Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (2)

Miejsca

„Tu się pali oponami” – taki napis powinien widnieć na wjeździe do tego dziwnego grodu nad Brdą i Wisłą. Pewna kapela z kraju, gdzie na ostatnim miejscu wprowadzą wspólną walutę, bo tam stoi najsilniejszy bastion snobizmu, olewactwa reszty Europy, a co za tym idzie kultury wysokiej, powiedziała kiedyś: „Wjechaliśmy do Bydgoszczy – miasta dziur i mylnych znaków drogowych”. Dziur owszem, bo była kiedyś Brzydgoszcz miastem agencji towarzyskich (normalni ludzie nazywają te przybytki burdelami lub, w przypadku gości pławiących się w wypłowiałym splendorze stuleci minionych, zamtuzami) oraz banków. Obydwa te miejsca z dziurami mają wiele wspólnego, ale z racji nastałej sytuacji geokapitałowej ostały się tylko te drugie, bo środki na te dziury pierwsze zostały utopione w przepastnych dziurach sejfów tych drugich właśnie. Jeśli natomiast o sytuację drogową chodzi, to faktycznie jesteśmy miastem, gdzie jedno z rond było znane ogólnopolsko, bo ustawki na „bocznego klapsa w błotnik” były przecież legendarne (choć już teraz są utrudnione, bo magistrat zamontował na słupie małego wielkiego brata i oznaczył prawidłowo znakami płaskimi), a na drugim, jak się źle wpasujesz to stoisz na światłach cztery razy. Bez świerszczyka w ręku. Lewym. W większości przypadków w lewym.

Problematyczne w tym mieście jest znalezienie miejsca na cokolwiek. Widziałem już ogłoszenia o pracę opatrzone w odnośnik gwiazdkowy mówiący, że ci, którzy skończyli uczelnię prywatną wyposażoną w ładny skądinąd kampus, mają się nie kłopotać składaniem papierów, bo pracodawca i tak lachę wbije. Spacerowanie tu przedstawia nie lada zagwozdkę, bo po mniej więcej pięciu minutach spacer się kończy, a spowodowane to jest końcem traktu, który proponuje spokój oraz wizualny oddech i wejściem na teren, gdzie zostawia się bez dyskusji zegarek oraz komórkę i sprintem dokańcza się rzeczoną przechadzkę (i za ten wyraz, szanowna babciu, babci szanownej nie lubię). Nawet tam, gdzie w wejściu do pięknego, secesyjnego dworku mieszczącego onegdaj towarzystwo ludzi machających wiosłami, można stanąć, zapalić papierosa i spojrzeć na dzwonnicę kościoła co jest z cegły – nawet tam rzeczywistość uderza obserwatora po twarzy nieprzyobleczonym w jakiekolwiek piękno kubizmem. Po lewej brzydaczy się Wakacyjny Zajazd, w którym dokonać można co najwyżej kosztownego zjazdu, a po prawej widnieje budynek firmy, która obiecuje, iż zaprojektuje was przemysłowo. Obok płoży się coś, co ma okna, ale raczej tylko pro forma. I formą architektoniczną pro bynajmniej nie jest. Na ulicy zaś panuje nieodmiennie i niepodzielnie czerwony Matiz, który jest dla mnie miejscem najokropniejszym ze wszystkich, w jakich można się znaleźć. Jest postawionym na czterech kółkach krzykiem tęsknoty za wszystkimi tymi niewypowiedzianymi zdaniami, których nie wypowiadamy, bo nie mamy już – po dwunastu godzinach harówki za oknami, co są pro forma jeno – siły. Których wypowiadać nie chcemy, bo znowu trzeba będzie kogoś przepraszać z kwiatami. A i tak nikt przeprosin tych nie doceni. O zdaniu pierwotnym nie wspominając. Matiz. Czerwony. For ever.

Miejsce chciałoby się znaleźć na cokolwiek i do czegokolwiek sposobne. Miejsce dla siebie i dla tych, co im miejsca chcielibyśmy ustąpić. Miejsce, gdzie nie byłoby tak banalnie jak w Myślęcinku i tak niechlubnie, nie do końca wielkomiejsko jak na Gdańskiej. Chciałoby się nie widzieć wyciosanej niby siekierą bezsensownej przestrzeni pomiędzy przednimi, a tylnymi kończynami konia posągu króla, co zamurował i sobie poszedł. Chciałoby się móc wrócić na Szwederowo i poczuć woń pieczonej na ruszcie karkówki, a nie smród uryny, którą o czternastej trzydzieści spryskuje chodnik na wpół wystawiony z bramy nagi, napruty osobnik. Ten sam, który dnia następnego będzie się dziwić, dlaczego nie odpowiada się na jego radosne „Dzień dobry!”. Pali wręcz konieczność zaprzestania odczuwania tej architekturalnej czkawki na Długiej, co przeplata budynkowe zęby z koronką z zębami spróchniałymi od zalegającego w korzeniach spleśniałego i zjełczałego pożywienia zbudowanego z biedy i grzechu zaniechania. Ale zgaga nie mija i pali. Pali. I pali. Oponami głównie.

A jednak czasami pali węglem. Może tak to jest, że ten napruty szcza na ulicę i współegzystujących, bo nie można już spokojnie rozpalić z przyjaciółmi grilla. Bo przyjdą panowie i trzeba będzie się uiścić w terminie siedmiu dni. To co ma robić? Może to jest tak, że te zęby kamieniczne zostały zaniedbane i z braku opieki pojawiły się pustostany próchniczne. Może to jest tak, że tylko w mojej, rzadko chronionej czapką antyrzeczywistościowej tarczy, głowie, powstał pomysł, iż ten pomnik jest brzydki… Może.

Mamy taki pomnik, co hołduje obronie, która nie jest już legalna w rozgrywkach ligi NBA. I wszyscy go znają. I w sumie jest jakoś tak w nieokreślony skrajnie fajny sposób. I można usiąść w miarę za nim lub obok niego i spojrzeć na kamieniczne zęby przypominające te wypełniające uśmiech Brada Pitta, bo ktoś o nie dbał i lśnią. Niektóre. Można pójść na wyspę, gdzie mełli ziarno ludzie-duchy. I tam woda szemrze i się buduje coś, co przywiedzie wodę dużą do tego miasta z powrotem. Może. Można stanąć z przyjaciółmi na Widoku (i dosłownie, i w przenośni w tym przypadku – na szczęście) i spojrzeć na to wszystko i, po propozycji zabawy w chowanego, po której zauważasz spokojną nieliczność drzew, spokojnie zapytać kolegi „A gdzie ja ci się tu schowam?”. I spokojnie przyjąć w twarz odpowiedź „A gdzie ja cię tu będę szukać?”. I można w końcu stanąć przy tym secesyjnym dworku i spomiędzy brzydaczenia oraz projektowania przemysłowego wyłuskać zmęczonym już nieco wzrokiem te cegły na tej dzwonnicy. Strzeliście czerwonej. Jak cegła. I pomyśleć, że to w dobrym płynie kierunku. I jedzie tam, gdzie będzie piękniej i miejsc będzie więcej do znalezienia swojego miejsca. Może.

I, że coraz rzadziej jedzie czerwonym Matizem. Coraz, na szczęście, rzadziej.

Do następnego zachmurzenia.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2011 Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (2)