Chodziło o coś więcej

"Wesele" "Wesele" Fot. Magda Hueckel

Kiedy Marcin Liber pracował jeszcze nad Weselem w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, zaczęły się pojawiać pierwsze wieści w sprawie tego, czego należy się po jego spektaklu spodziewać. Wielu przyszło więc na premierę, oczekując Wesela radykalnego i bezczelnego, pachnącego, jak filmy Wojciecha Smarzowskiego, wódką i potem, a do tego perfidnie szargającego narodowe świętości. Przedstawienie okazało się jednak nieco inne. Jest niespecjalnie bezczelne. Większość świętości zostawia w spokoju. Nie zalatuje od niego nawet zbytnio wódką. Wesele Libera, choć przyjmuje współczesny sztafaż (włącznie z estetyką wiejskiej dyskoteki), to w gruncie rzeczy stosunkowo tradycyjna realizacja dramatu Wyspiańskiego, która w ostatecznym rozrachunku okazuje się bardzo nierówna.

Zacznijmy od tego, co się nie udało. Szwankują zwłaszcza sceny, w których spektakl miał się bezpośrednio odwoływać do teraźniejszości. Żeby udowodnić widzowi, że akcja rozgrywa się na początku nie dwudziestego, a dwudziestego pierwszego wieku, reżyser każe postaciom kończyć co drugą scenę śpiewami „A teraz idziemy na jednego” czy „W Polskę idziemy, panowie”. Żeby pokazać, że Polacy są narodem antysemickim, zgromadzone na scenie postaci witają wchodzącą Rachelę (Joanna Drozda) okrzykami „Jude raus!”. Mało to subtelne – i mało przekonywające. Razi też monotonia wielu rozwiązań. Cały pierwszy akt zostaje rozbity przez następujące po każdej scenie przerywniki muzyczne połączone z projekcją multimedialną, co jest najpierw efektowne, ale w końcu – nieznośnie jednostajne. Wydobywający z postaci ukryte marzenia i obawy Chochoł co chwila powtarza swoją kwestię „co się komu widzi w snach” ­– jakby roztargniony widz mógł w pewnym momencie zapomnieć, jaka jest rola tej postaci.

Przekonuje za to przesunięcie środka ciężkości Wesela od zbiorowej wizji narodowej ku dziwacznej, mrocznej halucynacji pijanych weselników. Świetnym pomysłem jest umieszczenie kolejnych widm nie na zewnątrz, a wewnątrz rozmawiających z nimi postaci. Jeszcze lepszym – zmiana dostojnego Wernyhory (Michał Jarmicki) w poczciwego pijaczka, który nieśmiało zaczepia Gospodarza (Jakub Ulewicz), a na pamiątkę zamiast podkowy zostawia wyjątkowo prozaiczny but, czczony później przez inne postaci. Intryguje Chochoł (Magdalena Łaska), który ma postać nie słomianej kukły, tylko młodej kobiety w eleganckiej sukni, odgrywającej w tym coraz dziwniejszym świecie rolę reżysera-demiurga. Liber wydobywa z postaci Wyspiańskiego cały kryjący się w nich mrok, czasem pozwalając im pójść o krok dalej niż dramacie. Tak jest w przypadku Marysi (Karolina Adamczyk), uwięzionej w nieszczęśliwym małżeństwie, która w jednej z upiornych, wizyjnych scen zbudowanych wokół Chochoła sięga po leżącą na scenie siekierę, aby potem poinformować innych, że jej mąż poszedł już spać.

Właśnie takie zabiegi – nie zmieniające drastycznie wydźwięku oryginału, tylko przydające mu atmosfery i teatralnych ornamentów – sprawdzają się w bydgoskim przedstawieniu najlepiej. W połączeniu z solidną grą aktorów, którzy w większości świetnie sobie radzą z rytmem tekstu Wyspiańskiego, daje to spektakl, który, chociaż nie udało mu się zostać Weselem ważnym i współczesnym, pozostaje Weselem całkiem przyzwoitym. To już coś. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że chodziło o coś więcej.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2014 Chodziło o coś więcej