Miasto, które mnie przyjęło

Jakub Ulewicz w "Historiach bydgoskich" Jakub Ulewicz w "Historiach bydgoskich" Fot. Marta Ankiersztejn

O dramacie W środku słońca gromadzi się popiół nagrodzonym w 2013 r. "Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną" i o kilku innych sprawach z dramaturgiem Teatru Polskiego w Bydgoszczy Arturem Pałygą rozmawia Bartłomiej Siwiec.


 

W Bydgoszczy głośno jest o Arturze Pałydze. W prawie każdej rozmowie o teatrze prędzej, czy później dochodzi się do tego nazwiska. I co ty na to?
W prawie każdej rozmowie o teatrze prędzej, czy później dochodzę do Bydgoszczy.
To świetne, niezwykłe miasto o skomplikowanej duszy. Mam wrażenie, że mnie przyjęło i zaakceptowało. Nawet ci, którzy mnie nie lubią i jakoś tam chcą mi dokuczyć, nigdy, jak dotąd, nie uderzyli w ton: „Nie jest stąd i nie rozumie”. Może też dlatego, że nie jestem tu wyjątkiem. Że wielu ludzi nie stąd współtworzy to miasto.

 

Zastanawia mnie w twojej twórczości ta łatwość przechodzenia z tematu na temat. To dla mnie intrygujące, że jeden artysta jest w stanie w tak relatywnie krótkim czasie napisać dramaty o Jimie Morrisonie, Andrzeju Lepperze, Albrechcie Alvenslebenie, Klarze Dux, Kazimierzu Wielkim, „Łuczniczce”. No i oczywiście W środku słońca gromadzi się popiół. O czymś zapomniałem?
To tak, jakby mieć w środku takiego śpiewaka. Jeden śpiewak może tego samego wieczoru śpiewać o wojnie i o miłości, o zwierzętach i o balonikach, o królowej Anglii i o kolejarzu z bydgoskiego dworca. Ale zawsze to będzie ten sam śpiewak, który śpiewa o świecie.

Z dużą uwagą przeczytałem twój dramat nagrodzony w Gdyni. Mam wrażenie, że najlepsze jest w nim to, kiedy autor powraca do swego poprzedniego wcielenia, do reportażysty. Zgadza się?
Nie wiem, czy to jest najlepsze, nie mnie to oceniać. Doświadczenie dziennikarskie jest dla mnie ogromnie ważne. W kilku sztukach, które napisałem, pojawia się, w różnych wariantach, człowiek, który zadaje pytania, ponieważ próbuje czegoś się dowiedzieć, do czegoś dojść, coś odkryć, ponieważ chce to upublicznić. A być może to dziennikarstwo, to upublicznianie jest pretekstem do tego, żeby móc pytać. Tak jest na przykład w Morrisonie/Śmiercisynu, tak też jest i tutaj.
Osią sztuki jest reportaż, który robiłem u schyłku swojej pracy dziennikarskiej, a którego już nie opublikowałem. Tak mi się wydaje, że wtedy już używałem swojego dziennikarstwa do tego, żeby móc rozmawiać z różnymi ludźmi i pytać ich o różne rzeczy.

Twój dramat wywołał duży ferment w środowisku kulturalnym. Szybko też skierowano go do realizacji. Najpierw w Radiu PIK powstało słuchowisko, a w Teatrze Starym w Krakowie premiera już tuż, tuż...
Nie wiem, czy to jest ferment, ale nie trafił w próżnię, i strasznie się z tego cieszę. Bywa, że całkiem niezły tekst trafia w pustkę, bo np. nie jest to jego czas, bo inne tematy krążą w powietrzu, bo sposób, w jaki jest napisany akurat w tej chwili jest chybiony. Zresztą uważam, że tylko grafomani są pewni tego, że napisali dobry tekst. To zawsze jest niepewne, w zasadzie aż do premiery. Nieskończona historia długo czekała na swoją realizację. W środku słońca... miało więcej szczęścia.
Jeszcze zanim tekst otrzymał Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, zadzwonił do mnie dyrektor Radia PiK z pytaniem, czy nie mam czegoś na słuchowisko. Wysłałem mu ten tekst, który mu się spodobał. A niedługo później odebrałem telefon od dyrektora Teatru Starego z pytaniem, czy mam coś przeciwko temu, żeby ten tekst miał swoją prapremierę w tym sezonie, w Starym.

Świat, który przedstawiasz, wydaje mi się bardzo okrutny. Gdy czytałem dramat, to chciałem, żeby ten biedny, śmiertelnie chory chłopiec w końcu umarł. Uwolnił się od męki. Podobnie myślałem o kobiecie. Niech ona się w końcu spali, dokona żywota. Przestanie cierpieć. Ale ty te historie ciągniesz. I ból rośnie... 
Nie wiadomo, co on czuje. Wcale nie wiadomo, czy się męczy. Może tak, a może nie. Czy wybrałby śmierć? Jaki procent ciężko chorych ludzi popełnia samobójstwa? Czy jest to większy procent niż wśród ludzi zdrowych? Mówiono mi, że odsetek samobójców w Auschwitz nie był wcale większy niż przeciętnie, w czasach pokoju.
Jako dziennikarz, przeprowadzałem wywiad z mężczyzną, którego stan określano jako wegetatywny, człowiek-roślina. Porozumiewał się ledwo wyraźnymi mrugnięciami, którymi wskazywał literę, gdy recytowało się alfabet. Spytałem go, czy jest szczęśliwy. Powiedział, że tak. Wokół niego są jego bliscy. Dzieci przychodzą ze szkoły, kładą się koło niego i opowiadają, co się dziś zdarzyło.
Chłopca też pamiętam. Takiego, jak w tej sztuce. Z obrazkiem Matki Boskiej, który rodzice ustawili naprzeciw niego. Tu już nie była taka jednoznaczna, taka jasna ta sytuacja. Ale daleki byłbym od tego, żeby być przekonanym, że należy go uśmiercać.

W Morrison/Śmiercisyn bardzo widoczny jest wpływ na twoją twórczość Franza Kafki. Natomiast w dramacie nagrodzonym w Gdyni jest taka jedna scena, kiedy kierowca samochodu, tuż przed wypadkiem, zostaje oślepiony słońcem. Skojarzyło mi się to z Obcym Alberta Camusa... 
Kafka w Morrisonie pojawił się dlatego, że sam Morrison tego Kafkę zachłannie czytał. Oczywiście to jest też tak, że zostają mi w głowie różne rzeczy z tych, które czytam i jeśli są wystarczająco silne, to wyskakują i migają na czerwono podczas kolejnego tematu, o którym piszę. Cudownie jeśli to się zbiega. Czyli jeśli moje migające światełko zbiegło się z zainteresowaniami Morrisona.
Skojarzenie z Obcym ciekawe, ale ja go nie miałem. Ta sytuacja z kierowcą jest prawdziwa. Zdarzyła się naprawdę. Zresztą dość dziwna. Najpierw, jako dziennikarz, dostałem list z więzienia od człowieka, który niejasno pisał, że spowodował wypadek, ale winne było Słońce. To Słońce powinno iść do więzienia, nie on. Słońce, które go oślepiło. Jakiś czas potem zgłosił się do mnie ojciec tego chłopaka, który zginął, idąc chodnikiem po matkę wracającą z kościoła. Dopiero, jak napisałem reportaż o tym zabitym przez pijanego kierowcę chłopcu, przypomniał mi się tamten list i zrozumiałem, że to jest ta sama sprawa. Że pisał do mnie z więzienia ten kierowca-zabójca, a potem przyszedł do mnie ten ojciec. Bardzo dziwne zbiegi przypadków zdarzają się ludziom.

Teraz coś o Historiach bydgoskich. Przyznaję, że w galerii postaci Artura Pałygi jedną z moich „ulubionych” jest schwartzcharakter Albrecht Alvensleben...
W połowie Polak, w połowie Argentyńczyk, Albrecht jako jedyny spośród postaci, które pojawiają się w Historiach bydgoskich, jest upiorem. I tak się też sam przedstawia publiczności. Jako upiór. Jeżeli to Twoja ulubiona postać, to jesteś zwyrodnialcem (śmiech).

Andrzej Lepper. Powiedz, dlaczego nieżyjący już polityk Samoobrony jest dobrym tematem na dramat?
Dlatego, że poprzez jego błyskotliwą, zdumiewającą karierę można opowiedzieć o tzw. III RP.

Wiem, że twoja sztuka Żyd będzie wystawiana w Budapeszcie. To już nie pierwsza twoja sztuka, która przekroczyła granice państwa...
7 marca odbyła się węgierska premiera Żyda w Teatrze Szkene w Budapeszcie. To pierwsza moja sztuka, która ma swoją premierę na scenie w innym kraju. Wcześniej miałem tylko czytania w paru krajach. Szkene to działająca od lat sześćdziesiątych XX wieku legendarna na Węgrzech scena alternatywna. Okazało się, że tekst, który w Polsce miał swoją premierę pięć lat temu, dla Węgrów brzmi wyjątkowo aktualnie.

Dziękuję za rozmowę.


Historie bydgoskie według tekstu Artura Pałygi. Na zdjęciach: Mieczysław Franaszek i Jakub Ulewicz, fot. Marta Ankiersztejn

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Kwiecień 2014 Miasto, które mnie przyjęło