Zugzwang (10): Trzej mistrzowie

Szachy w MCKu Szachy w MCKu Fot. Zbigniew Florek

Ostatnio miałem przyjemność obserwować, jak młodzi szachiści świetnie sobie radzą na turnieju zorganizowanym w Miejskim Centrum Kultury. Gdy się im przyglądałem, nurtowało mnie pytanie: jaką drogą pójdą ci młodzi adepci królewskiej gry? Czy niebawem rozstaną się z szachami, czy może będą im wierni choćby i nawet do końca życia? A w życiu bywa bardzo różnie. 

Mało kto wie, ale przez kilka lat w Bydgoszczy mieszkał Jerzy Lewi, mistrz Polski, prawdopodobnie największy talent polskich powojennych szachów. Niestety, niespełniony. Początek lat sześćdziesiątych. Lewi trenował w wojskowym klubie „Caissa” znajdującym się na ulicy Dwernickiego. Szybko piął się w szachowej hierarchii. Wśród juniorów nie miał sobie równych. Pięciokrotnie stawał na najwyższym podium. Sukcesy krajowe zaowocowały startami międzynarodowymi. W 1967 roku na nieoficjalnych mistrzostwach świata w Groningen zajął III miejsce. A była szansa na złoty medal, ale, niestety, nie udało mu się zrealizować znacznej przewagi ze zwycięzcą turnieju, wschodzącą gwiazdą szachów radzieckich, Anatolijem Karpowem. W 1968 r. został mistrzem Polski seniorów. Miał wtedy zaledwie 19 lat. W tamtych już czasie nie mieszkał w Bydgoszczy, choć często odwiedzał miasto nad Brdą. Ten rok zresztą był początkiem jego nieszczęścia. Na fali antysemickiej nagonki wyjechała do Izraela jego matka i wydaje się, że rozstanie z nią było początkiem jego dramatu. W 1969 roku brał udział w turnieju rozgrywanym w Grecji. Po turnieju odmówił powrotu do kraju. Osiadł w Szwecji w mieście Lund, nie czuł się tam jednak dobrze. W 1972 roku zginął w wypadku samochodowym. Niektórzy twierdzą, że to mogło być samobójstwo. Miał wtedy zaledwie 23 lata.

Jednym z najbardziej utytułowanych zawodników w dziejach bydgoskich szachów jest mistrz międzynarodowy Andrzej Maciejewski. Urodził się dwa lata później niż Lewi, w roku 1951, ale największy sukces w karierze osiągnął tuż po jego śmierci. W 1973 roku na rozgrywanych w Gdyni mistrzostwach Polski zajął II miejsce. Był bardzo aktywny do początku lat dziewięćdziesiątych, wygrywając wiele turniejów również o randze międzynarodowej. W 1989 rkou wywalczył tytuł mistrza Polski w szachach szybkich. W późniejszych latach jego aktywność znacznie zmalała, do dziś jednak zdarza mu się uczestniczyć w turniejach. Chętnie też udziela porad młodym adeptom gry w szachy.

Zawodnikiem młodego pokolenia, który na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mocno „namieszał” w szachowej czołówce jest kolejny bydgoski mistrz międzynarodowy Robert Ciemniak. Być może imię, które nadali mu rodzice nie było przypadkowe. Pamiętamy przecież, że szachistą, który w latach siedemdziesiątych rozłożył na łopatki radzieckich arcymistrzów był Robert Fischer. W istocie, Ciemniak nawiązywał do stylu gry słynnego Amerykanina. Był świetnie przygotowany debiutowo. Grał bardzo agresywnie. Nigdy nie odpuszczał partii. Zanim nie wciągnął go biznes, był jednym z tych, którego bali się najlepsi. Sam poczułem siłę jego gry na własnej skórze, na turnieju w Częstochowie w MP do lat 20, gdzie po strasznie zaciętej walce musiałem w końcu skapitulować. Okazało się zresztą, że partia z pierwszej rundy ustawiła cały turniej. Ciemniak mając lat zaledwie 17 został mistrzem Polski. Mnie na osłodę pozostał brązowy krążek.

W tamtym też czasie byliśmy w tym samym punkcie. Co prawda, na MŚ do lat 20 do Buenos Aires poleciał on, ale i ja miałem powody do dumy. Ostatecznie razem odnieśliśmy jeden z ważniejszych sukcesów w historii bydgoskich szachów.

Minęło kilka lat. Był rok, bodajże, 1999. Wtedy też widziałem Roberta po raz ostatni. Wpadł na mnie w hipermarkecie. Stałem w przebraniu klowna i rozdawałem ulotki, zachęcając do założenia konta w jakimś banku spółdzielczym. Robert nie miał zbyt dużo czasu. Już wtedy pracował dla znanej międzynarodowej korporacji. Powiedział mi tylko, że właśnie wrócił z Doliny Krzemowej, szybko zahaczył o Londyn, a następnie wybiera się do Moskwy. Miał tam do podpisania jakiś ważny kontrakt. Patrzyłem na niego z podziwem. Robert był człowiekiem sukcesu, a ja klownem, który reklamował nikomu nieznany bank. A przecież jeszcze siedem lat wcześniej byliśmy prawie równi…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2013 Zugzwang (10): Trzej mistrzowie