Zobaczyć coś naprawdę

Gryf Gryf Fot. Anna Konop

Mityczny Gryf to niezwykłe stworzenie. Lew z głową i skrzydłami orła, oślimi uszami. Miał wiele cnót: czujność, szybkość, odwagę, waleczność. Był strażnikiem skarbów. Ten z Bydgoszczy, to niegdyś świetnie prosperująca fabryka prowadzona przez Spółdzielnię Niewidomych. Budynek przy ul. Fordońskiej 30 od lat stał niezagospodarowany i niszczał. Jednak od jakiegoś czasu trwało tam dziwne poruszenie i zamieszanie. Wszystko za sprawą Fundacji Bez Nazwy i energicznej Małgorzaty Winter, która niestrudzenie od lat podejmuje się karkołomnych pomysłów, skrzykując przy tym wokół siebie liczne grono pozytywnych zapaleńców i wspólnie osiągają to, co zostało wymyślone. Nie inaczej stało się i tym razem w to całkiem ładne, jesienne popołudnie. W gigantycznej, fabrycznej przestrzeni zaprezentowało się około sześćdziesięciu artystów. Opuszczone mury od lat swojej najlepszej prosperity nie pamiętały takich tłumów… Byli oczywiście stali bywalcy artystycznych akcji, ponieważ tego dnia po prostu trzeba było stawić się na Fordońskiej 30, ale dało się także zauważyć całkiem nowe, zaciekawione twarze, całe rodziny z dziećmi. Ogrom tego kulturalnego przedsięwzięcia robił na każdym wrażenie. W rozmowach przewijało się jedno zdanie, że jeśli nie jest to najważniejsze, to z pewnością najciekawsze wydarzenie mijającego roku w naszym mieście.

Spodziewałaś się takiego tłumu zwiedzających?
Małgorzata Winter: Nie, naprawdę nie… To, co się tu dziś dzieje, przeszło moje najśmielsze oczekiwania… Odkąd byłam dyrektorem muzeum, to czułam, że tu w ludziach drzemie duży potencjał. To są ludzie z Bydgoszczy albo w jakiś sposób związani z nią. Mamy też ogromne wsparcie ludzi z zewnątrz, którzy lubią to miasto. To jest nasza odpowiedź na to, co się dzieje wokół nas. My nie chcemy debatować o kulturze, my chcemy ją robić. Te rozmowy, które się ciągle toczą, masterplany, to wszystko jest bardzo fajne, ale kulturę tworzy się oddolnie i ja tu w tym Gryfie tego doświadczyłam. Co chwilę pojawiali się jacyś młodzi ludzie, którzy mieli coś ważnego do powiedzenia, potrafili od świtu do później nocy ciężko tu pracować, poczuli się odpowiedzialni za to miejsce. Myślę, że jest w Bydgoszczy ogromny potencjał, tylko jeszcze nieodkryty. Dlatego też dodatkowo bardzo symboliczny wydźwięk ma nazwa miejsca – Gryf. To było bardzo niezwykłe stworzenie – hybryda lwa i orła z oślimi uszami, wierzono, że jego pióra leczą ślepotę. To ma bardzo symboliczny wymiar. Jestem przekonana, że w Bydgoszczy jest bardzo dużo zdolnych ludzi, którzy robią fantastyczne rzeczy, są bardzo zaangażowani i nie można być na to wszystko ślepym i udawać, że się tego nie widzi.

Jak to się stało, że znalazłaś właśnie to miejsce, a nie inne?
Małgorzata Winter: Moi przyjaciele, którzy przez wiele lat uczestniczyli we wszystkich wydarzeniach kulturalnych, które robiłam jako dyrektor muzeum, w Wieży Ciśnień i tak dalej, po moim powrocie z Warszawy zapytali, dlaczego nie robię wystaw. Odpowiedziałam im po prostu: bo nie mam gdzie. Oni wtedy na to: to masz tu klucze… Zapytałam od czego? A oni: jak to od czego? do Gryfa! I tak to się zaczęło! Nawet nie przypuszczałam, że będę miała taką możliwość. Kiedy weszłam tu pierwszy raz w styczniu, to nawet zdjęć nie mogłam zrobić, bo aparat zamarzał. Natychmiast zabrałam się do pracy i napisałam wniosek o grant do miasta. Nie dostałam wielkich pieniędzy, prosiłam wszystkich o wsparcie, głównie artystów. Dziś poczułam, że ten cały wysiłek, który w to włożyliśmy, nie poszedł na marne, że naprawdę udało nam się to przedsięwzięcie.

Mikołaj, jesteś jednym, z kuratorów tej akcji, jak długo tu pracowaliście?
Mikołaj Winter: Wszedłem tu pierwszy raz chyba wczesną wiosną. Zobaczyłem, jaki ogrom pracy nas czeka, by cokolwiek mogło się wydarzyć. Był tu wielki syf, trzeba było to wszystko posprzątać, to była tytaniczna praca. Samo miejsce jest już komunikatem i wyrazem artystycznym, mamy tu totalny undergrund, do wczoraj nigdzie nie było jeszcze światła, cała akcja nazywa się Art Total! Sztuka Totalna! Całkowita partyzantka artystyczna, nie mamy ogrzewania, mamy koksowniki. Hołduję zasadzie, że im więcej, tym lepiej, dlatego tylu artystów można tu zobaczyć. Duże miejsce to duże możliwości, szkoda było tego nie wykorzystać. Większość twórców to jeszcze studenci. Włożyli w to wszystko mnóstwo zapału i swojego czasu. Najfajniejsze jest to, że nie mamy tu żadnych ograniczeń i możemy stosować wszystkie środki wyrazu. Nikt nam nie powie, ze czegoś nie możemy, bo zniszczymy ścianę…

Swoimi refleksjami podzieliła się ze mną Ela Kantorek.

Jak się tobie podoba ta artystyczna partyzantka?
Ela Kantorek: To na pewno trochę partyzantka. Przede wszystkim jest to budynek do zagospodarowania olbrzymi, wymagało to wiele trudu, by przystosować go choć w minimalnym stopniu do wystawy. Przedsięwzięcie olbrzymie, w założeniu było 60 artystów, opanować to wszystko, założenie wielkie. Na pewno nie są to sale, jakby ktoś się spodziewał, wystawiennicze, ale właśnie chodzi też o to, żeby się wpisać ze swoją sztuką, z tym, co się robi, w tę przestrzeń, która tu zaistniała. Nie zawsze tak jest, ale niektóre sale są niezwykle interesujące. Czasem w tym naszym mieście szuka się nie wiadomo czego, a okazuję się, że pod nosem mamy coś bardzo niezwykłego i trzeba tylko mieć odwagę, by to zobaczyć i wziąć się do roboty. I Gocha Winter tę odwagę ma. Kiedyś wiele rzeczy w Bydgoszczy miało podobne początki, że trzeba było coś zrobić od samego początku, ale niestety o tym chyba zapomniano. Mówi się ciągle o otwartych pracowniach, o tym że nie ma miejsca dla artystów, dla mnie to puste slogany, bo to, co tu widzimy pokazuje, że jeśli tylko się chce to można.

ZbyZiel również dodał swoje trzy grosze…

Jak się Tobie podoba ta sytuacja?
ZbyZiel: Sytuacja podoba mnie się ogromnie. Wielkie gratulacje dla Gochy. Bardzo jej kibicowałem i cieszę się, że się udało. Tylko szkoda, że niewiele z tego wynika, bo telewizja oczywiście nie przyjechała, telewizja ma dziś mecz Zawiszy. Oczywiście jestem kibicem Zawiszy, ale to to się tu dziś zadziało, to bardzo ważna sprawa. To, jak media traktują kulturę w naszym mieście, to po prostu barbarzyństwo. Na tej wystawie najważniejszym pomysłem są latarki. Bo trzeba podejść do dzieła bardzo blisko i się przyjrzeć dokładnie, podświetlić sobie. Wtedy możemy zobaczyć dużo więcej, zobaczyć coś naprawdę. Publiczność jest imponująca. Ludzie mają dość kłamstwa i głupoty, i zaczynają szukać. Bardzo wierzę, że tak właśnie jest.

Działy:
Monika Grabarek

Monika Grabarek

Pedagog, dziennikarka radiowa (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2013 Zobaczyć coś naprawdę