Przez rude okulary (11): Halo, wóz...

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski

Mój serdeczny kolega z pracy się odciął. Miał dosyć. Zadzwonił, odmówił, nie zamówił ponownie, nie chciał słuchać o nowych planach, taryfach, pakietach i promocjach dla nowych klientów (swoją drogą w normalnym świecie stary kredens się hołubi i namaszcza, i nabłyszcza, a w tej rzeczywistości wypełnionej koniecznością bycia nowym i świeżym te stare kredensy klienckie obstrukcyjnie traktuje się jak pomniki, co to je gołębie obsrywają niczym portret wąsatego władcy). Jego małżonka mu zawtórowała więc nie było cichych dni wywołanych niemożnością oglądania, jak ludzie na ekranie oglądają ekrany i ludzi oglądających powtórki samych siebie oraz tego, co się obecnie nazywa rozrywką. Nie dziwię się. Poziom rzeczonej rozrywki pozwala na kilkumilimetrowe jeno trzymanie nosa nad poziomem falującego morza ekskrementów. Fenomen tego pudełka zastanawia mnie już od dłuższego czasu, więc o tym małym, ruchliwym kawałku absolutnej nieprawdy w miesiącu, co pamięć narodową ma odgruzowywać z pokładów mamonowej ruiny.

Jestem już raczej bliżej niż dalej jednak nie urodziłem się aż tak dawno, by pamiętać świat bez telewizji. Pogrążony w głębokim śnie hipnotycznym przypomniałbym sobie pewnie pierwsze obrazy otrzymane przez mój mózg za pomocą lampy kineskopowej. Hipnozy na mnie próbowano i albo jestem odporny albo hipnotyzer, co mnie zaczarować próbował, powinien się zająć raczej akwarystyką. Albo wyplataniem czegokolwiek z czegokolwiek. Na czas. Pierwszym filmem, który pamiętam jest Frankenstein i Wilkołak, a pierwszym programem dla dzieci Jacek i Agatka. Nie będę twierdzić, że to wzniosłe i genialne produkcje, bo, co do pierwszego, bałem się, w wieku lat pięciu pewnie, nawet os w cukierni, a co do drugiego to pokażcie jakiemukolwiek pięciolatkowi dwie śmieszne kukiełki i też będzie śmiać się do rozpuku. Jeśli nie, to należy skonsultować go z lekarzem lub farmaceutą albo pogodzić się z faktem, że to geniusz i w przyszłości nie będzie problemu ze zbyt wczesną ciążą. Delikwent taki wolny swój czas będzie spędzać na graniu z kolegami po cerze w planszówki i do dwudziestego piątego roku życia będzie przekonany, że menstruacja to kraj graniczący z Rumunią. Telewizja była wtedy dobrem doczesnym o krótkim okresie dostępu, bo telewizor był jeden i nie było Internetu. Rodzice oglądali Dziennik (niektórzy nadal tak nazywają infotainment panujący teraz niepodzielnie w stacjach zarządzanych przez księgowych raczej niż artystów godzących się na spełnianie roli dyrektora programowego), a dzieci oglądały dobranockę. Jak się udało ściemnić na tyle, że szanowni zapewniacze strawy i opierunku uwierzyli, że się śpi to, występowała szansa na teoretyczne moczenie nocne wywołane starciem pana z korkami po winie w szyi z czymś, co było na tyle włochate, że mogło być jedynie ciocią Klarą. Człowiek dorastał, a rodzice coraz częściej dopuszczali go do świecącego magią prostokątu.

Kabaret Starszych Panów i Kabaret Olgi Lipińskiej to były już małe rodzinne tradycje (nowe i świeckie). Tato tłumaczył co bardziej niezrozumiałe żarty, a mama chichocząc tłumaczyła je dalej, kiedy tato publicznie mylił się w interpretacji. Pewnego dnia, słuchając kolejnej genialnej kooperacji pomiędzy tym starszym panem pękatym i jego wertykalnie szczupłym kompanem, tato oświadczył, że tylko dobry inżynier jest w stanie napisać przebój, bo wie, jak trzeba poskładać odpowiednie elementy i, czasami, na zimno podejść do grania na ludzkich emocjach. Od tej pory połykanie tego Mount Everestu jeśli chodzi o poziom intelektualny rozrywki zacząłem, czasami, traktować wręcz matematycznie. Kabaret traktowało się jak program z najświeższymi wiadomościami, a wiadomości jak kabaret. To się akurat nie zmieniło. Kolos magii wspierać się zaczął na adamantowych nogach noża, co go w wodzie maczano, śmierci, co potrzebowała tylko masła by spowszednieć w sposób strawny i ziemi, co mogła być tylko obiecana. Postaci odgrywane były przez tuzów sceny teatralnej, a nie przez gołowąsów, którzy jedynie Mroczki przed oczami wywołują. Dialogi skrzyły się intelektem i naturalnością ulicy za rogiem. Pawie pióra były pawie, a pawie wywołane zderzeniem z nieudacznictwem scenariuszowym nie zdarzały się w ogóle. Pawie oglądało się w zoo. Zoo zaś przychodziło do domu za sprawą pana, który nazwisko przedzieżgnął w stały element wystroju twarzy. Pilota nie było. Potem był na kablu. Było mądrze i naukowo było. Z lekkim przymrużeniem było oka.

Obejrzałem dzisiaj w telewizji występ trzech dziewcząt nieudolnie udających nieudolne trzymanie rekwizytów zwanych instrumentami muzycznymi. Panienka ruszała ustami do playbacku, a jej kompanki ruszały, do rytmu muzycznego pawia (nie tego z zoo), ledwo co obleczonymi w materiał ciałami. Jedna z nich miała większość swej fizyczności nieobleczoną w nic absolutnie. Młodzieńcy o twarzach bladych zgrzewali się pewnie niczym zepsute lokówki, księgowi zacierali ręce, a prawdziwi dyrektorzy programowi splatali sznur. Z programów telewizyjnych. Pewnie po to żeby uciec z tej srebrzącej się celi. Uciec już na zawsze.

Koszmar nowoczesnej rozrywki wywołał u mojego współbirbanta konieczność odłączenia się od kabla. Czyn swój kolega mój serdeczny opatrzył jeszcze komentarzem „TV pi… psuje ci mózg.” Ja przełączyłem trzy nieudane śpiewaczo eksperymenty księgowości i natrafiłem na program o sztuce ulicznej. Pewnie by się mojemu druhowi spodobał.

Telewizja nie psuje nam mózgów. To my to robimy.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2013 Przez rude okulary (11): Halo, wóz...