Jak Bydgoszcz odkrywała Dürera i innych mistrzów grafiki…

Albrecht Dürer, Rycerz, śmierć i diabeł, 1513 Albrecht Dürer, Rycerz, śmierć i diabeł, 1513

A.D. – ten monogram, ukryty gdzieś pomiędzy czarno-białymi detalami, rozpala miłośników sztuki na całym świecie. Nie potrzeba jednak częstokroć owych inicjałów, aby rozpoznać dzieło mistrza z Norymbergi – Albrechta Dürera; tak indywidualny, wyrazisty styl cechuje jedynie największych, którzy w swojej epoce i potem stają się wzorami, niejako mimowolnie tworzą szkoły, doczekują się kontynuatorów i kopistów. Wystawa „Rewolucje Graficzne. Albrecht Dürer i szkoła niemiecka XV-XVI wieku” pokazała nie tylko najgenialniejsze zjawiska grafiki epoki późnego średniowiecza i odrodzenia, ale niejako mimochodem uczy nas na nowo dumy z miejscowych, bydgoskich cymeliów bibliotecznych. 

Ta wizyta w Galerii Sztuki Nowoczesnej bydgoskiego Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego, w towarzystwie Barbary Dygdały-Kłosińskiej – kuratora ekspozycji „dürerowskiej”, była dla mnie prawdziwą ucztą ducha; przewodniczka naszkicowała przede mną konteksty, dodała szczegóły, które sprawiły, że za każdym dziełem umiałem dostrzec Albrechta Dürera w innym momencie jego życia.

Kariera Albrechta zapisana w księgach 

Wystawę otwierają księgi z norymberskiej oficyny Antona Kobergera: – Przy ilustracjach do Kroniki świata pracował warsztat Michaela Wolgemuta, w którym terminował zupełnie jeszcze młodziutki Albrecht Dürer! – wyjaśnia kuratorka, dodając, że przyszły wielki „A.D.”, rozpoczął swój staż artystyczny w wieku 14 lat. – Nie wiemy dziś dokładnie, w którym miejscu na kartach Kroniki mamy do czynienia z ręką Albrechta, ale nauki, które odebrał przy tworzeniu tego dzieła na pewno owocowały… – mówi pani Barbara.
W późniejszym tylko o kilka lat dziele poetyckim Statek głupców, Dürerowi pozostawiono już taką swobodę twórczą, że pomimo braku sygnatury, historycy sztuki bez trudu potrafią wskazać strofy opatrzone właśnie jego rycinami.
Zgromadzenie cennych książek, sięgnięcie po ówczesną grafikę użytkową, możliwe dzięki przychylności kilku bibliotek z całego kraju, było wielkim atutem bydgoskiej ekspozycji. Takiej wystawy, ukazującej szerszy kontekst pracy niemieckich mistrzów grafiki, jeszcze w Polsce nie oglądano!

Cudze chwalimy, doceńmy i swoje…

Przygotowując ekspozycję zapukano i do wrót Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki im. dra Witolda Bełzy w Bydgoszczy. Rezultaty zaskoczyły; po raz kolejny okazało się, że pobernardyński księgozbiór bydgoski zawiera liczne białe kruki, godne uwagi cymelia. Barbara Dygdała-Kłosińska wskazuje mi przede wszystkim na dwie po raz pierwszy udostępnione publiczności księgi: pierwsza zawiera ryciny Hansa Schäufeleinena, ucznia Dürera, druga to graficzne dzieło Lucasa Cranacha Młodszego. Kuratorka wystawy komentuje: – Gdy dokonałam kwerendy w warszawskiej Bibliotece Narodowej okazało się, iż pobernardyński zbiór mógłby dostarczyć jeszcze niejednego eksponatu, ale wiele bydgoskich książek z różnych powodów po wojnie trafiło do Warszawy; jednak nawet to, co zostało – warte jest uwagi. Przypomina mi się historia mojego kolegi, który poszukując dokładnie tych samych rycin Lucasa Cranacha Młodszego, musiał jechać aż do Paryża. Nikt nie miał pojęcia, że mogą znajdować się w Bydgoszczy! – pointuje rozmówczyni.
Dokładnie w ten sam ton uderza w kilka dni później Ewa Stelmachowska, dyrektorka bydgoskiej Biblioteki: – Cudze chwalimy, doceńmy i swoje… A przede wszystkim nauczmy się promować „nasze” dobra kultury, zbiory. Niejedno miasto buduje na tym swoją świetną markę…
Bezapelacyjnie popieramy!

Mała historia wielkiej rzeczy. Pionierski spór o prawa autorskie!

Drzeworyty, miedzioryty, rysunki i nieliczne „bliskie tematowi” obrazy, to eksponaty wypożyczone głównie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku, w Poznaniu, Warszawie… Od 19 października do 4 grudnia poznawaliśmy nie tylko „dojrzałego” Dürera, ale również artystów jego kręgu, który modelował dürerowski warsztat, podobieństwa kompozycyjne, dobór tematów, zaangażowanie w społeczną polemikę swoich czasów. Kto domyślny i dociekliwy, dostrzeże bowiem w dorobku i biografiach grafików ślady duchowego rozdroża okresu reformacji, ale również budzenia się nowej, indywidualistycznej świadomości twórców. – Ze wstępu do traktatu o malarstwie, który nigdy nie powstał, wiemy, iż Dürer czuł się wielkim artystą, wiedział, że za swoją pracę i talent należy się godna zapłata. Wymagał od siebie, ale też stawiał warunki. – komentuje Barbara Dygdała-Kłosińska. Sygnatura: A.D. stała się odtąd już na zawsze marką grafiki najznakomitszej, znakiem towarowym wymagającym szczególnego traktowania. Nic dziwnego zatem, że właśnie z osobą norymberskiego mistrza wiąże się prawdopodobnie pierwszy w historii sztuki spór o prawa autorskie; Marcantonio Raimondi swoje naśladownictwo prac Dürera uprawiał tak wiernie, iż na jego odbitkach nie zabrakło dürerowskiego monogramu! Dopiero proces przed senatem Republiki Weneckiej ukrócił proceder Włocha – samo jednak plagiatowanie scen uznano za całkowicie dopuszczalne! Takie i inne „smaczki” pasjonującej epoki można było odkrywać na bydgoskiej wystawie w Muzeum Okręgowym.


Ilustracja dzięki uprzejmości Muzeum Okręgowego im. L. Wyczółkowskiego w Bydgoszczy

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start