Dobry prognostyk?

Małgorzata Maniszewska Małgorzata Maniszewska

Przyszła w końcu wiosna i w maju w instytucjach muzycznych postanowiono nareszcie porozpieszczać troszkę miłośników muzyki, która powstała nieco później niż w XIX wieku. Może jest to dobry prognostyk dla przyszłego sezonu? Oby! Wiem, że nie wszyscy tak myślą i że tzw. masowa publiczność stawi się pewniej i liczniej na kolejnym wykonaniu Koncertu fortepianowego Czajkowskiego, Czterech pór roku Vivaldiego, lub jeszcze jednym wystawieniu którejś z popularnych oper Verdiego, czy Belliniego. Myślę sobie jednak, że jeżeli już koniecznie kłaniać się świetnej przeszłości, to może wystarczy choć kilkadziesiąt lat lub stulecie. I niekoniecznie hitem w rodzaju Krzesanego Kilara.

Bydgoski Festiwal Operowy w swojej jubileuszowej edycji również pokaże – prócz genialnego Don Giovanniego Mozarta, wystawianego przez Łotewską Operę Narodową w Rydze, zarzueli Los Elementos z katalonii i Chowańszczyzny Musorgskiego, Ariadnę na Naxos Richarda Straussa, którą przywiezie Opera Krakowska. Dzieło jest efektem intensywnej współpracy kompozytora i autora libretta, Hugo von Hofmannsthala, austriackiego pisarza, poety i dramaturga, autora słynnej Kobiety bez cienia, która powstawała również jako libretto dla Richarda Straussa i jako opowiadanie ukazała się krótko przed premierą tej opery. Pierwsza wersja Ariadny na Naxos była tylko fragmentem większej całości. To pisarz długo namawiał kompozytora na to, by operę „usamodzielnił”, to Hofmannsthal dopisał zabawny prolog. Tak powstała Ariadna, którą Wiedeńczycy zobaczyli w 1916 roku ze słynną Marią Jeritzą w partii Primadonny/Ariadny. W przezabawnym Prologu zobaczymy rzeczy, które muszą się skojarzyć z całkiem współczesnymi dylematami. Oto w domu bogacza ma się odbyć przyjęcie połączone z przedstawieniem muzycznym. Podczas przygotowań obecni są „prawdziwi” artyści operowi wystawiający Ariadnę na Naxos i trupa commedii dell’arte, przygotowująca pikantną komedyjkę… Ambitny kompozytor jest, rzecz jasna, oburzony sąsiedztwem jego wielkiego utworu z jarmarczną rozrywką. W dodatku okaże się, że obie sztuki mają być wykonane równocześnie, by planowany pokaz ogni sztucznych odbył się punktualnie… Przecięcie dwu światów – kultury niskiej i wysokiej, antycznej tragedii z klimatem jarmarcznym – dotyka aktualnych kwestii, stawia pytania o granice artystycznego kompromisu. Powstaje też pytanie, czym jest dziś, dla współczesnego widza wysoka sztuka zakorzeniona w antyku. A że historia opowiedziana zabawnie? Tym lepiej. No i wspaniała muzyka. Strauss pisząc partyturę Ariadny, stylizował ją na archaiczną, XVII-wieczną operę. Połączył patos i farsę, skontrastował szeroko zakrojoną dramatyczną frazę z lekkością pastiszu, a przed solistami, szczególnie sopranami, postawił ogromne wyzwanie. „Muzyka to święta sztuka, która jednoczy wszelkie uczucia niczym cherubiny wokół jaśniejącego tronu i dlatego jest ona święta wśród sztuk – święta muzyka!” Tak Kompozytor kończy się prolog Ariadny na Naxos. Posłuchamy, zobaczymy…

W Filharmonii Pomorskiej zaś będziemy mieli okazję dwukrotnie wysłuchać poruszających utworów Dymitra Szostakowicza. W piątek 10 maja, obok popularnego Koncertu fortepianowego b-moll Czajkowskiego w programie znalazła się jedna z najpopularniejszych, V Symfonia Dymitra Szostakowicza. Jest to dzieło którego motyw znajdzie się w jednym z najbardziej osobistych, „dedykowanych samemu sobie” kwartetów kompozytora. Powstało krótko po zgnębieniu go przez władze, a i kolegów, za Lady Makbet Mceńskiego powiatu. Gdy kompozytor przedstawiał swoją V Symfonię napisał tak: „Tematem mojej Symfonii jest ukazanie osobowości człowieka. Chciałem przedstawić w tym od początku do końca lirycznym dziele człowieka z wszystkimi jego przeżyciami. W Finale próbuję rozwiązać tragiczne motywy pierwszych części, w pełnym życia, optymistycznym planie… W prawdziwej tragedii, np. w tragediach Szekspirowskich, nicią przewodnią powinna być bowiem pozytywna idea…”. Tak bronił się przed zarzutami socrealistów. Kto chce, ten usłyszy w finale dzieła owe nuty optymizmu… Premiera w Leningradzie w 1937 r. zakończyła się wielkim sukcesem. Mścisław Roztropowicz, który był na niej, mówił potem że owacja trwała ponad 40 minut. Tak oficjalna krytyka, jak publiczność rozpływali się w zachwytach. Podobno tzw. „czynniki oficjalne” uznały, że symfonia, zwłaszcza część finałowa, napisana jest jako hymn na cześć Stalina… Cóż, Szostakowicz uprościł w dziele swój język, wykorzystał też pewne schematy z utworów Mahlera, np. oszczędną, uproszczoną budowę pierwszej części i stopniowe rozbudowywanie aż do finału. Jak sam pisał, „to uradowanie było wymuszone, kreowane pod przymusem, tak jak w Borysie Godunowie. To było tak jakby ktoś walił cię laską i mówił: w twoim interesie jest się cieszyć, w twoim interesie jest się cieszyć, a ty podnosisz się chybotliwie i odmaszerowując mamroczesz: nasz interes to radować się, nasz interes to radować się”. I to słychać. Słychać poprzez „radosne” dźwięki, że ich twórca ma na twarzy gorzki grymas, że to nie tak. Pobrzmiewa tak charakterystyczna dla Szostakowicza groteska. Dla mnie V Symfonia Szostakowicza to utwór tragiczny od początku do końca.
Gdy w piątek, 24 maja na estradzie Filharmonii Pomorskiej będą się prezentować dyplomanci bydgoskiej Akademii Muzycznej, Marek Bieńkuński, zagra jego Koncert wiolonczelowy Es-dur op. 107. Na kompozytorze duże wrażenie zrobiła Symfonia – Koncert na wiolonczelę i orkiestrę op. 125 Sergiusza Prokofiewa. To pod jej wpływem zaczął myśleć o utworze na wiolonczelę, ale napisał go później, już myśląc o Rostropowiczu jako wykonawcy i jemu zadedykował Koncert wykonany w październiku 1959 roku, tak samo jak późniejszy koncert wiolonczelowy. W tym czasie przezwyciężył, trwający od kilku lat kryzys twórczy i niespodziewanie stworzył aż cztery partytury. VII i VIII („dedykowany samemu sobie”, jak mówił) Kwartet smyczkowy, Satyry i właśnie I Koncert wiolonczelowy Es-dur, łączący techniczną błyskotliwość z silną ekspresją i właściwą
Szostakowiczowi umiejętność tworzenia muzyki nasyconej wewnętrzną energią i płynącej naprzód z żelazną konsekwencją. Rolę instrumentu solowego, prócz wiolonczeli, spełnia też róg, tak że w pewnych fragmentach utwór jest niemal koncertem podwójnym. Dzieło jest niezwykle efektowne i wirtuozowskie, stylistycznie jednorodne. Część pierwsza to szybki, żywiołowy marsz o prostej budowie. W części drugiej odnajdziemy dwa tematy, bardzo śpiewne, chociaż różne, tu ujawnił swój wielki dar tworzenia melodii. Jednak kantylenowy charakter muzyki stopniowo ustępuje nutom dramatycznym. Po kulminacji następuje dialog wiolonczeli z celestą, prowadząc wprost do finału, w którym króluje wirtuozowska brawura, współgrająca z rytmicznym impetem i żartobliwymi tematami. Mścisław Roztropowicz zapałał do utworu takim entuzjazmem, że opanował partię solową w zaledwie cztery dni, mimo że jest to jeden z najtrudniejszych koncertów, z jakim może się zmierzyć wiolonczelista. Dla dyplomanta więc nie lata wyzwanie. Trzymamy kciuki.

To nie koniec muzyki XX wieku w naszej filharmonii, bowiem 8 maja, z okazji dnia Europy, Capella Bydgostiensis pod dyrekcją Marzeny Diakun, z udziałem solistki, Aliny Mleczko, saksofonistki, zagra utwory dosłownie współczesnych kompozytorów, w dodatku polskich. W programie Mykietyna Anioły w Ameryce, o którym to utworze w internetowym „Dwutygodniku” Ewa Szczecińska napisała tak: „Prosta melodia ze spektaklu Anioły w Ameryce to bodaj najbardziej charakterystyczna muzyka teatralna, jaka powstała w Polsce ostatnich lat. Ma w sobie dziwną moc. Zimne, świdrujące brzmienie, w zestawieniu ze smętną melodią, która pod koniec frazy zawsze kuśtyka, by po chwili znów zacząć od nowa – w tym geście trudnego trwania jest coś magicznego. Aura dźwiękowa tego spektaklu wciąga, trudno się od niego wyzwolić; jest w nim wyzwolony z rozpaczy smutek, przebłyski euforii, a także spadająca nagle na człowieka emocjonalna dojrzałość”. Usłyszymy też, już kopiowaną przez internautów na mp3 i obecną w kilku odsłonach na You Tube, Jerzego Derfla efektowną Małą Sonatę e-moll na saksofon altowy i kwintet smyczkowy. Dalej w programie jest Edwarda Sielickiego Differentia specifica (una fantasia quasi tango) na saksofon sopranowy i smyczki. To utwór intrygujący od pierwszych dźwięków solowej introdukcji, trzymający w napięciu dzięki znakomicie rozplanowanej dramaturgii i aurze tajemniczości z pobrzmiewającym rytmem tanga. Koncert zwieńczą Bajkowe opowieści, zestaw miniatur Krzysztofa Herdzina już cztery lata temu utrwalony na jazzowej płycie wraz z Fantazją na tematy IV Kwartetu Smyczkowego Grażyny Bacewicz. Tyle nowości w jeden wieczór, że aż się w głowie kręci, a przy okazji oferta dla tych, którzy chodzą na koncerty do klubu Mózg.

Miłośników sławnych nazwisk i naprawdę wielkiej wiolinistyki nie trzeba będzie w ogóle namawiać do pójścia na koncert 17 mają w piątek, gdy Shlomo Mintz zagra Koncert Brahmsa. Będą pewnie kolejki po bilety.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start