Zugzwang (15): Nazywam się Siwiec

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Zdarza mi się czasami, iż wpisuję w wyszukiwarce Google swoje nazwisko. Potem zaznaczam opcję „grafika”. I jestem. Pojawiam się. Znikam. Moje zdjęcia, przyznaję, nie są zbyt ciekawe. Nie jestem żadnym modelem, kiepsko się ubieram. Nie pozuję, nie staram się dobrze wypaść, nie puszczam zalotnych spojrzeń. Wizualnie jestem przeciętny. Ponadto, najwięcej moich zdjęć jest znad szachownicy. Rozumiem, że dla tych wszystkich, którzy nie są wielbicielami królewskiej gry od razu wydaję się nudziarzem, obdarzonym refleksem szachisty. Cóż, taki los. 

 

Im dalej w las, tym moje wizerunki rzadsze, a na czoło wysuwa się pani Natalia Siwiec. Wszyscy wiedzą, o kim mowa. Celebrytów nie trzeba przedstawiać. Oni sami się światu przedstawiają. Ogłaszają. Owszem, przez pewien czas jest jakaś równość. Moja głowa, Natalii głowa, moja głowa, Natalii pupa. Moja głowa, Natalia w pełnej krasie. Ja pokazuję palcem, ba, tłumaczę dzieciom na zajęciach na zawieszonej szachownicy „nudy na pudy”, a Natalia konsumuje czerwonego lizaczka. Lizaczek w kształcie serca. Ja podniecony chwytam gońca. Natalia się wypina. Do przodu i tyłu. Ja chwytam damkę. Wszyscy jednak wolą Natalię. Elastyczna kobieta.

No i zupełnie nie mogę już z nią rywalizować, gdy pod zdjęciami pojawiają się podpisy w stylu: „Natalia się rozbierze dla Playboya”, „Natalia podpisuje piłkę”, „Natalia pokazuje swe ponętne piersi”. Rzeczywiście, ma co pokazywać. A ja, stary nudziarz, rozgrywam dziesięciotysięczną partię szachów.

Nawet, jeśli kiedyś znajdę się w Playboyu, to raczej nie ze względu na urodę. Macie to czarno na białym. Kiedyś były jeszcze kąciki szachowe. Kilka diagramów z partiami mistrzów. Trochę klasyki dobrze nam zrobi. Niestety, z panią Natalią łączy mnie tylko i wyłącznie nazwisko. Muszę się z tym pogodzić.

Innym Siwcem, który często się w Internecie pojawia jest słynny Marek Siwiec – prawa ręka Aleksandra Kwaśniewskiego, ten sam, co ziemię kaliską całował. Niedługo potem (w 2001 r.) Kwaśniewski zachwycał się (niedawno zekranizowaną) książką Jerzego Pilcha Pod Mocnym Aniołem. Pamiętam, jak mówił, „o wielkiej odwadze autora”. Oczywiście dobrze to o byłym prezydencie świadczyło, że czyta rodzimą literaturę, ale wyznanie jego przyjąłem – jak w reklamie – z pewną nieśmiałością. Pamiętamy Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”.

Do historii przeszedł inny Siwiec, ten, któremu los kraju i opinia o nim nie były obce. Chodzi oczywiście o Ryszarda Siwca, samotnego buntownika, który nie godząc się na interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, ba, na krwawe stłumienie praskiej wiosny, popełnił samobójstwo, dokonując samospalenia. Tamte wstrząsające wydarzenie z września 1968 r. podczas imprezy dożynkowej odbywającej się na Stadionie Dziesięciolecia odnotowały kamery. Stutysięczny tłum, słoneczny wrześniowy dzień. Chleb i sól, zespoły ludowe, śpiewy, no i oczywiście – główny mistrz ceremonii – Władysław Gomułka. I nagle – jak grom z jasnego nieba, przez stadion przelatuje niczym meksykańska fala pomruk: pali się człowiek. Ciężko takie słowa przechodzą przez gardło, aż piecze, ale tak było: palił się człowiek.

W czasach PRL-u próbowano z bohatera zrobić psychicznie chorego człowieka. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś oddał życie, ba, osierocił pięcioro dzieci, za „jakąś tam praską wiosnę”, ale dzisiaj już nikt nie kwestionuje politycznej inspiracji jego czynu. Wolna Polska przywróciła mieszkańcowi Przemyśla cześć i szacunek. O jego wyczynie nakręcono film. Siwiec – filozof z wykształcenia, żołnierz AK – stał się nawet patronem jednej z warszawskich ulic. Nazwisko jego przekroczyło granice, szczególnie południową. Czesi i Słowacy nadali mu pośmiertne oznaczenia państwowe, a w Pradze postawiono mu nawet pomnik. Rozpaczliwy krzyk Ryszarda Siwca – płonącej pochodni – został po latach dostrzeżony. 7 marca minęła 105 rocznica jego urodzin.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start