Ostatni dzień z życia Kazimierza K.

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Stałem przed lustrem dłużej niż zwykle. Ogarnęło mnie złe przeczucie. Tak ten czas szybko leci. Strasznie szybko. Tradycyjnie pędzelek, krem do golenia marki Wars, żyletki Polsilver, potem woda kolońska. Dzień zaczyna się tak, jak setki innych. Piątek, 11 czerwca 1976 roku. W sobotę rozpalimy grilla. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze, cholera, musi być dobrze. Zaciąłem się.

Mam 33 lata. Troje dzieci, dobrą żonę. Niedawno zmieniłem pracę. Dobrze mi się teraz pracuje w przepompowni ścieków na Osowej Górze. Mam blisko do pracy. Dużo kumpli. Po pracy można „zrobić” jakąś flaszkę. Dzisiaj jednak to nie wchodzi w rachubę. Czeka na mnie jeszcze fucha. Od tygodnia wymieniam znajomemu instalację elektryczną. Właśnie dzisiaj zamierzam zakończyć robotę. Skasować. A może właśnie dlatego wypiję, choć jednego kielicha, zdezynfekuję się? Tak na uspokojenie. Wciąż mam złe przeczucie. Ten wiek chrystusowy tak na mnie dziwnie działa. W radiu właśnie powiedzieli, że dziś imieniny obchodzą: Anastazy, Barnaba i Paula. Nikogo nie znam o takim imieniu. Potem czas na przysłowia: „Gdy czerwiec wodą i chłodem szafuje, to zwykle rok cały popsuje”. Nie sprawdza się. Jest ciepło. Weekend zapowiadał się jeszcze pogodniej, raczej bez opadów. Wieje jedynie lekki wiaterek. To nawet dobrze. Grill się ładnie jutro rozpali.

Mijają kolejne godziny. Nie mam zbyt wiele pracy. W piątek wszyscy odpuszczają sobie robotę. Co chwilę mamy fajrant. Marian zapalił skręta i coś tam gadał o Jaroszewiczu, że premier przygotowuje nam podwyżki. Kto by go tam wiedział. Zapaliłem Carmena. Inny kumpel, który właśnie się na Osowej Górze buduje, poprosił mnie o pomoc. W przyszłym tygodniu szykuje się u niego fucha. Jak skombinuję kable i gniazdka, to zamierza nieźle zapłacić. Nie wnika, skąd skombinuję. Wiadomo, że elektryk swoje wtyki ma. Jeszcze niedawno twierdził, że ta nasza Osowa to prowincja, że tu nawet „wrony zawracają”, a teraz sam rozpoczyna budowę. Tak się właśnie ludzie zmieniają.

Dzionek jakoś zleciał. Zapaliłbym skręta. Marian pali takie dobre z dodatkiem wanilii. Gdzie on jest? Po co o tej porze zszedł na dół przepompowni? Dwanaście metrów w dół. Tam tak obrzydliwie śmierdzi. No dobrze, zobaczę, co on tam robi. Zejdę w mrok po metalowych schodach. Widzę go. O, Jezu, on leży na dole! Pewnie zasłabł. Halo, Marian! Co ci jest? Marian, potrzebujesz pomocy! Idę po ciebie!

11 czerwca 1976 roku zapisał się tragicznie w dziejach Bydgoszczy. Ulatniający się w przepompowni ścieków siarkowodór zabił 7 osób. Pracownicy przedsiębiorstwa po kolei schodzili w dół, by ratować kolegów, prosto w śmiertelną pułapkę. Co więcej, stężenie substancji toksycznych było tak wielkie, że zatruciu ulegli też lekarze i sanitariuszki, którzy spieszyli na pomoc ofiarom: kierowca karetki zapłacił za to cenę najwyższą. Niektórzy ofiarni lekarze, sanitariuszki i sanitariusze uczestniczący w akcji ratunkowej na zawsze stracili zdrowie i byli zmuszeni przejść na rentę.

Ale w tej katastrofie – jak w soczewce – widoczna jest przede wszystkim komunistyczna bylejakość. Pracownicy nie wiedzieli, że może ich spotkać tragedia; nikt ich nie wspierał, nie dbał o ich bezpieczeństwo i higienę pracy. Nie było elementarnej wiedzy, jak udziela się pomocy w atmosferze toksycznej. Lekarze, sanitariusze i sanitariuszki, którzy przybyli na miejsce katastrofy też nie byli poinformowani o zagrożeniu. Wszystko odbywało się żywiołowo, a po zejściu 12 metrów w dół bez specjalistycznego sprzętu sami ryzykowali utratę życia. Technologia i organizacja pracy zaszwankowała w tamtej sytuacji na całej linii. Ostatecznie w PRL-u priorytety były inne: pod koniec czerwca 1976 r. skutecznie stłumiono robotnicze protesty, do których doszło w Ursusie, Radomiu i Płocku, a niepokornych nauczono moresu na tzw. ścieżkach zdrowia. Być może niektóre z nich liczyły nawet po 12 metrów. Tyle musiał dokładnie przejść Kazimierz K., żeby zrozumieć, że jego poranny pesymizm był zasadny.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Wrzesień 2013 Ostatni dzień z życia Kazimierza K.