PRZEZ RUDE OKULARY (5): Jedna piąta

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Gdyby nie to, że rozumiem, to nie rozumiałbym: gołębi, powodów powstania Nissana Sunny, ronda Grunwaldzkiego, wojen, złośliwości, much, szpinaku, polskiej ekstraklasy, religii, smakowej wody mineralnej, wiking-metalu, nart, mściwości, napędu na przód, oglądania trailerów, lodów czosnkowych, strachu, twórczości Patrycji Markowskiej, lokowania produktów, telewizji śniadaniowej, pogodynek, fanatyzmu, jajek na miękko, noszenia skarpet do sandałów, fryzury na „pożyczkę”… i tak dalej, i tak dalej. Jest jednak pewien aspekt tego, co niektórzy nazywają rzeczywistością, który zdumiewa mnie. O nim właśnie w miesiącu, co pogodę miesza niczym wiedźmy z Makbeta.

Pewien pisarz powiedział kiedyś w wywiadzie telewizyjnym, że jak był mały, to dosięgał tylko do dolnych półek z książkami (ja tak mam do dzisiaj), a tam każdy rozumiejący prawa fizyki przedstawiciel naszego nad miarę dumnego gatunku układa księgi najcięższe i traktaty sążniste. Żeby mu się regał nie wypierdzielił na raczkujące przy nim potomstwo. W związku z tą rozwojową ułomnością, która każdego z nas spotyka, rzeczony pisarz czytelnictwo swe rozpoczął od literatury tulącej w swych trzewiach zagadnienia, które ciężarem rozmyślań kładą się na łyse już zazwyczaj głowy starych ludzi. Czas mijał jak przewracane stronice i tak oto stał się nasz bohater człowiekiem dojrzałym i na tyle już zaprawionym w werbalnym odbiorze świata, że czytelnictwo kontynuował maczając swe głodne doznań paluchy w coraz to nowszych zbiorach drukowanych myśli. Chadzał też do kina, do teatru, słuchał osobników zwanych przez rodziców piekielnymi wyjcami i rozkładał na czynniki pierwsze to, co mu najpierw w duszy siadało barwną plamą emocji. Chłonął Kulturę. Pragnął jej i pożądał niczym zalotnej dziewki, która zmienia swe oblicze w zależności od tego, czy z boku na nią patrzysz, czy od przodu – czy za dnia ją mijasz na ulicy, czy nocą podglądasz przez dziurkę od klucza. Jak wielu ludzi. Jak ja na przykład. Pytanie mnie tylko ostatnio naszło znienacka, czy wielu tych ludzi jest na pewno.

Przeprowadzono ostatnio w grodzie naszym badanie społeczne traktujące o kulturze właśnie. Badanie poważne i rzeczowe, i firma, która je przeprowadziła została wynajęta za kasę waszą i moją. To akurat nie zarzut, bo wolę tak niż wiedzieć, że ta kasa idzie na premie dla zjadaczy pączków i chłeptaczy kawy. Pytano w badaniu o sprawy różne i wielotematyczne, i wykresy w badaniu były, i tabelki, i słupki, i liczby, a nawet całe liczb kalumnie… kolumny znaczy się. Raport się napisał, poważni ludzie zaczęli kiwać głowami i dywagować oraz kontemplacjom się oddawać w zaciszu biur swych i urzędów. Rozpoczął się proces trawienny wyników badania. Proces wyciskania substancji odżywczych z masy dostarczonej organizmowi recenzentów, komentatorów, specjalistów, komisji, ciał wszelakich i grup różnorodnych. Trawienie ma to do siebie, że (oczywiście jeśli organizm nie jest, nomen omen, trawiony jakimś choróbskiem) kończy się procesem wydalniczym tego, co zostaje. I w przypadku badania tego też tak było. Wszystko zakończyło się więc w sposób naturalny. Naturalnym jednak jest również to, jak te pozostałości komunikują się z resztą świata na poziomie olifaktorycznym. To akurat wszyscy wiemy.

Fakt, że w mieście zamieszkałym przez ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi badanie przeprowadza się na grupie o liczebności osiemset, dziwi. Dziwi tym bardziej, że zbadano najdalsze zakątki stolicy kujawsko-pomorskiej i wszędzie dotarł wścibski organ węchowy firmy sondażowej. Dziwi, ale jeszcze nie wkurza. Wkurzają natomiast wyniki. Mamy w Bydgoszczy teatr zaliczany do trzech najlepszych powierzchni deskowych w tym kraju, teatr łamiący zasady, ustalający nowe i śmiało zmierzający tam, gdzie nikt jeszcze pójść się nie odważył. Mamy taką scenę, a jednak 72% bydgoszczan zgodnie twierdzi, że teatr nam nie jest potrzebny. Nie tylko ten, co go już mamy, ale żaden w ogóle! Po nocach słyszałem wycie wilków ludzkich spragnionych migotu srebrnego ekranu, który nie jest multipleksem, a gdy już nam ekran taki zaświecił (wyposażony w genialny dźwięk i ociekający intelektualnym powabem repertuar) to orać trzeba ugór codziennie, żeby sala się wypełniła choćby w połowie! Mamy instytucję, której korytarze i pracownie wypełnione są śmiganiem i radosnym trudem przyrządzania potrawki ofertowej dla najbardziej wymagających odbiorców Kultury. A jednak gdy na sali gasną światła i czterech mężczyzn przez sześćdziesiąt pięć minut improwizuje spektakl, opierając jego osnowę na jednym zaledwie, zapodanym przez kogoś z widowni, słowie i prowadzi nas magicznie ścieżkami skojarzeń i zapętleń tak oszalale skocznych w swym intelekcie, że ryczeć się chce z rozkoszy, to ludzi ryczących doliczyć się można czterdziestu… aaaaaaarrrrrrrrrrgh!

22% mieszkańców naszego miasta ogłosiło, że kulturą się nie interesują, nie potrzebują jej i nie chcą.

Nie rozumiem.

A może regały trzeba książkami obciążać, a nie starymi kafelkami zerwanymi w zeszłym roku z balkonu…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start