Przez rude okulary (9): Sam!

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

No i doszło do tego. Bo dojść przecież musiało. Nie dane mi było utrzymanie czystego konta tych wszystkich malkontenckich wielbicieli kultury tak zwanej wyższej, którzy twierdzą, że jedynie Bergman o północy zapijany wytrawnym niczym ocet winem i zajadany rukolą we wszystkich możliwych postaciach jest w stanie duszę ludzką nakarmić w sposób szlachetny i odpowiedni dla tak wyszukanych jednostek biologicznych jak My. Nie dane mi było bezkresne wdzięczenie się do odtłuszczonych, bezcholesterolowych i humusowo-tofu-bezsmakowych doznań stanowiących kwintesencję każdego dnia osobników obleczonych w czarne elastyczne golfy i, choćby nie wiem jak tragicznie to wyglądało, noszących spodenki, co do których ja miewałem wątpliwości nawet jeśli w planach był wypad do piaskownicy. Musiał nadejść w końcu dzień, w którym Szwederowiak przyzna się do tego, że się zakochał i kocha miłością pierwszą i czystą kulturowy ekwiwalent wygazowanego piwa i lekko już podsuszonego hot-doga. Jam jest ten, który randki odwoływał w liceum po to, żeby poczytać. Jam również jest ten, który gna przez miasto po to, by w towarzystwie mokrej włoszki o dziwnie niedziewczęcym imieniu Rafał kontemplować coś, co nazwałem kiedyś tańcem przy przekraczaniu prędkości. O dwudziestu dwóch mężczyznach więc w miesiącu, co rozpoczyna wakacje i przywiedzie do nas Wiarę, Jagę i Żyletę.

U nas się grało na żużlu. I wydaje mi się, że boisko przy pięćdziesiątej siódmej nadal nadaje się raczej dla czterech facetów, którzy jeżdżą ciągle w lewo. Jak się człowiek przewrócił to był umorusany i krwawił z licznych ran powierzchniowych, co utrudniało czerpanie w pełni radości z lekcji chemii i matematyki (które solą i ciecierzycą są przecież każdego dwunastolatka). Nie tylko z tych powodów jednak, gdy koledzy starali się wyglądać jak zgrany taktycznie organizm, ja udawałem się do sali gimnastycznej i przy użyciu drążków oraz skrzyń budowałem swój indywidualny wizerunek świata. Jak trzeba było, to grałem, bo jak powtarza ta mokra włoszka ze wstępu: no trudno, co zrobić.

Liceum mi przeszło pod znakiem muzyki, a to oznaczało, że jeszcze bardziej oddaliłem się od zrozumienia faktu, że nie można kupić 22 piłek i rozdać ich tym spoconym facetom tak, żeby każdy miał swoją, a co za tym idzie przestał próbować zaboru tego, w oryginale, świńskiego pęcherza pozostałym miłośnikom relaksu na trawie. Na studiach na wuefie się spało, bo był w poniedziałek o 9.00 i tylko nierozumiejący rzeczywistości mleczarze oraz studenci analityki, co jest medyczna lub trąci siarką byli w stanie dźwignąć o tej porze pojemnik na otarty i wysuszony mózg do pozycji zapewniającej pionowy ogląd wszechświata. No a potem…

Pamiętam dokładnie ten wieczór roku niepańskiego 2005, kiedy to koledzy wysyłali sobie smsy z wiadomościami o tym, że już nie ma po co oglądać, że już „po meczu” i że bez sensu, bo już „nic nie zrobią”, więc można wrócić do grania w rzutki i sprowadzania się do poziomu lekko tylko wyszorowanych desek. Kolega o cierpliwości większej niż nietolerancja na brunatność w płynie zaczął mi tłumaczyć, co to znaczy „włoska obrona” i „murowanie bramki” oraz że „stawianie autobusu” nie jest wcale aktem wandalizmu mającym na celu falliczne nacechowanie mojego ulubionego miejsca spożywania literatury. Nie wtedy jednak pokochałem. Nie wtedy, bo to były tylko wiadomości tekstowe i nawet narastające na zmęczonych już zwiotczeniem twarzach moich kompanów zdziwienie nie było mi w stanie zakłócić lekko jeno podrażnionej obojętności. Obejrzałem ten mecz trzy dni później. Obejrzałem i zobaczyłem współczesnych gladiatorów. Zobaczyłem jak kapitan Liverpoolu biegnie po zdobyciu bramki na jeden do trzech (oznacza to tyle, że nadal byli w głębokiej… pieczarze i nadal Włosi mają najlepszą obronę na świecie i będą dręczyć środek komunikacji miejskiej, ale zaistniała tak zwana iskierka lub światełko) wzdłuż lini bocznej i krzyczy do swoich kibiców, żeby też zaczęli krzyczeć. I zaczęli. Skończyło się na tym, że autobus miał powybijane szyby, obejrzeliśmy nasz narodowy taniec Wielkiego Ptaka (napiszę kiedyś osobny tekst o tym, co ten człowiek zrobił tamtego dnia), stało się to co stać się nie mogło, nastąpiło 15 minut, które wstrząsnęły światem, a ja siedziałem ze zrytym gardłem i absolutnie adamantowym przeświadczeniem, że byłem świadkiem najlepszego widowiska sportowego w historii sportów wszelakich. Do dziś tak twierdzę. I do dziś (mimo, iż nie wiedzie im się teraz najlepiej) zakładam raz w tygodniu czerwoną koszulkę.

Lipiec to miesiąc, w którym po dziewiętnastu latach przerwy Zawisza Bydgoszcz powraca do rozgrywek ekstraklasy. Porównywanie gry naszej miejskiej drużyny z grą ekip z ligi angielskiej nie ma sensu. Pragnienie dorównania tym, o których myślimy czasem (w malignie), że są do ogrania to hołubienie marzeniom o powrocie miłości, która stwierdziła, że się jednak myliła i już sobie idzie. Będzie głośno, będzie brudno i nie będzie można spać, bo pod oknem będą świętować albo płakać na pełny regulator ci ubrani na czarno-biało-niebiesko. Ja nadal wolę czytać książki niż oglądać mecze. Ale zgadzam się. Ja, „człowiek kultury”, zgadzam się na ten zgiełk i dym i uciążliwości wszelkie. Zgadzam się, bo mam drużynę, której będę kibicować, bo dostała się tam, gdzie się dostała i jest z mojego miasta! Zgadzam się, bo piłka nożna jest piękna i budzi emocje! A coraz mniej mamy takich rzeczy dookoła.

Radosnych wakacji. You Will Never Walk Alone.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Lipiec / Sierpień 2013 Przez rude okulary (9): Sam!