Przez rude okulary (7): Mroczne nóg moczenie

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski

Miało się stać. Coś. Nikt nie wiedział, co to miało być dokładnie, ale pamiętam, że siedząc w pomieszczeniu już niestety niezadymionym, bo przepisy nowe i trzeba dbać o zdrowie zapominając o romantyzmie życia, patrzyłem po znajomych moich licach i w pewnym momencie stwierdziłem: „Oni na to naprawdę czekają…”. I w myśli zapadłem głęboko, i zadumałem się nad stanem rzeczy, który doprowadza ludzi do tego, by czekali na koniec świata. Rok był 2012, miesiąc ostatni, a dzień z tych karcianie szczęśliwych. Tysiące lat wcześniej kilku biegających po dżungli wielbicieli skąpego przyodziewku stwierdziło, że nie mają już pomysłu na to, jak dalej potoczy się to, co dookoła się jeszcze jakoś toczy i stwierdzili, że trzeba ustanowić kolejne wyzerowanie kalendarza, bo tak będzie prościej. Przykucnęli, zapalili, co tam mieli do zapalenia, porachowali słupki do końca i voila! Tysiąclecia później miliardy ludzi zastanawiały się nad tym, jak to się wszystko skończy. W mieście, w którym przychodzi nam kupować bułki, rok tamten jeszcze bardziej był złowieszczy, bo miasto owo obchodziło sześćset sześćdziesiątą szóstą rocznicę swych urodzin. 666. Dla mnie normalna liczba, ale dla wielu już nienormalna zupełnie. Toć to liczba rogatego i jego pomiotów. Koniec świata miał nadejść zimą wypełnienia się przepowiedni najstraszliwszych i to przy akompaniamencie dusz zaciąganych przez diabły do kotłów z wrzącą smołą. Perspektywa nieprzyjemna i wydaje mi się, że dość bolesna, a poza tym inspirująca mnie do przekonania, że ominie mnie już ostatecznie możliwość doznawania kanapek popijanych czarną kawą. Niedobrze. A skoro niedobrze to dlaczego w oczach moich skorporacjowanych kolegów taka na poły tylko ukrywana tęsknota za tym, żeby jednak coś się stało? Hmmm…

Kiedy na ulicy dojdzie do wypadku, to ludzie nie rzucają się, by ratować tych, co w nim ucierpieli tylko rzucają się do kieszeni lub torebek, żeby zarejestrować to jak ktoś krwawi z rozerwanej tętnicy i błędnym wzrokiem toczy wokół szukając jakiegokolwiek ratunku. To, oczywiście, uogólnienie, ale bez nich nie dałbym rady zmieścić się w przeznaczonej mi liczbie znaków. Piszę te słowa w dwa dni po zamachu bombowym podczas imprezy biegaczej w Bostonie. Zamachu, który zabrał ze sobą na tamtą stronę trzy (jak na razie) osoby i dał temat do rozmów znudzonym pracownikom instytucji przeróżnych. Stacje telewizyjne zmieniły ramówki swojego śniadaniowego bełkotu, a szefowie stacji informacyjnych zacierali tłuste rączki w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku informowania społeczeństwa o tym, co je, niestety, najbardziej interesuje. Nikt nie zajmował się wykopaniem kolejnej studni w kraju, który masowo produkuje mistrzów świata w maratonie i jednocześnie masowo zabija tysiące dzieci, które mistrzami świata już nigdy nie będą. Nikt nie mówił o młodym człowieku (dzięki, Bill), który wspierany przez substancje wziewne (lub nie) zrozumiał, że to, co nas otacza, to tylko nawzajem wzbudzająca się energia, że jesteśmy zależną od siebie jednością, nie ma czegoś takiego jak narodziny i śmierć i w związku z tym nie ma się czego bać więc uśmiechnął się, napisał wiersz i zamówił pizzę. Bez anchois. Wszyscy o tym milczeliśmy. Solidarnie.

Pociągają nas ludzie niebezpieczni i tajemniczy. Chcemy choć przez chwilę zanurzyć nogi w odmętach ich myśli i poczuć to jak przypieka nam skórę zagrożenie naszej własnej moralności, wystawienie na tę czy inną formę pokuty czystej (w naszym, oczywiście, mniemaniu) duszy i nieskazitelnych pobudek. Niewielu z nas osiąga to, co jest jednocześnie największą siłą i najbardziej niszczącą klątwą jednostki ludzkiej – niewielu z nas osiąga samoświadomość. Ci, którym się to udaje i którzy potrafią na jej spieniony pysk założyć uprząż silnej woli są w stanie dokonać rzeczy niesamowitych i dla większości ludzi niezrozumiałych. Atrakcyjność ich wzrasta jeszcze bardziej choć sami jej nie chcą skupieni na celu. Ci którzy toczeni są jedynie przez wicher niczym te krzaczki w kraju co jest prawie dokładnie pod nami tęsknią za tym, żeby może coś się stało. Niekoniecznie coś dobrego. Niekoniecznie coś, co przedłuży proces bezwolnego toczenia się w podatkowym kieracie. Coś. Cokolwiek. Tak już jest.

Zło fascynuje od zawsze i od zawsze podsyca w nas nie do końca uświadamiane sobie popędy co wojerystycznie każą nam gapić się na ekran wypełniony odcinaniem i wyszarpywaniem części cielesnych niewątpliwie do dalszej egzystencji bardzo czasami potrzebnych. Zło jest atrakcyjne, bo ubrane w skórę i chodzące na wysokich obcasach zakazanego owocu i pachnie jak lekko spocone ciało natarte miąższem awokado i skropione sokiem z grejpfruta. Lekko maczamy w tym sosie swój pszenny chleb codzienny i pożywka taka staje się nam strawą na bezpieczną dla naszego organizmu chwilę. A potem wracamy do stołu, gdzie spożywamy dzień za dniem. I nadal pragniemy, by coś się w końcu stało. Ale jedyną rzeczą, która się wydarza jest kolejny rok i tym razem 667. urodziny miasta, w którym przychodzi nam być takim samym. Albo złym. Albo odmiennym.

Wszystkiego najlepszego.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start