Przez Rude Okulary (15): Czarno na białym

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Pralka brudzi mi białe koszule. Czarne pewnie też mi brudzi, ale w związku z tym, że brudzi na czarno to na nich nie widać. Poza tym czarne koszule mnie mało interesują, bo ich nie noszę. Noszę białe. Odpowiedź ma pytanie o to, dlaczego piorę ubrania, których nie noszę, pozostawmy na kiedy indziej. Jadłem kiedyś pizze z twarogiem i popijałem to żołądkową gorzką, tak więc nie należę raczej do części społeczeństwa uznawanej za normalną. I całe szczęście. Gdyby tak było, to codziennie rano wymiotowałbym z nudów, a śniadania uwielbiam i przygotowuję je na bogato i z wypasem, więc pozbywanie się ich wprawiałoby mnie w stan smutku i żałości. Tak samo jak upaprane białe koszule. Po gruntownym przeglądzie i przesłuchaniu na okoliczność okazało się, że pralka brudzi bez przyczyny, ale za to intencjonalnie chyba, bo za każdym razem, kiedy piorę białe rzeczy. Moja oddalona o dwa pokolenia babcia zwykła określać przedmioty, które są niezawodne mianem „prima sort”. W języku, w którym zamówienie cynamonowej kawy brzmi jak wypowiedzenie wojny, oznacza to pierwszy gatunek. Coś co stanowi jakościową klasę samą dla siebie, nie obcyndala się w technicznym tańcu i generalnie rzecz biorąc nie myśli nawet w najgłębszych majakach AGD o plamieniu białych koszul. Nie oszukuje użytkownika. Nie robi mu kawałów na dwie godziny przed wyjściem, które wymaga elegancji wyprasowanego śniegu. Dużo mamy takich rzeczy jeszcze? Nie sądzę. O kawałach kwietniowych więc w miesiącu, co się od nich zaczyna.

 

Jechałem sobie kiedyś na wykłady po przerwie weekendowej spędzonej na złocistym napełnianiu i bezbarwnych w płynności swej banialukach. Jechałem więc dość już późnym poniedziałkiem i niespiesznie sobie jechałem. Skodą. Pomarańczową. Skoda w momencie pewnym kaszlnęła, odchrząknęła delikatnie niepewna jakby swojej decyzji, kaszlnęła raz jeszcze, zaczęła gulgotać, na trzy machnięcia owczego ogona zmieniła się w shaker do drinków i... zamarła. Jako że zrobiła to po raz pierwszy za mojej kadencji za jej kierownicą, to dotarcie do toczącej ją choroby zajęło mi jakieś piętnaście minut (jestem samochodowo ogarnięty). Wypadł mi wężyk od paliwa. Wypadł ze względu na nieobecność metalowej objemki. Nie zastanawiając się długo wyzułem sznurowadło z trampka, podwiązałem podupadłą pępowinę benzynową i radośnie poturlałem się dalej. Koszt? Nowe sznurowadła. Taka sama sytuacja wydarzyła się mi jakieś dziesięć lat później. Różnice? Dziesięć lat później. Audi, za które można by kupić dziesięć takich Skód. Brak owłosienia na głowie i większa wiedza techniczna. Bajka. Po podniesieniu maski bajka zamieniła się w koszmar bezradności. Oczom moim ukazały się dwa przerośnięte klocki Lego połączone dwoma grubymi kablami, które nijak nie dawały się wyciągnąć. Telefon do stacji obsługi wykonywałem ze świdrującym przeczuciem, że przez następny miesiąc jadać będę raczej u znajomych. I to niewiele, bo jak się wieść rozniesie to zaproszenia na obiad mogą okazać się towarem deficytowym. Nie chciałem wiedzieć, co się zepsuło. Jeśli okazałoby się bowiem, że to samo co w Skodzie, to rachunkiem nakarmiłbym dyrektora generalnego Audi.

Przygotowywałem kiedyś dzbanek margherity i fakt, że mam jeszcze wszystkie palce u rąk zawdzięczam wyłącznie temu, że nie zastosowałem się do instrukcji obsługi i nie „utrzymywałem poziomej orientacji końcówki miksującej” przy pomocy proponowanej do tego celu dłoni. Ostrze mojego starego robota kuchennego przedarłoby się przez ściany Wilczego Szańca. To co producent nazwał ostrzami w używanym przeze mnie naówczas blenderze stoi dokładnie po drugiej stronie wszechświata niż to co Hugh Jackman wysuwa w kierunku wroga, by mu uświadomić zbliżający się koniec wędrówki zwanej życiem.

Telewizory ery współczesnej się po prostu wymienia. Trenerów piłkarskich po zaledwie trzech miesiącach pracy niezakończonej pasmem sukcesów również. Ludzie uzupełniają niedobór oleju w silniku przez otwór, w którym tkwi bagnet służący do sprawdzania poziomu tegoż oleju. Strzykawką uzupełniają. Biorąc pod uwagę wykorzystywany otwór, to akurat niezły pomysł. Ale założenie zupełnie błędne. Kameleony nigdy nie są zwalniane. Zmieniają tylko barwy. Barwy to już nie powód do dumy w oczach kibica – to już tylko cyferki uzyskane za sprzedane koszulki. A koszulki są nadal poplamione. Te białe. Na czarno.
Rzeczywistość dookoła nie jest prima sort. Rzeczywistość dookoła jest prima aprilis.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Kwiecień 2014 Przez Rude Okulary (15): Czarno na białym