnie moja mama. A dokładnie rzecz ujmując przenosiła mnie. O prawie miesiąc. USG robione na krótko przed porodem ukazuje zazwyczaj spokojną, skupioną na bezwładnym unoszeniu się małą istotkę. Moje przypominało zdjęcie kota, którego próbują wcisnąć do wanny pełnej wody. Przeczuwałem, że poza brzuchem mojej rodzicielki nie jest fajnie. Gdybym dał się przenieść na ten świat w terminie to co do miesiąca miałbym tyle lat ile kończy w tej chwili Bydgoski Informator Kulturalny. Lubię go. Tak jak lubię, kocham wręcz, wszystko co pachnie farbą drukarską. Bo przenosi. O czytelnictwie więc w miesiącu co nam życie mai powrotem pachnących świeżością nadziei.

 

Książki w moim domu były wszechobecne. Pożerała je moja rodzina w ilościach graniczących z nałogiem. Mnie tak samo jak i inne dzieciaki usypiało się wieczorem czytając strofy spokojne. Jednak z nieznanych nikomu przyczyn, moją ulubioną bajką na dobranoc był podręcznik opisujący podstawy budowy dróg i mostów. Palec pulchny niczym serdelek wskazywał owo dzieło gdy noc zbliżała się nieuchronnie i mama (nie rozumiejąc ani słowa) czytała mi je do poduszki. Czasami z podziałem na role i zmieniając głos. Ogromne wrażenie robiły na mnie przygody dwójki dziarskich łotrzyków o wdzięcznie brzmiących imionach Asfalt i Przęsło. Konstrukcja literacka tej powieści w odcinkach była nieskazitelnie logiczna. Żadnych dziur w fabule doszukać się nie było można. Prostota przekazu i moralna czystość urzekały mnie do tego stopnia, że bohaterów mych spotykałem znowu po odpłynięciu do krainy Morfeusza.

Literatura stała się w szkole dla mnie podstawowej przyczynkiem do wejścia na drogę przestępstwa. Metodycznie przez dwa prawie lata wynosiłem z biblioteki szkolnej (przepraszam) trzy części Władcy Pierścieni oraz Silmarillion Tolkiena. Te boskie wydania w twardej oprawie opatrzone rycinami Alana Lee. Czułem się jak Robin Hood. Miałem bowiem zamiar wypuszczenia tego czteroksięgu na wolność wypełnioną spragnionymi opowieści lotów najwyższych czytelnikami. Robin Hooda już wtedy znałem więc poczucie się jak on przyszło mi bez trudu. Znałem go z kart powieści pióra autora, którego nazwiska teraz nie pomnę, a szukanie tej informacji przy pomocy google’a jakoś mi nie konweniuje. Z rozpalonymi policzkami czytałem mistrza z Anglii opowieść o wojnie późno w nocy wiele. Byłem na drodze razem z Aragornem i Gimlim. Pryszczaty i szczęśliwy.

Słowa co niczym mrówki pachnące pastą do butów wypełniają białe (chyba że papier był z surowców wtórnych to żółtawe) stronice zawiodły mnie po raz pierwszy do stolicy. Liceum spędzałem na odmawianiu i odwoływaniu randek z przyczyn kompletnie dla reszty społeczności hormonalnie rozbuchanej niezrozumiałych. Bo chciałem poczytać. No ale „w wielu ludziach krąży po cichu robak szaleństwa”. Jak można było nie ulec magii książki, która takimi właśnie słowy podaje Ci rękę na przywitanie. Owładnięty romantyzmem i zaczarowany przez ten jedyny w rodzaju swym Flet z Mandragory Łysiaka usiadłem do olimpiady polonistycznej i pojechałem w nagrodę za jej wygranie do Warszawy, by się z panem Waldemarem spotkać. Boga dotknąć. Palce w ranie toczącego go już wtedy powoli zgorzknienia zamoczyć. Teraz już nie mogę czytać jego tekstów. No ale „starość zagościła na mojej twarzy.” Na jego zresztą też.

Bałem się wyjść na ten świat. Boję się zejścia z niego. Lżej jednak znosić nienawiść co toczy nas jak ten nienawistny skorupiak i śmieje się nam w nos uśmiechem niewidzialnego kota gdy ma się świadomość, że coś po nas zostanie. BIK pamiętam od dziecka. Zostawiam w nim swoją stronę. Tę lepszą.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Maj 2014 Przez Rude Okulary (16): Lepsza strona