SPOZA UKŁADU (9): techno/death metal/hip-hop/free jazz i technologia

Tomasz Kaźmierski Tomasz Kaźmierski

Zastanawiałem się ostatnio nad swoim zbiorem płyt, a to dlatego, że przyszły kolejne i zaczyna się robić pewien kłopot. Gdzie to wszystko trzymać? Półki zapchane w dwóch rzędach, analogi zaczynają spychać książki, kurzy się, po niektóre albumy sięga się częściej, po niektóre prawie wcale, zaczynam się w tym gubić. Gdy ktoś oddaje płytę, dziwię się, że ją pożyczyłem, bo wydawało mi się, że stoi tam gdzie zawsze. Na kolejne półki pozwoleń brak. Kolejnych pomieszczeń brak. Trzeba zatem zdecydować się na jakieś kroki. 

Z pomocą może przyjść chyba technologia. Co trzeba zrobić? Najłatwiej wyrzucić dużo pieniędzy na system odtwarzania strumieniowego i sprawa załatwiona. No tak, ale chodzi o to, by aż tyle nie wydawać. Po co kupować specjalny sieciowy dysk ze zgrywarką płyt, skoro możemy to zrobić na komputerze i dodać dysk, który obsługuje DLNA? Już ten element jest dziesięć razy tańszy od dedykowanego urządzenia. Zatem zaplanujmy, co musimy mieć, bo płyty, wzmacniacz, kolumny i komputer (z wifi) mamy: potrzebujemy odtwarzacza sieciowego, zewnętrznego dysku twardego z obsługą DLNA (np. Twonky Media), sieci wi-fi w domu, przyda się smartfon lub tablet.

Najpierw trochę trudu i zgrywania płyt w bezstratnym formacie (choć na sprzęcie, który nie jest high-endowy trudno odróżnić bezstratny od mp3 320), następnie trzeba podłączyć odtwarzacz sieciowy do routera, do którego mamy już podłączony twardy dysk z obsługą DLNA, który gra rolę NAS-a tzn: dysku, na którym trzymamy wszystkie nasze dane, ale w tym przypadku chodzi nam o muzykę. Odtwarzacz sieciowy podłączamy też do systemu stereo czyli wzmacniacza i kolumn. Po odpowiednim ustawieniu odtwarzacz sieciowy (polecam hybrydę z możliwością odtwarzania CD) „zobaczy” muzykę na dysku, czyli NAS-ie i… można słuchać.

Co ciekawe niektóre firmy produkujące odtwarzacze sieciowe stworzyły też aplikacje na iOS lub Androida. Ściągamy je na smartfona i sterujemy tym wszystkim z komórki! Podobnie możemy postępować z filmami, jeśli do systemu podłączymy odpowiedni telewizor. Są tacy, którzy zgrywają też płyty winylowe, ale to już trochę mi się nie podoba, bo w końcu winyl jest po to, by go czuć pod igłą. Możemy też bawić się w ściąganie plików gęstych czyli jeszcze bardziej upakowanych niż na płytach CD, ale jeśli nie mamy wzmacniacza za 45 tys., a kolumn za 85 tys., to raczej różnic nie usłyszymy, choć niektórzy sądzą, że słyszą, ale często słyszą autosugestię.

Mogą się także pojawić pytania: jak to jest z odtwarzaniem cyfrowym jeśli chodzi o albumy, które nie mają pauz, tak często się dzieje np. na płytach koncertowych. Nie ma z tym problemu, nawet te tańsze sieciowce mają funkcję gapless, czyli będzie tak jak powinno być.

I tak zgrywam i zgrywam te moje płyty i jestem zachwycony działaniem „chałupniczego” systemu odtwarzania sieciowego. Sterowanie smartfonem jest niesamowicie szybkie (jestem gadżeciarzem, moja radość jest bardzo wielka), nie trzeba czekać na ładowanie, nie ma opóźnień, zawieszeń i wreszcie można nakarmić swojego wewnętrznego lenia – czyli nie trzeba wstawać nawet po to, by zmienić płytę CD. Dysk NAS, na którym mamy muzykę i inne dane powinniśmy co jakiś czas kopiować – wiadomo to tylko urządzenie i ma prawo się zepsuć. I tak zgrywam i zgrywam te moje płyty i stwierdzam, że najwięcej tu elektroniki, która wyewoluowała z techno, sporo death metalu, który jest moją pierwszą miłością, free jazzu, który świetnie, zwłaszcza w ekspresji, łączy się z death lub grindem. Gdzieś tam z boku znajdziemy niezależny hip-hop z genialnym „nieintelektualistą” Madlibem i jego dziesiątkami projektów. Mam oczywiście różne płyty, ale jeśli ta muzyka bardziej zbliża się do któregoś z wierzchołków mojego muzycznego kwadratu tym lepiej. A jeśli połączymy niektóre wierzchołki? To już jest wspaniale!

Widziałem coś takiego w 2010 roku na mózgowym festiwalu, zagrali wtedy: Peter Brötzmann, Mats Gustafsson i Paal Nilssen-Love. Były blasty i było saksofonowe szaleństwo. I tak zgrywam i zgrywam te swoje płyty i piszę ten tekst, który chcę zakończyć muzyczną rekomendacją. Kupuję coraz mniej płyt, gdyż, według mnie, coraz mniej dobrych albumów mogę znaleźć, ale ten bierzcie w ciemno. Artysta ukrywa się pod pseudonimem Horror Inc., a jest to Marc Leclair znany wcześniej w techno światku jako Akufen. Zmieszał techno, house, hip-hop, jazz, ambient, dub, soul i pewnie coś jeszcze. Bardzo mnie cieszy, że ten artysta się rozwija i po wielu latach tworzenia, potrafi zaproponować takie ciekawe rzeczy. Szukajcie zatem: Horror Inc. – Briefly Eternal, wydawnictwo Perlon, 2013.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2013 SPOZA UKŁADU (9): techno/death metal/hip-hop/free jazz i technologia