Się nam wydaje. W Bydgoszczy (13)

Emilia Plateaux, "Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach", Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin 2013. Emilia Plateaux, "Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach", Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin 2013.

Fake, czyli (udawany?) ból świata

Możemy się cieszyć, bo nieczęsto się nam to przydarza. Nieczęsto możemy się cieszyć z sukcesów bydgoszczan tak nieoczekiwanych, a tak miłych. Rozstrzygnięty niedawno I Konkurs Literacki im. Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie” taką nam radość przynosi. Bardzo szacowne jury (w osobach Nataszy Goerke, Bohdana Zadury i Artura Daniela Liskowackiego) w swoim werdykcie nagrodziło bydgoszczankę, Emilię Plateaux (o prawdziwym nazwisku jakże dobrze pasującym w kontekście takich rywalizacji: Walczak!). Trzeba dodać, że przyznano trzy równorzędne wyróżnienia, ale w towarzystwie dwóch panów statecznych (którzy dwa pozostałe wyróżnienia zdobyli) Emilia Plateaux – dziewczęca w swoim pisarstwie i wielce obiecująca – dla mnie jest tego konkursu zwyciężczynią.


Pokonkursowa książka Fake jest równie radosna, co i sam fakt, że bydgoszczanka ważny konkurs wygrała (że według mnie wygrała – wyjaśniałem, że uważam go za ważny, mimo że to pierwsza edycja – nie, ale podałem skład jury, co powinno wystarczyć). Jest Fake narracją radosną, bo opowieść bawi się sama ze sobą, sama jest siebie świadoma i sama siebie co i rusz komentuje, zresztą – zabawnie. A może i nie tak zabawnie, bo czasem nieco bufoniasto, jednak i ta bufonada się broni (w końcu – jak mówi tytuł – to wszystko skłamane, to wszystko na niby, to wszystko nieprawda). Jest to narracja o narracji, ale ostrzegam, by nie lekceważyć tego problemu: nie jest to problem w żadnym wypadku techniczny – jest o wiele poważniejszy, właściwie: fundamentalny. To problem, który się nazywa: jak opisać świat?

Jaka jest ta proza? Dwie są jej podstawowe własności (i żadna nie wróży komercyjnego sukcesu tej literaturze, niestety): gęstość i pomysłowość (po staropolsku rozumiane słowo „dowcip” by tu się nadało). Gęstość tej prozy jest znaczna: pomysłami fabularnymi dałoby się obdarować kilka innych utworów, kilka innych zupełnie utworów mogłoby wypączkować z tej książki, kilka jeszcze innych opowieści można by w tej historii zakotwiczyć. Pomysłowość tej prozy ujawnia się na każdym poziomie: już na poziomie zdania jest to proza pomysłowa – zakręcona składnia, zabawne koncepty, rozliczne cytaty i kryptocytaty, szlagworty (autorka tak lubi przecież „jakieś niemieckim szermowanie”).

A ten „fejk” w tytule, co dokładnie oznacza? Jak na recepcję może wpływać? Jak wpływał na sama autorkę, gdy pisała ten kawałek prozatorski o tytule Fake (o ile tytuł był wcześniej)? W tym wypadku na pewno jest usprawiedliwieniem konstrukcji tej książki. Jest to konstrukcja patchworkowa składająca się z wielu opowieści połączonych opowieścią o snuciu opowieści. Na dodatek jest też podtytuł: (czyli) konfabulacje zachodzą na zakrętach. Jak przegubowe autobusy. Konfabulacje rozpychają się jedna na drugą, co chwilę wchodzą sobie wzajemnie w drogę (bo i zakrętów w tej opowieści jest wiele). Konstrukcja taka jest najłatwiejsza zapewne (albo lepiej: pozornie najłatwiejsza). W istocie jednak trzeba się natrudzić: po pierwsze, by powstała z tych skrawków jakaś całość (to zadanie twórcy), a po drugie, by podczas lektury nie zagubić się w tym gąszczu różnorodnych wątków (to zadanie czytelnika).

Nie ma sensu ich katalogowanie. Nie dlatego wcale, że – jak sama autorka gdzieś ironicznie wtrąca – to przecież nie co, a jak się liczy. Liczy się i jedno, i drugie, ale katalogowanie wątków niczego o tej książce nie powie. Fake opowiada o fantastycznych rodzinnych genealogiach, knajpianych przygodach, kryminalnych zagadkach, ale o czymkolwiek by nie mówiła, zajmuje się inna zupełnie sprawą. Istotniejszą od wszystkich tych szczegółów.

Pisałem – może i nieopatrznie – o cytatach, grach i aluzjach (przy okazji: cytaty za każdym razem są dowodem świetnego gustu czytelniczego autorki). Nieopatrznie, bo ktoś mógłby pomyśleć, że to proza o niczym i postmodernistyczna gra w cytaty i aluzje. Owszem, gra, gra cytatami i aluzjami, gra kliszami i stereotypami, gra formą, najoczywiściej, ale jednak: gra o wysoką stawkę. Tą stawką jest autonomia jednostki w opresyjnym świecie (o takiej, a nie innej konstrukcji społecznej). Tak jest, chce powiedzieć, że to książka o współczesnej Polsce, daleka od banału prozy zaangażowanej, choć proza to niewątpliwie zaangażowana. Jest to proza chora na Polskę (bo nie śmiem twierdzić, że i autorka jest chora na Polskę). Jest w tej książce żarliwość obrończyni własnej autonomii i furia ataku na świat – taki, jakim on dziś jest, taki, jaki najmocniej dziś uwiera. Taka charakterystyka odnosi natychmiast do wielkich Austriaków: Thomasa Bernharda, Elfriede Jelinek, Ilse Aichinger czy Gerharda Rotha. I to jak najbardziej słuszne odniesienie. Jest Emila Plateaux (i w tym kontekście nazwisko pasuje doskonale: Walczak!) bliska tym autorom w swojej ofensywnej pasji, bliska w ich podejściu do pisania (bo jednak nie w stylu: każdy z wymienionych powyżej pisze/pisał inaczej). A ten Weltschmerz (ale taki trzeźwy, pozbawiony złudzeń i samoświadomy jak ta proza) dodaje jej oryginalności. Ładna to książka o bólu świata, nawet jeśli udawanym.


Kalendarz bydgoski, czyli instytucja

Jest „Kalendarz Bydgoski” prawdziwą instytucją życia kulturalnego Bydgoszczy (piszę tylko „kulturalnego”, chociaż przecież chodzi o życie Bydgoszczy po prostu; usprawiedliwieniem tego pozornego zawężenia może być fakt, że tak szeroko rozumiem termin „kultura”). Czy jest potrzebny? Najoczywiściej. Jako rocznik nie ma, rzecz jasna, wpływu na bieżące życie miasta (to zadanie może wypełniać przecież prasa lokalna i kulturalna), natomiast nie oznacza to, że nie ma on wpływu na życie miast w ogóle. Ma duży. Otóż właśnie jako rocznik zapewnia on odpowiednia perspektywę, pozwala się wszystkim (bydgoszczanom, artystom, instytucjom, no, wszystkim dosłownie) przejrzeć w sobie, pozwala spojrzeć na siebie (każdemu na samego siebie) z odpowiednim dystansem, ocenić rok swojej (i cudzej też, to jasne) działalności, skonfrontować z innymi latami. Trwałość takich instytucji życia miasta jest jednym z fundamentów ich istnienia (rozumiem przez to, że by zachować swoje funkcje, by zachować swoje znaczenie, musi ukazywać się konsekwentnie, z uporem, rok za rokiem).

Rocznik 47. spełnia to wymaganie – przedłuża trwanie kalendarza. I robi to w bardzo dobrym stylu. Pomimo zastrzeżeń redakcji (wyrażonych w słowie wstępnym), że kryzys dotknął i kalendarz, nie widać tego po samej publikacji. 200 stron, złożonych gustownie i czytelnie, obfitych, różnorodnych, ciekawych. Trudno omawiać tu wszystkie działy i wszystkie teksty – migotliwe życie (nawet w rocznym podsumowaniu) nie daje się łatwo streścić. Jednak niektórych działów i niektórych tekstów nie sposób nie zauważać. Na pewno istotny jest dział najsmutniejszy: Pożegnania. Rozproszone jako bieżące nekrologi nie dają obrazu strat, jakie ponosi każdego roku miasto, a tu widać to aż za dobrze (przypada na nie dziesiąta część objętości kalendarza i obejmują wspomnienia o dziesięciu osobach: Zbigniew Bigoński, Jerzy Dudyński, Paweł Janicki, Zenon Jarkiewicz, Maria Kędzierska, Jerzy Andrzej Kruszyński, Jan Górec-Rosiński, Lech Lewandowski, Łukasz Płotkowski, Henryk Skopowski). Nie sposób nie przeczytać sysntetycznego szkicu Okrutne losy pióra Zdzisława Biegańskiego. Opowiada on w skrócie dzieje żydowskich mieszkańców Bydgoszczy w XX stuleciu, przez co przypomina, ze niemal zupełnie wyrugowaliśmy z naszej pamięci dziedzictwo ludzi, którzy przez ponad 200 lat aktywnie tworzyli nasze miasto. Że tym łatwiej przecież usunęliśmy z pamięci to, że Bydgoszcz jako miejsce wydawania „Szabes-Kurjera” tak fatalnie zapisała się w historii polskich Żydów.

Najbardziej dla mnie interesujące podsumowanie wydarzeń kulturalnych – mimo kompetentnych autorów – rozczarowuje mnie najbardziej. Rozczarowuje skrótowością (ale, rozumiem, że to może właśnie być oznaka kryzysu). Ale nawet w tak krótkiej formie Anita Nowak potrafiła dość dobrze zdać relacje z roku w teatrze. Jednak dział przygotowany przez Magdalenę Jasińską nie powinien być nazwany Rok w muzyce (mógłby się nazywać „Rok w filharmonii, operze i jazzie”); pomija istniejąca i dobrze się rozwijająca w Bydgoszczy twórczość alternatywy rockowej i jazzowej. Gdyby uwzględnić te nurty, nie mogłaby Magdalena Jasińska z pewnością napisać: „Poproszona o podsumowanie muzycznej Bydgoszczy w sezonie 2012/2013 zaczęłam zastanawiać się, co zapisało się w mojej pamięci i dochodzę niestety do wniosku, że sezon muzyczny 2012/2013 po prostu był”. Podobne zastrzeżenia budzi szkic Ewy Piechockiej o literaturze. Nieprawdą jest, że ukazał się w Bydgoszczy jeden tom poezji i trzy powieści. Nie wiem też, dlaczego nie ma informacji o Strzałach Łuczniczki 2013 (skoro kalendarz ukazuje się w listopadzie, a nagrody przyznano w pierwszych dniach czerwca). Bo drugim koniecznym warunkiem istnienia kalendarza i jego pełnej funkcjonalności jest reprezentatywność. Jeśli redaktorzy decydują się na publikację przeglądów subiektywnych, winni zwiększyć liczbę autorów (tak, by się oni uzupełniali).

„Kalendarz Bydgoski 2014” jest – mimo wszystko – dowodem na siłę Bydgoszczy. Widocznym znakiem aktywności bydgoszczan. Przyczynkiem do naszej lokalnej dumy? A jakże!

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Styczeń 2014 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (13)