Społeczna – uwaga, trudne słowo! – partycypacja

Obywatele kultury: Marzeba Matowska, Krzysztof Sadowki, Rafał Bruski Obywatele kultury: Marzeba Matowska, Krzysztof Sadowki, Rafał Bruski Zbyziel

Sprawozdanie z prac Forum Kultury Bydgoskiej

No, może wcale nie takie trudne. Zresztą, to, co się za tym słowem kryje, jest o wiele trudniejsze. Trudniejsze i bardziej ryzykowne dla wszystkich zaangażowanych w proces partycypacyjny stron. Jednak w trakcie demokratycznego procesu ustalania priorytetów rozwoju miasta (tu akurat: w wymiarze jego rozwoju kulturalnego) ryzyko jest wprost proporcjonalne do ostatecznych zysków. Strony zaangażowane w dyskusję ryzykują utratą kontroli czy władzy, a zyskują wszystko inne: społeczną zgodę, dobre pomysły, odpowiedzialnych za swoje miasto obywateli, demokratyczne umocowanie wszystkich wypracowanych decyzji.

Społeczna partycypacja to nic innego jak demokracja w działaniu. Oznacza ona istnienie płaszczyzny wymiany poglądów i negocjowanie kształtu prowadzonej polityki przez mieszkańców, obywateli, społeczeństwo z demokratyczną władzą. To negocjowanie musi jednak dotyczyć poważnych problemów i musi mieć zaplanowaną formę. Kultura – nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej – jest taką poważną sprawą. Może najpoważniejszą. Bo obejmuje wszystkie sfery, od których zależy jakość życia ludzi: planowanie przestrzeni, edukację, ustalanie strategii rozwoju, problemy społeczne. Listę można oczywiście wydłużać.

Warto zdać sobie sprawę, że w Bydgoszczy ma właśnie miejsce coś, co zauważają ogólnopolskie opiniotwórcze media, coś, co stawia nas w jednym szeregu z Wrocławiem, Poznaniem czy Gdańskiem. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa, że to tylko potwierdzenie naszych możliwości, czy niezasłużony awans przekraczający nasz realny potencjał – to i tak powód do zadowolenia i wyraźny sygnał zmian, jakie tu mają miejsce.

Forum, kultura, Bydgoszcz

Forum Kultury Bydgoskiej powołane było na gruzach bydgoskiej aplikacji w konkursie ESK 2016. Akt założycielski nie był więc w pełni demokratyczny. Do forum w pierwszej kolejności weszli przecież ci, którzy dołączyli wcześniej do ogłoszonej w sposób odgórny akcji kulturalno-promocyjnej. Trudno zresztą, żeby przedsięwzięcie takie jak konkurs o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury – z całym jego wymiarem promocyjnym, ekonomicznym, politycznym wreszcie – był inicjatywą obywatelską, oddolną, społeczną. Można sobie za to wyobrazić, że inicjatywa taka jest poddawana szerokim konsultacjom społecznym i że zostaje wdrożona szeroka akcja informacyjna wśród mieszkańców miasta i regionu. W ocenie bydgoskiego wniosku wytknięto właśnie brak tych dwu elementów.

Forum kultury powstałe na gruzach tej inicjatywy zdawało sobie z tego sprawę. Jedynym rozsądnym wyjściem z pułapki niedemokratyczności było całkowite otwarcie. Forum założyła grupa inicjatywna (w jej skład weszli przedstawiciele instytucji kultury i organizacji trzeciego sektora), której kolejną – po powołaniu forum do życia – decyzją było zaproszenie wszystkich chętnych i zainteresowanych do udziału w jego pracach. By uczestnictwo w forum ułatwić, zorganizowano kilka otwartych debat i wiele spotkań roboczych.

Głównym zadaniem, jakie postawiło sobie forum, było zorganizowanie Bydgoskiego Kongresu Kultury. Do tego zdarzenia miały przygotowywać wspomniane debaty, które z jednej strony miały gromadzić wokół siebie coraz więcej osób, a z drugiej – przygotować zagadnienia, które mają zostać przedyskutowane na kongresie.

Debata, czyli spór o lepsze

Do tej pory odbyło się kilka spotkań, które nie miały formy debaty, a służyły jedynie ustaleniu kształtu dalszych prac (było to konieczne, chociaż nielubiane i łatwe do obśmiania „głosowanie nad metodą głosowania”). Ten przykry moment, przy okazji którego pojawiają się zawsze wzajemne pretensje i nieufność, zapewne minął. Chociaż naiwnością byłoby twierdzić, że nieufność zupełnie znikła. To dobrze – proces zyskiwania (czy: odzyskiwania) zaufania nie powinien kończyć się nigdy. Szczególnie – nigdy nie powinien ustawać wysiłek zapewniania o czystości intencji. Dotyczy to każdego uczestnika debaty, każdej z jej stron.

Do tej pory odbyły się dwie debaty pod hasłami – kolejno – uczestnictwa i kreatywności. Obie próbowały nie tyle rozstrzygać problemy związane z tymi dwoma polami zagadnień, ale – realizując plan minimum – choćby je tylko nakreślić.

Chaos tych debat był dla wielu ich uczestników frustrujący. Dla wieszczących forum klęskę był radosnym potwierdzeniem ich czarnowidztwa. A jednak nawet klęski i mielizny tych debat są, w moim przekonaniu, cenne. To właśnie niewielka frekwencja, wzajemne zarzuty, niezrozumienie, brak otwartości na poglądy innych stanowią niezwykle istotną część wypracowywanej diagnozy. Te klęski debat także zarysowują obszary, o których będzie trzeba rozmawiać podczas kongresu.

Problemy w kolejce

Forum czekają kolejne debaty: o bydgoskiej tożsamości, o współpracy. Najbliższa jednak ma się zająć problemem rewitalizacji. Chodzi, oczywiście, zarówno o rewitalizację architektoniczną miasta, jak i – ściśle z nią związaną – rewitalizację społeczną. Rewitalizacja, czyli odnowa zdegradowanych przestrzeni miejskich, jest szczególnie istotna w miastach takich jak Bydgoszcz.

Tę istotność widać po zrewitalizowanej przestrzeni miejskiej na Wyspie Młyńskiej. To pierwsze miejsce w Bydgoszczy, gdzie wreszcie widać ludzi, którzy siedzą, odpoczywają, opalają się, rzucają frisbee, czują, że to miasto – jakiś jego kawałek przynajmniej – jest ich. Ze skali problemu łatwo zdać sobie sprawę, gdy się zna nakład czasu i środków, jakie pochłonęła rewitalizacja wyspy, a przy okazji – gdy zrozumie się, jak niewielki, mimo wszystko, jest skutek społeczny tych wysiłków.

Rewitalizacja ma też swoją negatywną stronę. Rzeczywiście może przywracać ład architektoniczny i poprawiać estetykę miejskich przestrzeni, ale jednocześnie przynosi ze sobą groźbę zmiany charakteru całych dzielnic, zmiany ich przekroju społecznego, wysiedlenia dawnych mieszkańców, wzrost cen mieszkań w rewitalizowanym rejonie. Niezbędne jest działanie jednocześnie radykalne (w sferze poprawy warunków życiowych mieszkańców) i ostrożne (by radykalna poprawa warunków bytowych jednych nie oznaczała marginalizowania i zwiększenia niedogodności życia innych). I o tym właśnie trzeba debatować. Trudność zadań, jakie stoją przed wszystkimi stronami procesu partycypacji – społecznością lokalną, organizacjami pozarządowymi i władzą – usprawiedliwia ewentualne niepowodzenia i potwierdza istotność planowanego kongresu.

Jaki statek zwodujemy?

Działalność Forum Kultury Bydgoskiej realizuje się w trybie partycypacji społecznej (cykle debat, spotkań roboczych i dyskusji, których zwieńczeniem ma być Bydgoski Kongres Kultury, w które zaangażowani są mieszkańcy, przedstawiciele organizacji pozarządowych i władze), ale nie jest to jedyna działalność partycypacyjna, w jaką zaangażowani są członkowie forum i władze miasta. Od dwóch miesięcy odbywają się też warsztaty, które prowadzi warszawska Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Warsztaty mają doprowadzić do wypracowania kształtu przyszłej „Miejskiej Instytucji Kultury” (cudzysłów sygnalizuje tyle tylko, że nie chodzi tu o konkretną instytucję o konkretnej nazwie, ale o instytucję modelową, taką, jaką dopiero chcielibyśmy stworzyć). Ale, co oczywiste, dotyczą też szerzej rozumianej polityki kulturalnej miasta, z którą ten projekt – jeśli ma być skuteczny – musi być spójny.

Pierwsze, marcowe warsztaty zostały poświęcone określeniu wartości, jakie powinny budować taką instytucję (transparentność, otwartość, antyspektakularność, nowoczesność, kreatywność) i działań, poprzez które te wartości miałyby się realizować. Warsztaty drugie, kwietniowe – na bazie wcześniejszych rozwiązań – opisały funkcje, jakie powinna spełniać taka idealna „Miejska Instytucja Kultury”. To, co wypracowano do tej pory, zamyka się w szeroko rozumianej edukacji kulturalnej, działalności animacyjnej, której nie obejmują istniejące w tej chwili w mieście instytucje. Wizja nie jest precyzyjna, ale zarysowana w niej instytucja jest usłużna wobec mieszkańców, spełnia ich potrzeby, ignorując wszelkie środowiskowe i branżowe roszczenia, nie służy dobru elit, ale dobru powszechnemu, działa na rzecz tych, którzy nie mieszczą się w ofercie kulturalnej istniejących podmiotów.

Jednak niezależnie od wypracowanego modelu, niezależnie od jego utopijności – proces partycypacji jest cenny. Musi się on skończyć sukcesem z jednego choćby powodu: raz wdrożonego procesu partycypacji nie sposób już zatrzymać – może to zrobić tylko władza autorytarna. Raz dokonany wyłom w skostniałym systemie podejmowania decyzji – jednoosobowo, nie licząc się z opinią publiczną i jej dobrem, który to sposób chyba znamy aż zbyt dobrze – musi się tylko powiększać.

To, czy razem ze „Stocznią” zbudujemy instytucję, która będzie dumnym okrętem flagowym czy może tylko dziurawym kajakiem, zależy wyłącznie od nas.

Bydgoska inicjatywa nie istnieje w próżni. Wspomniane wcześniej miasta także walczą o swoją przyszłość. Działa również ogólnopolski ruch społeczny Obywatele Kultury, który walczy o „przywrócenie kultury do życia społecznego”, co wiąże się ze zmianami finansowania kultury i edukacji kulturalnej w Polsce, zmianą przepisów skarbowych, by umożliwić przekazywanie 1 procenta podatku CIT na cele kulturalne i większą transparentnością w zarządzaniu kulturą i jej finansowaniu. Postulaty Obywateli Kultury zostały zawarte w Pakcie dla Kultury – dokumencie negocjowanym z rządem i poddanym pod społeczne konsultacje. Poparcie dla założeń paktu zadeklarował także Prezydent Miasta Bydgoszczy Rafał Bruski. Sama deklaracja, co oczywiste, do niczego nie zobowiązuje, ale nie jest pustym gestem. Jest ważnym elementem budowania wzajemnego zaufania i zrozumienia. Przynajmniej tyle.

Sam pakt i prowadzone nad nim prace mają jeden niezaprzeczalny walor: przywracają podmiotowość obywatelom przez to choćby, że odnawiają i nadają pozytywną konotację samemu słowu „obywatel”. Obywatel Kultury jest określeniem odartym z demagogii. A z drugiej strony pozbawionym eskapistycznych złudzeń – Obywatel Kultury pozostaje przecież obywatelem, obchodzą go sprawy społeczeństwa, w którym żyje, bo kultura, której jest mieszkańcem jest dziedziną codzienności. Obywatel Kultury brzmi po prostu dumnie. Nie mówiąc już o tym, że ma fajne inicjały.

Problem dewaluacji ważnych słów w naszej sferze społecznej jest zresztą jednym z najpoważniejszych hamulców jej rozwoju. Oddolne ruchy na rzecz kultury przywracają sens tym słowom. W kontekście kulturowej zmiany, o którą apelują, obywatel i dobro wspólne nie brzmią fałszywie.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Maj 2011 Społeczna – uwaga, trudne słowo! – partycypacja