Coś mocnego, co uderzy w widza…

"Warszawskie historie" "Warszawskie historie" Fot. Jacek Dryga

Z Maciejem Cuske rozmawia Monika Grabarek.


Na jakim etapie w tej chwili znajduje się praca nad filmem?
Zakończony został montaż, najżmudniejszy etap w postprodukcji. Teraz czyścimy dźwięk i tworzymy muzykę. Układek montażowych mieliśmy ponad dwadzieścia na przełomie trzech miesięcy, czasem nie mieliśmy czasu na ich obejrzenie, robiliśmy więc takie specjalne pokazy dla kilku osób, które nigdy nie widziały dotychczasowych zdjęć, żeby mieć świeże spojrzenie, by złapać dystans do tego, co już zostało zrobione. Takie nieskażone spojrzenie wraz z wiedzą, którą my mieliśmy, bardzo dużo nam dawało.

Rozmawiamy w połowie maja; kiedy możemy się spodziewać premiery?
Premiera filmu nie kinowa, a festiwalowa odbędzie się pod koniec czerwca w Koszalinie podczas Festiwalu Debiutów. Natomiast co do premiery kinowej to termin jest jeszcze nieznany, ponieważ to w dużej mierze zależy od producenta i dystrybutora.

Jesteś dokumentalistą, to twoja pierwsza fabuła. To naturalna droga, że po filmach dokumentalnych przychodzi czas na film fabularny?
Chyba nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, po prostu zawsze chcę robić kino, to jest moje marzenie, małe czy duże, chcę robić filmy. Najważniejsze dla mnie jest to, by ciągle po tę kamerę sięgać i pokazywać to, co się dzieje wokół mnie. Mam kilka pomysłów na kolejne filmy fabularne, chodzi mi po głowie by zrobić coś dla młodzieży, ale jeszcze za wcześnie by o tym mówić. Jednocześnie wciąż pracuję nad nowymi dokumentami.

Warszawskie historie mają bardzo ciekawą konstrukcje. To splot kilku historii…
Tak. Ten film to pięciu reżyserów i sześć nowel. Rzeczywiście to jest splot, te historie coś ze sobą łączy, przeplatają się. W scenariusz były to osobne opowieści, moja nowela miała za zadanie je wszystkie połączyć. Podczas montażu okazało się, że nie jest to takie proste. Urzekło mnie to, że powstawanie fabuły to trochę taka czysta karta. Każdego dnia powstają nowe pomysły, coś się wydarza, wszystko dopasowuje się do możliwości danego dnia, do formy aktorów. Wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem, ze scenariuszem, a potem przy montażu okazuje się, że może powstać sto różnych filmów, sto możliwości, podobnie jak przy dokumencie. Przy pierwszej układce montażowej zobaczyliśmy, że to, co było napisane, nie działa, że nie jest spójne, a na tym nam bardzo zależało. Widz chce zobaczyć film, a nie zbiór nowel, tak mi się przynajmniej wydaje. Mam nadzieję, że w końcu to nam się udało, że odnaleźliśmy wspólny mianownik dla tych wszystkich historii i powstała spójna, nierozerwalna całość, że teraz to wszystko płynnie się ze sobą splata. Mam poczucie, że nam, pięciu reżyserom, z których każdy ma inny temperament, nawet czasem inne myślenie o kinie, udało się stworzyć jeden spójny organizm. I co najważniejsze – bez bolesnych kompromisów. Oczywiście wspólna praca wymaga czasem negocjacji i wyrzeczeń, ale wiedzieliśmy, że robimy wspólny film i tylko wtedy wygramy, kiedy będziemy działać razem.

Właśnie trochę ubiegłeś moje pytanie. Pięciu reżyserów, pięciu artystów, indywidualności na planie- to nie mogło być łatwe…
Mieliśmy sporo kryzysów… Na etapie zdjęć wszystko było fantastyczne, wydawało nam się, że jesteśmy niesamowicie zwartą grupą, zdarzały się różnice zdań, ale bardzo sobie pomagaliśmy. Trudniej było później, gdy podczas montażu musieliśmy znaleźć ten wspólny mianownik, połączyć poszczególne historie w jedno. Dzięki temu, że pracowaliśmy razem mieliśmy szanse na debiut w dużym filmie fabularnym, bo gdyby każdy z nas robił sobie osobną nowelę, te filmy pewnie gdzieś przepadłyby w masie krótkich form i nie miałyby szans na dystrybucję kinową. Na planie ominęła nas też samotność debiutanta, ponieważ bardzo wspieraliśmy się wzajemnie. Oczywiście była umowa, że każdy jest autorem swojej części i nie mogło być tak, że każdy ma tysiąc złotych rad, podbiega w czasie pracy i mówi: to zrób tak, a tamto tak… O tym nie było mowy, ale korzystaliśmy ze swoich rad, bo często w pracy tracimy dystans do siebie i do tego, co robimy. Każdy reżyser miał jednego asystenta spośród nas i to on zbierał opinie innych, ale decyzja zawsze należała do reżysera. W filmie jest jedna duża zbiorowa scena bardzo ważna dla filmu z mnóstwem statystów, wiedzieliśmy, że musi wypaść bardzo autentycznie, wiarygodnie, że trzeba pokazać, że tym ludziom naprawdę o coś chodzi, i w tę scenę włożyliśmy ogromny wysiłek. To był sprawdzian naszego wspólnego działania, dlatego zrealizowaliśmy ją prawie na początku zdjęć.

Kanwą Historii warszawskich są wydarzenia, które miały miejsce trzy lata temu na Krakowskim Przedmieściu, to, co się tam wtedy stało przypieczętowało pęknięcie w naszym społeczeństwie, uwypukliło podział. To dla wielu bolesny temat, dla innych nudny i ograny. Nie bałeś się, że widzowie są już tak zmęczeni katastrofą smoleńską, wszystkimi teoriami o jej przyczynach, że nie będą chcieli oglądać takiego filmu?
Na etapie scenariusza bardzo dużo dyskutowaliśmy o tym. To , co się wtedy w Warszawie stało nie było naszym punktem wyjścia. W filmie punktem wyjściem jest zawsze bohater, jego historia i bardzo staraliśmy się, żeby tamte wydarzenia nie przysłaniały tych historii.

Czyj to był pomysł, aby właśnie tamta awantura o krzyż stała się tłem filmu?
Zaproponował to nasz opiekun artystyczny Feliks Falk. Szukaliśmy wspólnego mianownika do tego filmu i Feliks Falk zasugerował, by było to coś mocnego, co uderzy w Polaka, w widza. Ważne było opowiedzenie o tym, co się dzieje wokół nas, co jest prawdziwe. Do tego był potrzebny taki gorący temat, który dotyczył wszystkich Polaków i takim zdały się być tamte wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu.

Byłeś wtedy pod krzyżem, spotkałeś tam wtedy pewną starszą, bardzo nieszczęśliwą i samotną panią… Przywiodła ją tam bardziej osobista tragedia niż katastrofa pod Smoleńskiem…
Myślę, że tam większość ludzi było właśnie takich, ci ludzie potrzebowali, potrzebują poczucia jedności i wspólnoty i tam ją odnaleźli. Tam znaleźli się ludzie odrzuceni, wykluczeni, których nasze państwo nie chroni. Niestety, politycy cynicznie wykorzystują to do swoich celów i grają uczuciami tych ludzi. Mam takie o tym zdanie. Nie bawię się w politykę, ona mnie obrzydza, nie chcę nigdy w życiu więcej się nią zajmować. Kiedyś chciałem zrobić film o pewnym polityku, jego kampanii prezydenckiej. Znałem go jako człowieka szlachetnego, wiele zrobił dobrego w swoim życiu dla innych, ale nie jako polityk. To, co wtedy zobaczyłem ugruntowało moja postawę – nigdy więcej żadnej polityki. Inaczej pojmuję patriotyzm i wolę w inny sposób zapracować na to, by być Polakiem.

Często spotykamy się z lekceważeniem, wyśmianiem tamtych wydarzeń, emocji. Rozumiesz, co się wtedy w Warszawie stało, czego byliśmy świadkami?
Na pewno rozumiem ogromną gorycz tych ludzi. Mówię o tej części Polaków, która cale życie walczyła z komuną, tak jak mój tata. To pokolenie walczyło o wolność, o to żeby było lepiej, teraz czuje się oszukane i zapomniane. Nie ma się co dziwić, że niektórzy z nich z nawet pozytywnie wspominają miniony ustrój, który był straszny, ale zapewniał ludziom minimum socjalne, życie w przyzwoitych warunkach. A teraz oni zostali zostawieni, nie radzą sobie w nowej rzeczywistości, której często po prostu nie rozumieją. Czują się oszukani, walczyli o coś innego. Politycy ich zdradzili. Ale, podkreślam, tamte wydarzenia są tylko dalekim tłem w naszym filmie.

Głównym bohaterem twojej opowieści jest Igła – chłopak , który wychodzi z więzienia, gra go znakomity aktor Eryk Lubos. Co możesz powiedzieć o tej postaci?
Scenariusz do tej noweli napisał Piotr Subbotko. Kiedy zaproponowano mi właśnie opowieść o Igle, od razu zachwycił mnie ten bohater, jest trochę nie z tego świata. To typ człowieka, którego uwielbiam i którego zawsze szukam w dokumencie. To ktoś, kto nie bardzo umie sobie poradzić w życiu, jest zagubiony. My widzowie lubimy takich bohaterów – bo my w życiu też mamy pod górkę i lubimy podpatrzyć jak ktoś inny zmaga się ze swoimi problemami. Igła wychodzi z więzienia, ma nowe rozdanie w życiu, dostaje czysta kartę i jak ma w nowej rzeczywistości się znaleźć? Więzienie przetrwał dzięki otoczce, którą sobie sam stworzył, ale świat realny jest zupełnie inny i to, co mu pomagało w zamknięciu, na wolności może nie zadziałać. Ta cała historia jest trochę surrealistyczna, ale bardzo bliska życiu.

Oprócz Eryka Lubosa, występuje także Marta Lipińska… Nie bałeś się przy fabularnym debiucie pracować z tak znanymi, doskonałymi aktorami?
Nie bałem się, bo nie wiedziałem, jak to jest trudne i to pewnie mnie uratowało. Wcześniej, kiedy robiłem kino niezależne, to była radosna twórczość, tu praca wyglądała kompletnie inaczej. W fabule aktorzy muszą grać i to tak grać żeby to było prawdziwe, czekają na porady reżysera, mają przed sobą klocki, ale ktoś musi pomóc im je odpowiednie złożyć, by stały się całością. To jest bardzo ciężka, konkretna praca, której uczyłem się przez cały plan zdjęciowy.

Czy tak doświadczeni aktorzy pomagali tobie na planie?
Miałem ogromną pomoc ze strony pani Marty Lipińskiej, ona bardzo pomaga młodym reżyserom, mówi, że pamięta, jak ona zaczynała i doskonale rozumie jak to jest trudne. Eryk Lubos to zupełnie inny temperament, prywatnie jest przesympatyczny, ale jako aktor jest bardzo trudny do prowadzenia. Jest żywiołowy, reaguje bardzo spontanicznie. Oczekuje konkretnych uwag. Nie ukrywam, że miałem czasem poczucie, że coś robię po omacku, ale dzięki temu, że jest tak dobrym aktorem i starał się mi pomagać; udało nam się stworzyć spójna postać, która jest wiarygodna przez cały film.

Kim dla Igły jest postać grana przez Martę Lipińską? Możesz zdradzić?
Pani Marta Lipińska gra właśnie tę otoczkę, którą Igła sobie stworzył w więzieniu, taka trochę nierealną postać, marzenie. Krótko mówiąc gra Matkę Boską. Oczywiście jest to Matka Boska Igły i staraliśmy się, żeby nie przypominała tej ze świętego częstochowskiego obrazu.

Jak pozyskuje się tak znanych aktorów do debiutu, bo nie tylko w twojej noweli, ale w całym filmie występują najlepsi aktorzy polskiego kina?
To jest fantastyczne, że czasami jako debiutant masz większe szanse ich pozyskać niż później przy kolejnych filmach. Zawodowi aktorzy są bardzo otwarci na młodych twórców. Niektórzy maja duże poczucie misji, im już coś się w karierze zawodowej udało i teraz chcą pomóc tym, którzy zaczynają. Mam na myśli tu takich aktorów jak Marta Lipińska, Piotr Machalica, Zbyszek Zamachowski, którzy wystąpili u nas. Inni chcą poznawać młodych reżyserów, bo być może wkrótce to oni właśnie będą robić nowe dobre polskie filmy.

Jak wspominasz pracę na planie?
Praca nad fabułą to ogromny wysiłek mnóstwa ludzi. To naprawdę fantastyczne jak wiele osób tobie pomaga, myśli nad tym jak sprawnie wszystko rozwiązać. Szczególnie tę pomoc i wsparcie odczułem przy kręceniu największej zbiorowej sceny pod krzyżem. Przyjechała na plan ponad dwudziestoosobowa ekipa przyjaciół z Bydgoszczy, MCK bardzo nam również wtedy pomógł, pożyczył nam sprzęt BKFu, który udawał kamery reporterów TV. Ten film to oczywiście tytaniczna, kilkuletnia praca, ale przede wszystkim niesamowita przygoda i doświadczenie.

Działy:
Monika Grabarek

Monika Grabarek

Pedagog, dziennikarka radiowa (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Czerwiec 2013 Coś mocnego, co uderzy w widza…