Spoza układu (10): Maximum Volume Only. O Diamandzie Galas

Tomasz Kaźmierski Tomasz Kaźmierski

Z twórczością tej artystki zetknąłem się na początku lat 90. Już nie pamiętam, z którym albumem, ani jak na niego wpadłem. Później dowiedziałem się, że oglądałem film z jej wrzaskami w ścieżce dźwiękowej. Gdy wróciłem do tego obrazu, natychmiast je zlokalizowałem. Był to Drakula Coppoli z Garym Oldmanem. Co ciekawe, jej muzyka czy może działanie, w którym muzyka jest elementem, potrafiła dość szybko łamać granice. W latach 90. można było zapuścić fragmenty jej nagrań zatwardziałym metalowcom i oni odnosili się do Diamandy z wielkim szacunkiem. Jeden z nich określił to w następujący sposób: „Stary, z tej płyty wieje diabłem mocniej, niż z kilku albumów ze Skandynawii”.

Przykurzyły się ostatnio trochę te moje – jej płyty, ale powrót znów był emocjonujący. Galas jest z pochodzenia Greczynką. Czuć to w wybuchowości i może w wyniosłości. Mocną traumą, wpływającą na jej twórczość była śmierć jej brata. Pisarz i dramaturg Philip-Dimitri Galas zmarł na AIDS. Diamanda mocniej weszła później w tematykę odrzucenia, tego, co społeczeństwo robi z ludźmi z HIV i tego, co społeczeństwo robi z ludźmi o innej orientacji seksualnej. Wróćmy jednak do nagrań. Po jej pierwszą płytę jechałem do Torunia do sklepu Revolution, była to, drogie dziatki, era przedinternetowa. W Bydgoszczy w Laser-Fanie, ani w Norze, nie mieli, a w Revolution udało się zamówić i kupić. Album The Litanies od Satan trochę mnie rozczarował, gdyż byłem już po odsłuchu najlepszego moim zdaniem w jej twórczości zestawu, czyli tryptyku: Masque of Red Death. Najmocniejsze wrażenie robią albumy The Divine Punishment i The Saint of the Pit. Nawet gdy słuchamy tego w słoneczne południe, zaczyna się ściemniać. Galas prowadzi nas po jakichś dusznych korytarzach, śpiewa, wyje, płacze, łka, mówi jak dziecko, charczy. Poszerza pole walki wokalistów. Warto dodać, że jej rozpiętość głosu to trzy i pół oktawy. W 1991 roku ukazał się koncert Plague Mass – i tak jak często mam rezerwę do nagrań koncertowych, wolę słuchać płyt studyjnych, a na koncertach bywać, tak tu znów pojawiają się wielkie emocje. Wykonuje utwory z tryptyku, pojawiają się jakieś transowe bębny, a całość nagrano w... kościele w Nowym Jorku. Po zwariowanych wokalno-elektronicznych albumach dostajemy coś zaskakującego. Diamanda Galas i fortepian. Znów płyta koncertowa The Singer, a na niej standardy, wśród nich świetny kawałek Screamin’ Jay Hawkinsa I Put a Spell on You, wykonany tak, że u sąsiadów kryształy na meblościankach pękały. Następnie znów zaskoczenie. Płyta Vena Cava. Na CD napis: słuchać tylko na maksymalnym wzmocnieniu. Nie podporządkowałem się i dobrze, bo album rozpoczyna się cicho, od mowy w absolutnej ciszy, później trochę pogłosów, subtelnej elektroniki, ale później wściekły wrzask. Wyliczanki, płacz, wrzask, przemówienie, szept, przekleństwa, dialogowanie samej ze sobą, bełkot pijanego. Kolejna płyta, jak nietrudno się domyślić, to także zaskoczenie. To album rockowy nagrany z Johnem Paulem Jonesem – basistą Led Zeppelin. Mamy rasowe rockowe kawałki, do których świetnie pasuje wokal Galas, ale to już nie ten rodzaj kontaktu, nie ten rodzaj skupienia, nie ta relacja artysta-odbiorca, jak przy eksperymentalnych albumach. The Sporting Life to muzyka towarzysząca, świetna do samochodu. Po Vena Cava myślałem, że dalej już iść nie można, ale po obejrzeniu okładki płyty Schrei X zrozumiałem, że można. Jest jeszcze ostrzej, jeszcze mocniej, jeszcze wulgarniej. Ciąg dalszy poszerzania wokalnego pola walki. To już bardziej wokalny performace, niż występ muzyczny. Znów tylko głos, pogłosy, zniekształcenia, transowe powtarzanie, charczenie, wulgaryzmy. Galas jak medium wyrzuca przez siebie brudy świata. Po odsłuchu jest jednak efekt katharsis. Co ciekawe, album ten udało się kupić w Atenach podczas studenckiej podróży stopem po Europie. Kolejna płyta to znów Diamanda i fortepian, i w tym momencie zaczynam się z nią rozstawać, bo następne wydawnictwa są nagrywane według tego klucza. Udało się natomiast być na jej pierwszym i drugim koncercie w Polsce, we Wrocławiu i Poznaniu. Później jeszcze kilka razy przyjeżdżała do Polski, głównie do Wrocławia, zresztą w tym roku, gdyby nie obowiązki, też bym się wybrał. Jeśli ktoś chce sprawdzić, gdzie są granice sztuki wokalnej, poznać wokalistkę totalną, która daje się nieść sztuce jak szaman duchom, powinien poznać twórczość Diamandy Galas. Tych płyt nie słucha się w pociągu na słuchawkach. Tych płyt nie słucha się co miesiąc. Nie słucha się z kimś. Musi być atmosfera. Trzeba być samemu. Musi być ciemno, a jak nie jest i tak będzie. „Maximum Volume Only”.

* * *

Jesteśmy między dwoma festiwalami. Jeśli ten listopadowy będzie tak udany, jak ten październikowy, a wierzę, że tak, to będzie nieźle. Fonomo zaskoczył świetną atmosferą i jakąś taką pozytywną energią. Zaskoczyć też mogła frekwencja. Takich tłumów w MCK dawno nie widziałem. W ogóle ten wieczór w Bydgoszczy był dość wyjątkowy, bo odbywało się kilka imprez o nieco zbliżonym charakterze, a wszędzie było tłoczno. Mike Stern zagrał w Operze Nova, a w Filharmonii Pomorskiej wystąpił Gary Guthman. W ramach Fonomo można było obejrzeć świetny dokument o zespole Miłość, posłuchać Tymona Tymańskiego, był też, nieco nudny, koncert Jazz Out. Te trzy wieczory, to trzy różne jazzowe światy, ale jednak organizatorzy byli zadowoleni i tak trzymać. W listopadzie natomiast Mózg Festival, a na nim gwiazda Medeski, Martin and Wood. Już się nie mogę doczekać.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2013 Spoza układu (10): Maximum Volume Only. O Diamandzie Galas