Się nam wydaje. W Bydgoszczy (12)

"Balaton". Farbiarnia, Bydgoszcz 2013 "Balaton". Farbiarnia, Bydgoszcz 2013

Kto, czyli bolesność lektury

Tytuł jest bez znaku zapytania, nie „Kto?”, ale: Kto. Pomyślałby kto (no właśnie!), że to mało znaczące. Nic podobnego. W poezji nic nie jest mało znaczące, to jasne, a w poezji dobrej – już na pewno. A to jest dobra poezja. To jest poezja poważna i ważna, ale też odważna (co tu oznacza, że nie boi się stylistycznej brawury, która tę powagę i ważność przełamuje, by wydostać się na teren niepowagi, żartu – gorzkiego, ale jednak żartu, jakiejś takiej niepowagi, ale niepowagi mało beztroskiej, niepowagi ciemnej i ciężkiej).


Ten tytuł jest znaczący. Co konkretnie ów brak jednego znaku interpunkcyjnego oznacza? Jakim sygnałem interpretacyjnym jest to opuszczenie? Trudno stwierdzać jednoznacznie, pomysłów jawi się kilka. Po pierwsze więc, jest znakiem elipsy. Nie wiadomo, co tu opuszczono: czy istotnie było tu jakieś pytanie, którego nie wymówiono? czy może jest jakieś zdanie: „kto …, ten …”, które przez gardło (ściśnięte?) przejść nie chciało: kto żyje, ten cierpi; kto kocha, ten śpiewa. Najistotniejszy jest jednak sam znak: elipsa, opuszczenie, brak. Po drugie, może być znakiem przerwania: „ś” na końcu wyrazu ktoś (no właśnie!) tu uciął, zgubił, poniechał. Nie jest istotne, że jakoś te zagadki rozwiązują dwa wiersze tytułowe (Kto [I] i Kto [II]), ich lektura mnoży więcej i to zupełnie innych zagadek, więc trudno im ufać.

Jak w poprzedniej książce Marka Kazimierza Siwca, tak i tu mamy wiersze starsze zestawione z nowymi, co nie dziwi w przypadku kogoś, kto miał przerwę (nie twórczą, jak się trzeba domyślać, ale wydawniczą) trwająca ponad dekadę (tyle bowiem lat dzieliło wydanie tomu Kostka i ostatniego tomu Żyłka). Mamy też autocytaty i nawiązania – poezja Siwca zatacza koła, dialoguje z sobą z przeszłości, komentuje motywy, które już wcześniej wykorzystywała. Ten ruch odzyskiwania (a takie jest filozoficzny sens powtórzenia, Siwiec-filozof o tym dobrze wie: odzyskać to, co się straciło w akcie powtórzenia to Kierkegaardowski trop i ten trop interpretacyjny jest tu istotny) równoważy utratę (której pierwszym i najbardziej oczywistym sygnałem jest tytuł, ale i później, w trakcie lektury całego tomu, sygnałów tych nie brakuje).

I oto właśnie kolejny klucz do lektury tego tomu i jednocześnie wyjaśnienie jego czytelniczej atrakcyjności: dialektyczne zwarcie utraty i odzyskania sprawia, że ta poezja na przestrzeni całego tomu pulsuje, nie zamiera w bezruchu, nawet, gdy powinna zamrzeć (choćby: z bólu). Nie zamiera, bo pozostaje w ciągłym ruchu między utratą a odzyskaniem, między elipsą a redundancją. Dotyczy to zarówno tematyki tych wierszy, jak i ich stylistyki. Teraz chyba dopiero najpełniej widać, że Marek Kazimierz Siwiec jest uczniem Aleksandra Wata – widać, że odrobił tę trudną i niewdzięczną lekcję doskonale (że odrabiał tę lekcję od dawna, wiadomo po innych niż poetyckie jego pracach, ale teraz znać, że lektury odcisnęły piętno na jego własnym języku). Trudność jej polega na dorównaniu tej skomplikowanej poetyce, która zestawia wzniosłe z niskim, klasycystyczne z awangardowym, wysublimowane z prostym, naiwne z przerażającą realnością, a nade wszystko nie boi się stylistycznego ryzyka. Niewdzięczność natomiast jest związana z lekturową trudnością i – co za tym idzie – niezrozumieniem, niedocenieniem, skazaniem na lekturę niszową.

Najważniejszy jest dla mnie – żadne to odkrycie, skoro poeta nie chowa tego wiersza, przeciwnie – umieszcza go w samym sercu swojej książki (zarówno gdy idzie o geografię tomu, jak i o hierarchię jego problematyki) – poemat Eurydyka i Orfeusz. Znacząca ta kolejność postaci, w kontrze do najsławniejszych wierszy z tym motywem, choćby do Miłosza i Rilkego. Od samego początku obciążony jest więc ten wiersz znaczeniem, od samego tytułu już przykuwający uwagę.

Trudno jest o tym poemacie pisać. Nie dlatego, że nie można go interpretować – jest to temat literaturoznawczo atrakcyjny. Można znaleźć doskonałe konteksty – Marek Kazimierz Siwiec musi zapewne znać błyskotliwą interpretację mitu orfejskiego dokonaną przez Blanchota (a nawet jak nie zna, to dzieli z nim rozumienie mitu i motywy). Jasne jest więc, że Eurydyka i Orfeusz opowiadają o dwóch światach (świecie nocy i świecie dnia) i dwóch rządzących w nich systemach praw (jak w części pierwszej: „w jednym ciele / dwie rozcięte połowy”), że opisuje wydziedziczenie z realności (jak w części czwartej jej cień „idzie dalej przez niego”), że wreszcie spojrzenie Orfeusza napotyka tylko na pustkę po Eurydyce (w części drugiej pokazuje się ten szczególny krajobraz po istnieniu, po Eurydyce: „Oczy całkiem dobrze / radzą sobie / – widzieć pustkę”). Da się więc i poemat ten czytać i o nim pisać. Jest to jednak – i na tym polega trudność – zajęcie niewygodne i uwierające, jak każde pisanie i czytanie o cierpieniu. Jest też najbardziej ludzkie. Jest to ludzkie, by pomimo niewygody do takiej lektury się… zmobilizować? przymusić?

Balaton, czyli siła sentymentu

Kto nie był, ten nie wie. Ja byłem. Właściwie – bywałem nieraz (kąpałem się rzadziej, na łyżwach jeździłem częściej). A tym bardziej bywałem, że dziadków miałem na ul. Bartosza Głowackiego, a do szkoły chodziłem na Cichą. Tak jest, wówczas była to podstawówka o numerze 50 i wdzięcznym niezwykle imieniu – pamięć troszkę zawodzi: albo XX-lecia, albo XXX-lecia Polski Ludowej, ale raczej XX-lecia; odszukałbym tarczę, wiedziałbym, świadectwa bym wygrzebał – to samo, ale gdzie te materialne pamiątki mogą dziś tkwić, nikt nie wie. Materia tamtych lat ginie i ginie bezpowrotnie nasza pamięć. Co pozostaje, to sentyment.

O tym sentymencie traktuje album Balaton. Zresztą, album (no, niewielki album, albumik, ale specjalnie nie chcę tak o nim pisać, by go nie deprecjonować – zdrobnienie w żadnym razie nie powinno mieć w tym przypadku takiego celu, mogłoby natomiast podkreślić jego swojskość, swoistą lekkość, swobodę prezentacji) wykorzystuje sentyment do o wiele bardziej wzniosłych celów. Powiedzieć można: sentyment jest tu mechanizmem spraw o wiele poważniejszych.

Po pierwsze więc: wołanie o odnowienie wspólnoty. Balaton jest dla autorów tego projektu (oprócz części wydawniczej, której efektem jest album, miał on swoją część warsztatową i – inaczej tego nazwać nie można chyba – animacyjną) miejscem magicznym. Magia, która tam się zdarzała jest jednak przyziemna. Ta magia nazywa się wspólnota. Oczywiście trzeba zrozumieć historyczny kontekst tej wspólnoty plażowiczów nad Balatonem (a jest to kontekst niezwykle skomplikowany, przynajmniej w wymiarze politycznym i ekonomicznym). Rozumiem ten sentyment, tym bardziej go rozumiem, że przecież w pewnej części podzielam, jednak nie można zapominać, że plaże nad Balatonem nie zostały zlikwidowane żadnym administracyjnym nakazem, że nikt nie zabronił ludziom tam plażować. Bo jest los Balatonu wskaźnikiem stanu tej wspólnoty, widomym znakiem przemian, jakie wspólnotę dotknęły, jest wreszcie dość wymowna daną do socjologicznej refleksji. Balaton trwa, tak jak trwał – ludzie się zmienili.

Po drugie natomiast: pochwała sąsiedzkości. Tak jak zmieniło się nasze funkcjonowanie w przestrzeni publicznej, tak też zmieniły się formy i warunki współżycia społecznego – co szczególnie dobrze widać po zmianie relacji sąsiedzkich. Ogrodzone bloki i strzeżone osiedla mają swój ponury odpowiednik we wnętrzach klatek schodowych: podwójne, solidnie ryglowane i wyciszone drzwi. To uzupełnia dane do diagnozy sytuacji, o której mówią losy Balatonu.

Każdy z tych problemów porusza inna część książki. Pierwsza, Balaton, składa się z mini-eseju Agnieszki Ługowskiej (dotyczącego zmian społecznych na podstawie wykorzystania przestrzeni publicznej oraz ratunkowi w ratowaniu wspólnoty, jaki zapewnia sztuka), wypowiedzi mieszkańców „mrówkowca” nad Balatonem (które zebrała Justyna Król) i fenomenalnych zdjęć Balatonu autorstwa Jerzego Riegla (aż strach pomyśleć, co też jeszcze ma on w swoich archiwach!). Druga, Duży pokój, zawiera zdjęcia dużych pokojów (dokładniej: meblościanek, które w tych pokojach się znajdują) autorstwa Wojciecha Woźniaka. Przewrotna to próba pokazania, że zamknięcie się w swoim domu (od kiedy to „zamknięcie” jest dodatnio waloryzowana cechą?! i jak do tego doszło?!) nie jest znakiem osobistego bezpieczeństwa, ale przeciwnie sygnałem społecznego rozkładu, który nasze osobiste bezpieczeństwo stale pomniejsza. Przewrotna, bo to, co istotne, dzieje się poza fotografią, dokładnie: dzieje się przed zrobieniem zdjęcia: człowiek wchodzi do czyjegoś domu. Wchodzi gość, mimo że przecież obcy. To wejście jest poprzedzone zdobyciem zaufania, o które przecież w relacjach międzyludzkich chodzi. I my, oglądając te fotografie, jesteśmy dopuszczani do tego zdarzenia i na nas spływa część tego zaufania.

Ale to tylko początek. Sztuka może pomóc, ale oczywiście nie wykona tego zadania za nas. Jeśli istotnie zależy nam na odbudowaniu wspólnoty, jeden ze sposobów działania pokazuje część trzecia książki – niewielka, niepozorna dokumentacja z edukacyjno-animacyjnej części projektu, Warsztaty. Niepozorność nie ma jednak żadnego związku z nieistotnością. Budowanie wspólnoty zaczynało się kiedyś od gry w kapsle i noże. Czy jest szansa na odnowienie wspólnoty na tych samych podstawach? Czy świat zmienił się w sposób nieodwracalny? Książka te pytania stawia odważnie. Państwo niech sobie łaskawie odpowiedzą.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2013 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (12)