SPOZA UKŁADU (6): Rower

SPOZA UKŁADU (6): Rower Fot. sxc.hu

Rower, rower i jeszcze raz rower. Jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Bez paliwa – nie licząc picia i jedzenia – można przemieszczać się dużo szybciej niż podczas marszu lub biegu. Przez lata był, do dziś zresztą jest, dla niektórych koniecznością czyli środkiem lokomocji, ułatwieniem dostania się do pracy, do wiejskiego lub miejskiego sklepu, szkoły. W większych miastach jego funkcja jest nieco inna. Jest to, z jednej strony, sposób na tanią i szybką komunikację, a z drugiej, zwłaszcza w weekendy, rodzaj sportowej fanaberii. W tygodniu jeździmy na rowerze nie dlatego, że nie ma komunikacji miejskiej, tylko dlatego, że jest ekologiczny, nie czeka się na przystankach, nie płaci się za paliwo i bilety. Jakże miło jest omijać miejskie korki i zamiast 25 minut, jechać do pracy 7 minut. Jest jednak coś jeszcze. Coś ponad. Coś, co daje poczucie niezależności, wolności, czucia się do końca sam ze sobą. Jazda weekendowa. I teraz właśnie dochodzimy do wymiaru duchowego czy psychologicznego.

Psychologiczny i duchowy wymiar jazdy na rowerze? Tak. W przypadku długich wypadów za miasto najpełniej realizujemy wspomnianą fanaberię sportową. Jadę, bo bardzo chcę się przejechać i zmęczyć. Mógłbym mieć jakieś wątpliwości, gdybym opierał się tylko na własnych doświadczeniach, ale o podobnych doznaniach mówiło mi wiele osób. Zresztą to chyba można też porównać do innych „samotnych” sportów, choć chyba na rowerze, jest to nieco przyjemniejsze niż podczas biegu czy pływania kajakiem. Po kilkunastu kilometrach jazdy, monotonnego pedałowania, pojawia się coś takiego jak uwolnienie od kłopotów, spraw, problemów, które zostawiamy w mieście. Pedałowanie ma znamiona mantry, afirmacji. Z kolei z rozumem zaczyna się dziać coś trochę podobnego do defragmentacji dysku komputerowego, ale w bardziej humanistycznym stylu, czyli układanie spraw według wagi, wartościowanie różnych rzeczy, wyrzucanie tych niepotrzebnych, generalnie swobodne rozmyślanie, na które nie ma szans podczas zwykłego trybu życia w gęstwinie codzienności. Rower, rower i jeszcze raz rower. Po oczyszczeniu jesteśmy z kolei gotowi na zachwyt naturą. Piękniejsze niż zazwyczaj są lasy Puszczy Bydgoskiej, zatrzymujemy się i wpatrujemy w horyzont łąk za Przyłękami w stronę Łabiszyna. Mamy kolejną chwilę dla siebie czekając na prom podczas objeżdżania Gopła. Tracimy oddech i poddajemy się podczas leśnego, piaszczystego podjazdu, który jeszcze przed chwilą postanowiliśmy pokonać. Pędzimy na wariata w stronę Wisły w okolicach Kozielca. Zdejmujemy z twarzy pajęczyny jadąc ścieżką w gęstym zagajniku. Doznajemy zastrzyku adrenaliny, gdy goni nas wiejski burek. Obserwujemy strome zbocza Zalewu Koronowskiego wyobrażając sobie zalane przed kilkudziesięciu laty wsie. Podziwiamy proste życie i piękne w swojej banalności gadki pod wiejskim sklepem. Maślanka z kartonu znów smakuje jak z foliowego worka pita przez odgryzioną końcówkę. Mineralna z plastiku smakuje jak Grodziska ze szkła, a napoje izotoniczne… nie kojarzą się, niestety, z niczym smacznym sprzed lat, proponuję zatem kupować w wiejskich sklepach czerwoną oranżadę w starym stylu, najlepiej o smaku rozpuszczonej landrynki. Rower, rower i jeszcze raz rower. Zwłaszcza teraz, w czerwcu. Z kolei gdy podczas wakacji możemy pozwolić sobie na kilka rowerowych dni i dłuższą podróż, samotność rowerzyście też sprzyja. Gdy pojawia się dwóch podróżnych, automatycznie stanowią już grupę zamkniętą. Zupełnie inaczej jest, gdy jedzie się samemu. Ludzie pytają: skąd, dokąd i dlaczego? Oferują pomoc. Rower, rower i jeszcze raz rower.

No tak, ale w cyklu Spoza Układu powinno być też coś o muzyce. Generalnie jeżdżę bez słuchawek, by słuchać natury, ale zdarza się podróżować z muzyką, zatem teraz moje propozycje muzyczne uzależnione od otoczenia. Niektóre trochę z przymrużeniem oka.

Las liściasty: Cathedral, pierwsza płyta. Las sosnowy: Bathory – Hammerheart, las mieszany: Samael – Worship Him, pejzaż miejski nowoczesny i czysty – James Blake – debiut, pejzaż miejski poprzemysłowy: Mouse On Mars z albumu Instrumentals albo Glam, na „londynku”: Gonjasufi – The Sufi and the Killer lub Pole z płyt 1, 2, 3, łąki i otwarte przestrzenie utwór Slowly z płyty Amona Tobina Supermodified. Jestem otwarty na Wasze propozycje i ciekawy Waszych zestawień. Zatem śmiało: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. . Rower, rower i jeszcze raz rower.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start