Morze jednak nie…

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski

przez rude okulary (10)

Szanowny, miłościwie i sprawnie panujący nam Nadredaktor Supernaczelny, gdy oświadczyłem mu, że tekst o szkole (co w miesiącu dziewiątym – rodzącym w bólach kolejnych podatników byłoby posunięciem naturalnym) mi nie idzie, powiedział, że „nie musi być śmiesznie”. „Wiem, ale mogłoby.” – odpowiedziałem i udałem się trasą wyznaczoną przez zakładanie i zdejmowanie kaszkietu (uczulenie na słońce, gdyby ktoś tu zajrzał po raz pierwszy), przystankiem na wyjęcie pliku celulozy ze ściany, sałatką ziemniaczaną na rogu, gdzie kurczęciem piekielnym pachnie oraz wzniesieniem, co już niejednego pod wpływem brunatnym lub przezroczystym pokonało. Trasą, która mnie wiedzie do domu, co się znajduje w jedynej dzielnicy, która określenie „drobne” traktuje dosłownie. Trzy godziny przed mikrofonem spędzone na komentowaniu rzeczywistości pozostawiło jednak niejaki niesmak w ustach, więc wyposażony w sok marchwiowy zasiadłem już w domostwie przed komputerotelewizorem i zacząłem ogarnianie tego, co rzeczywistość mi przyniosła. Zastanawiając się jednocześnie, jak nie zawieść czytelników (kilku nawet wiernych) oraz wspomnianego już RedNacza. Powiedzieć mu prawdę po raz drugi dzisiaj, stwierdziwszy, że wena wrześniowa na niewidzialnym koniu bryka? Czy może, prawdę powiedziawszy, skupić się na doniesieniach z zewnątrz, co niezbyt są nagle różowe? Prawdę mówiąc nie wiedziałem… Aż tu nagle zorientowałem się, iż „Siedzę na koniu!”

Pamiętam dziennikarkę, która zagrała samą siebie w filmie wojennym o wojnie nie tej, co zwykle, tylko późniejszej. Logo było żółte, dziennikarka w żółtej kurtce z pięcioma literami, które jeszcze wtedy oznaczały poziom zawodu pytacza wystający o nozdrza znad poziomu dna. Pewnie samochód pani reporterki przypominał rzeszoto i taki sam obraz naznaczony dziurawcem przedstawiało jej konto. Ale pytania były konkretne, a sprawy ważkie. Ta sama pani, zbrojna już w dodatkowe kilogramy doświadczenia dziennikarskiego i ekipę prawie cyrkową prowadzi obecnie program co ma oglądalność równą oglądalności masowych egzekucji w średniowieczu (biorąc po uwagę stosunkową ilość ofiar swych własnych wyborów przebywającą obecnie na Ziemi). Podniecone gospodynie domowe wgapiają się w ekran w wojerystycznym zapamiętaniu się w nadziei, że może komuś jest jednak gorzej. Albo chociaż na tyle inaczej postrzega rzeczywistość, że można będzie przeżyć ekstazę absolutnego niezrozumienia przykrytego, na użytek rodziny i znajomych, świętym oburzeniem. I niewielu wie, a jeszcze mniejsze grono zastanawia się nad faktem, że ci z tymi problemami to po części nieszczęśliwe dusze z castingu, a po części po prostu aktorzy zatrudnieni do spektaklu. Nieważne. Jest krew, pot i łzy. Jest prawda. Jest u mnie chęć spytania tej pani: czy Pani jeszcze pamięta jak to jest być dziennikarzem?
Brodaty dyrektor programowy polskiego odpowiednika telewizji zachodnich z dumą prezentował niedawno nową ramówkę stacji swej umiłowanej w duchu demokracji i kapitalizmu. Wszystko nas położy na kolana, zmiecie z nóg i przetrzebi mózgi nasze swą kosmiczną jakością, trafieniem w gusta oraz nowatorstwem formy. Będą (na wizji) wiwisekcjonować tych, co już upadli, podglądać tych, co się próbują podnieść albo właśnie lecą na pysk z wysokości swego własnego szczytu blichtru. Będą nam mówić, jak gotować, jak się ubierać (jak nie gotować i się nie ubierać oczywiście też nam będą mówić), jak wychowywać, głaskać, kochać, kochać się i nie tylko, pojedynczo mamić innych samym sobą i mamić rzeczywistość grupowo, jak chodzić, jak sprzedawać miasto za pomocą (nastawionego, oczywiście, na prawdziwe emocje) serialu o antytalencikach w kitlach, jak przeżywać i przeżuwać. „Prawda czasu, prawda ekranu… prawda.”
Nie było mi przez jakieś cztery lata po drodze z prawdą. Nakłamałem się tyle, że czasami mam dość siebie. Ktoś powiedział kiedyś, że przeciwko piciu nawołują ci, którzy już sami pić nie mogą. Dużo w tym racji i nienawiści jeszcze z mojej strony większej do tej świętoszkowatej postawy nawróconych grzeszników, którzy z zawiści li tylko żłopią niegazowaną minerałkę. I z przyczyn zaszytych pod skórą jeszcze.
Miałem kiedyś możliwość miłością swą obdarzyć i mieć pewność, że nie ma w tej miłości ani cienia oszustwa i obchodzenia faktów na paluszkach własnych obaw o stratę. Strata i tak nadeszła. Miałem okazję stać w tłumie i słuchać sztuki, która z założenia miała prawdę hołubić, a poklask tamtego wieczoru zyskała dzięki półprawdzie odgrzewanej oraz dowcipnej prawdzie ukradzionej temu, co ją wymyślił i przywłaszczonej dzięki niewiedzy odbierających ją straceńców.
Zgorzkniałe podejście do świata rozświetla czasami słońce samoświadomości. Słoneczne popołudnia zasnuwają czasami samoświadomości tej chmury czarne i skłębione. I żeby nie było patetycznie, to pytanie będzie szwederowskie i naprawdę oczekiwałbym na nie odpowiedzi, bo ta mityczna „czystość wewnętrzna” mało mnie w tej chwili mami: „Na (…) mówić prawdę skoro można kłamać?”
Prawda cię wyzwoli? Może. Czy mam siłę czekać? Nie wiem.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Wrzesień 2013 Morze jednak nie…