SPOZA UKŁADU (15): 20 lat klubu Mózg

Tomasz Kaźmierski Tomasz Kaźmierski

Kiedy byłem pierwszy raz w Mózgu? Pewnie, krótko po otwarciu, ale na pewno nie na otwarciu. Pamiętam, że właśnie w Mózgu trafiłem na wydawaną wtedy w Bydgoszczy, gazetę pod tytułem „Czarno-biała”. Bawili się chyba wtedy redaktorzy tego pisma. Nie pamiętam jak długo ta gazeta wychodziła, ale była, choć dziś trudno natrafić na ślad po niej nawet w Internecie, no ale to były w zasadzie jeszcze czasy przedinternetowe.

 

Choć wtedy częściej chodziłem do Gongu, to z czasem zaczęliśmy, wraz ze znajomymi, robić coś odwrotnego do tego o czym śpiewał Grzegorz Kaźmierczak z Variete czyli kursować z Gongu do Mózgu. Dobry kierunek wybraliśmy. Gong już nie istnieje, Sanatorium także, wiele różnych miejsc powstawało i znikało, na szczęście Mózg cały czas jest.

Pamiętam słynne koncerty w Teatrze Polskim. Fred Frith Gutitar Quartet i Arhythmic Perfection. Wtedy Polska jeszcze nie była zblazowana i rozpieszczona mnogością wydarzeń jak dziś. Sporo ludzi przyjechało z kraju. To było jak święto.

Wybrałem się kiedyś do Mózgu na koncert australijskiego skrzypka Jona Rose’a. Grał w tzw. czarnej sali. Wspaniały koncert. Okazało się, że tzw. „trudna” muzyka może być „przystępna”, a artysta może mieć spory dystans do siebie i poczucie humoru.

W czarnej sali było dużo wspaniałych koncertów. Fred Frith solo. Miłość. Kury, które przez kilka lat grały zawsze w grudniu. Różne wcielenia Arhythmic Perfection. Pamiętam jedno z ujawnień AP. Z chórem. Wszyscy na biało. Mazzoll jak szaman. Na wiele tych wydarzeń przyjeżdżało do mnie sporo znajomych z Trójmiasta.

Zacząłem w Mózgu kupować płyty. Przeglądałem katalogi, zamawiałem i szedłem odbierać. Przyjmował mnie najczęściej Jacek Majewski, chwilę gadaliśmy, słuchaliśmy jakichś fragmentów. Z Jackiem zresztą dobrze się też milczało. Umawialiśmy się na jakieś płytowe wymianki, później zbierałem płyty do plecaka i szedłem je odsłuchać. Ale do baru.

Kiedyś w ramach jednej z wielu akcji, chyba plastycznej, Grzesiek Pleszyński przywiózł z Szubina leciwych działkowców. Wpisał ich po prostu w swoje działanie. Mieli akordeony, ortalionowe kombinezony, wykonali kilka kawałków. Kolorowy wieczór.

Pamiętam jak w barze była szuflada. Żadnej kasy, zapisów, tym bardziej terminali na karty. Jeśli pieniądze były odliczone barman zgarniał je z baru do szuflady. Jeśli nie były odliczone, szukał w szufladzie reszty.

Mózg ma też najlepszego barmana na świecie. Leszka. Tym, którzy u niego coś zamawiali, nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Później krótki, ale intensywny romans wydawnictwa Asfalt Records z Mózgiem. Są owoce tego związku: płyta Fisza i Emade jako Tworzywo Sztuczne, album „Na rzywo w Mózgu”.

Dwa lata temu obchodziliśmy osiemnastkę Mózgu. Zjechało się wiele, wiele osób, sporo z emigracji. Gdy niektórych zobaczyłem, pomyślałem: fakt, taki ktoś chodził kiedyś do Mózgu!

Za nami 20-te urodziny. W Mózgu pojawia się kolejne pokolenie, dzieci pierwszych „mózgowców”. Jakie będą te kolejne lata? Kolejne mózgowe festiwale? Kolejne koncerty? Należy zapytać Sławka Janickiego, choć i on pewnie nie zna odpowiedzi. Jedno jest pewne. Strach pomyśleć czym byłaby Bydgoszcz bez Mózgu.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start