„Tak się duszyczka moja stargała”

Przeglądu kwietniowych wydarzeń muzycznych nie zacznę wedle porządku chronologicznego, bo wręcz wypada zacząć od przedstawienia inaugurującego Bydgoski Festiwal Operowy. W ostatnią sobotę i niedzielę miesiąca zobaczymy premierowe przedstawienie Halki Moniuszki, planowane już w minionym sezonie, ale wtedy zaniechane z racji budżetowych cięć. Przyznam, że w pierwszym odruchu pomyślałam, iż taki początek to nie jest najlepszy pomysł. Przecież Halkę znają wszyscy i dlatego, że to opera narodowa i dlatego, że przez lata skłaniała nas do jej częstego oglądania i słuchania Maria Fołtyn (dziś jako Halka na pomniku w Radomiu), i ponieważ w bydgoskiej operze była już inscenizowana chyba trzykrotnie. Również dlatego, że w polskich teatrach operowych króluje wciąż repertuar XIX-wieczny, a mamy już wiek XXI…

Jak na marudną babę przystało zwierzałam się z tych wątpliwości tu i tam, aż usłyszałam, że chyba nie mam racji, bo osobom z mojego pokolenia różne rzeczy jeszcze rodzice opowiadali, a nawet śpiewali, tymczasem rodzice XXI wieku na takie ekstrawagancje czasu już nie mają. Tracimy przez to łączący pokolenia wspólny kulturowy kod. Młody człowiek zaatakowany nagle frazą „Jako od burzy krzew połamany, tak się duszyczka moja stargała” może więc popatrzeć na jej wykonawcę jak na wariata, niczego nie pojmując. Tymczasem przed wojną Halkę nawet sfilmowano! I to dwukrotnie! W 1930 roku zrobił to Konstanty Meglicki, a ponieważ film był niemy muzycy w kinach grali i śpiewali do obrazu. Dźwiękową Halkę wyreżyserował w 1937 roku Juliusz Gordon, kierownikiem artystycznym był sam Leon Schiller, a dialogi napisał Jarosław Iwaszkiewicz…

Rzeczywiście wyrosło już kolejne pokolenie, które Halki nie widziało i nie słyszało, pewne dzieła narodowej kultury znać po prostu trzeba, a żaden opis i żadne nagranie nie zastąpią tego, co widzi się, słyszy i przeżywa, gdy siedzi się w prawdziwym operowym teatrze. Oczywiście przedstawienie musi przemówić do wrażliwości współczesnego odbiorcy. Jeśli sądzić po wykształceniu, wieku i dotychczasowych dorobku reżyserki Natalii Babińskiej, takie przedsięwzięcie może się udać. Jest bowiem Babińska nie tylko młodym reżyserem, ale również kompozytorem, scenarzystą, a nawet muzykiem grającym na skrzypcach i fideli. Zrealizowała już 21 przedstawień teatralnych, muzycznych, studenckich, autorskich, operowych, eksperymentalnych, a jest między nimi już jedna Halka, którą wyreżyserowała trzy lata temu w Warszawie. Wówczas była to pierwsza, jeszcze dwuaktowa wersja opery, zwana „wileńską”, jeszcze bez mazura, tańców góralskich i popularnych arii, zapewne więc możliwość przygotowania późniejszej, już pełnej, czteroaktowej wersji, będzie dla reżyserki i ciekawszym wyzwaniem i większą przyjemnością. Scenografią, choreografią i kostiumami również zajmują się panie, a że główną bohaterką jest skrzywdzona kobieta, może to, co zobaczymy na scenie będzie współczesnym kobiecym spojrzeniem na historię Halki, Janusza i Jontka, jak i góralskiej społeczności, z której tytułowa bohaterka się wywodzi. Ci, którzy chodzą do Opery Nova regularnie znają już Piotra Wajraka, kierownika muzycznego przedstawienia. Współpracuje z naszą sceną niemal dziesięć lat, przygotował tu w 2005 roku Śpiącą królewnę, a w 2007 roku przedstawienie Pana Twardowskiego uhonorowane Teatralną Nagrodą Muzyczną im. Kiepury dla najlepszego spektaklu muzycznego. Można więc mieć nadzieję, że inaugurująca BFO Halka nie będzie przykurzoną ramotką, a przedstawieniem współczesnym i zrealizowanym tak, że młodzi nie zamrugają ze zdziwieniem słuchając „Gdzieżeś, ach gdzieżeś wianku różany, gdzie w nim lilijko ty biała?”; i nie zobaczą tylko harlekinowej historii o paniczu i dziewczynie.

Teraz zaś o początku kwietnia w Filharmonii Pomorskiej. Pierwszy piątkowy koncert symfoniczny to przede wszystkim Koncert skrzypcowy e-moll Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego. Pomysł na ten utwór przyszedł kompozytorowi do głowy w 1838 roku, ale ukończył koncert sześć lat później. Latem 1844 roku Mendelssohn wyjechał do kurortu Soden pod Frankfurtem, gdzie z rodziną spędzał pierwsze od dłuższego czasu wspólne wakacje. W liście do młodszej siostry pisał: „Życie w Soden z jedzeniem i spaniem, bez żakietu, fortepianu, kart wizytowych, powozu i koni, ale z osłami, kwiatami, papierem nutowym i szkicownikiem, z Cecylią i dziećmi – jest podwójnie pokrzepiające”. Może właśnie dzięki temu tak długo dojrzewający w umyśle kompozytora utwór stał się dziełem pełnym energii i harmonii, świadectwem powrotu do równowagi. Do gotowego już koncertu Mendelssohn, dzięki przyjacielowi, wirtuozowi skrzypiec, Ferdynandowi Davidowi, wprowadził szereg zmian. Muzycy byli zaprzyjaźnieni. Skrzypek urodził się w Hamburgu w tym samym domu co Mendelssohn, tyle że rok później. I to właśnie David 13 marca 1845 roku w lipskim Gewandhausie zagrał Koncert e-moll publicznie po raz pierwszy. Od razu też został uznany za arcydzieło. Przyjaciel Johannesa Brahmsa, Józef Joachim, uważany za najwybitniejszego skrzypka XIX wieku mówił po latach o Koncercie e-moll tak: „Niemcy mają cztery koncerty skrzypcowe: największy jest Koncert Beethovena, bliski mu swą powagą – Brahmsa. Brucha jest najbardziej czarujący. Jednak najdroższym klejnotem serca jest Koncert Mendelssohna”. Rzeczywiście dzieło przemawia bezpośrednio do emocji. Wiedzą o tym doskonale sprzedający przed laty płyty, jeszcze czarne, analogowe. Po premierze filmu Dzieje grzechu Waleriana Borowczyka, w którym obszerne fragmenty tego utworu Mendelssohna były stale obecnymi motywami muzycznymi sprzedaż płyty wzrosła gwałtownie, a omawiający film w branżowym piśmie Michał Głowiński dał swej recenzji tytuł Muzyka jako katharsis. Kompozycja jest wręcz klasyczna i ogromnie spójna. Skrzypce pojawiają się tuż po pierwszym akordzie orkiestry, a solista niemal do samego końca dzieła nie opuszcza smyczka. Orkiestra milknie tylko na czas kadencji. Tętniący emocją temat pierwszej części jest bardzo precyzyjny. Opowieść skrzypiec toczy się bez wytchnienia. Druga część to właściwie śpiewne intermezzo, a potem błyskotliwe, wirtuozowskie rondo.

Ta doskonałość i klasyczność pełnego emocji dzieła rodzi pokusę, by interpretować je w łatwej, sentymentalnej manierze. To swego rodzaju pułapka i na dyrygenta i solistę. Ciekawe, jak poradzą z nią sobie dyrygent, Tadeusz Wojciechowski i Miki Kobayashi, dwudziestotrzyletnia Japonka, która zdobyła II miejsce podczas 14. edycji Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego. Skrzypaczka już przedtem zdobyła szereg laurów, a zagrany przez nią podczas poznańskiego konkursu I Koncert a-moll Dymitra Szostakowicza, który utrwaliła również na płycie, zapowiada, że jej interpretacja nie będzie wyłącznie wirtuozowska i sentymentalna.

Poza tym w programie koncertu usłyszymy utwory „malarskie”. Na początek uwertura do opery Oberon Carla Marii von Webera, w której romantyczny twórca wyeksponował poetyczność i fantastykę, a której początek porównywano do otwierającego się okna, ukazującego zaczarowane cuda krainy baśni. Nic dziwnego, że Debussy podsumował ten fragment słowami: „Weber był mistrzem wszelkich środków wyrażania fantastyki w muzyce za pomocą orkiestralnej chemii”.

No i cykl 10 miniatur fortepianowych zorkiestrowanych przez Ravela, Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego. Dzieło to zainspirowane zostało wystawą akwarel i rysunków zaprzyjaźnionego z kompozytorem Wiktora Hartmanna, zorganizowaną niedługo po jego śmierci. Pisząc je Musorgski notował: „Hartman kipi, jak kipiał ‚Borys’, dźwięki i myśli zawisły w powietrzu. Połykam obiad – ledwie zdążam skrobać na papierze. […] Dźwięki i myśli przylatują do mnie jak pieczone gołąbki. Połykam i połykam je aż do przesytu. Zaledwie udaje mi się przenieść wszystko z konieczną szybkością na papier…”. A o tym, że pisząc utwór kompozytor przechadzał się w wyobraźni po sali wystawowej, może świadczyć i to, że notował też: „Moje oblicze widoczne jest w intermediach”. Promenady więc to nie tylko moment przejścia do kolejnych obrazków. Organizator wystawy Harmana, znakomity znawca sztuki i krytyk, Włodzimierz Spasow, któremu Musorgski dedykował Obrazki z wystawy, pisał o nich tak: „Kompozytor przedstawił tu samego siebie, jak kieruje się raz w lewo, to znów w prawo, lub niezdecydowanie kręci się wkoło, czy podbiega szybko do jakiegoś obrazu; często zasępia się też jego oblicze: wtedy myśli ze smutkiem o swym zmarłym przyjacielu”. Co zadziwiające, choć dzieło powstało szybko, to ukazało się drukiem dopiero pięć lat po śmierci Musorgskiego, dzięki staraniom Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Malowniczość, tajemniczość, szaleństwo, humor i wdzięk dzieła wręcz wołały o nadanie mu barw orkiestry i wielu późniejszych kompozytorów nie były w stanie oprzeć się takiemu wyzwaniu. Dziś najchętniej i najczęściej wykonywana jest wersja Maurice’a Ravela, którą usłyszymy 5 kwietnia.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start